Polemiki
2017.10.07 08:31

Glosa w sprawie „Różańca do granic”

Po przeczytaniu tekstu Pani Agaty Skorupskiej-Cymbaluk miałem mieszane uczucia. Do akcji byłem nastawiony pozytywnie, nie budziła we mnie tych samych skojarzeń i obaw, a nawet gdyby chcieć uznać, że jej mocno symboliczny charakter ma w sobie rzeczywiście jakiś element „magiczności”, to nie byłbym skłonny uznawać tego za coś niestosownego. Wiara pozbawiona tego rodzaju symbolicznego wymiaru ma tendencje do osuwania się w intelektualistyczny spirytualizm, który jest co najmniej tak samo niezdrowy jak nadmierny nacisk na fizyczną skuteczność działań symbolicznych. Ale moje wątpliwości nie obejmowały poruszonego przez Autorkę problemu katolicyzmu „iwentowego” („wydarzeniowego”), a reakcja niektórych czytelników na tekst dodatkowo pokazała, że jej uwagi nie są bezpodstawne.

 

Czytając komentarze trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia Pani Skorupskiej-Cymbaluk – bo przecież było to po prostu wyrażenie jej opinii – ubodła jakieś miękkie miejsce. W tym kontekście nasuwa się kolejne skojarzenie. Jakiś czas temu pewien znany jezuita z Łodzi urządził na fejsbuku krucjatę antytradycjonalistyczną. To, że nagadał tam mnóstwo niemądrych rzeczy to jedno, ważne jest jakie są korzenie jego sporu (jeśli można to tak nazwać) z „tradsami”. Otóż jest on organizatorem dużych charyzmatycznych „wydarzeń” uwielbieniowych, z tańcami i innymi elementami pobożności rozrywkowej. W oczywisty sposób przedsięwzięcia te przyciągnęły krytykę, często bardzo ostrą, ze strony ludzi nie akceptujących takiego wykorzystania przestrzeni kościelnej (myślę, że nie byli to tylko tradycjonaliści). Krucjata wspomnianego jezuity jest tymczasem ostatnim z jego strony ciosem w trwającej już od kilku lat wojnie. Nie chcę wchodzić tutaj w szczegóły, ale dość znaczący jest jeden jej element. Ludzie zaangażowani w te „wydarzenia”, zarówno ich organizatorzy jak i uczestnicy, przeżywają je w taki sposób, że krytyka wyrażająca przekonanie o ich problematyczności z perspektywy doktryny katolickiej, przepisów liturgicznych lub utrwalonych w Kościele form pobożności, jest odbierana w sposób bardzo emocjonalny i traktowana nieledwie jako atak na samego Pana Boga. W przypadku „wydarzeń” w tak oczywisty sposób indukujących zbiorowe emocje jak „wieczory uwielbieniowe” (i wiele innych zgromadzeń charyzmatycznych), trudno uchronić się przed myślą, że zachodzi tu głęboka możliwość pomylenia silnego pobudzenia emocji z doświadczeniem duchowym. Krytyka jest więc w jakiejś - myślę, że sporej - mierze odbierana jako odmówienie prawomocności doświadczeniu, które z racji swojej świeżości, i intensywności jawi się jako bardzo ważne, kluczowe itp.

 

Uprzedzając nazbyt krewkich komentatorów: nie mam tu w żaden sposób zamiaru zrównywać „Różańca do granic” i związanego z nim doświadczenia z tańcami w kościele. Ale o ile same w sobie wydarzenia te (bo bez wątpienia w przypadku “RdG” mamy do czynienia z „wydarzeniem”, jakąś nadzwyczajną akcją) są bardzo różne, to wiele wskazuje na to, że sposób ich przeżywania i reakcji na ich krytykę (nie jakąś laicką czy liberalną, ale jak najbardziej z wewnątrz kościelnej Tradycji) jest w wielu punktach zbieżny. Na tym poziomie reakcja części czytelników na tekst Pani Skorupskiej-Cymbaluk paradoksalnie potwierdza jej tezy. A to prowadzi nas z powrotem do problemu „iwentowości” współczesnego polskiego katolicyzmu.

 

Problem z tą ostatnią jest taki, że ma krótkie nogi. Nie sądzę, abyśmy byli już w tej chwili w Polsce na etapie dominacji nadzwyczajnych „wydarzeń” nad zwyczajną codzienną pobożnością i zwykłym życiem katolickim, ale fakt ich zwiększającej się liczby po wszystkich, że się tak wyrażę, stronach Kościoła, pokazuje pewną niepokojącą tendencję. Większość „iwentów” jest organizowana w związku z doświadczanym kryzysem. Nawet jeśli nie jest to na pierwszy rzut oka widoczne, to w moim odczuciu jest to coś, co łączy zarówno imprezy uwielbieniowe, stadionowe mityngi ewangelizacyjne jak też wielkie akcje typu „RdG”. Kryzys może być definiowany jako brak elementu „doświadczeniowego” w „zwyczajnym” katolicyzmie (częsty argument stosowany przez charyzmatyków), albo w głębszych kategoriach, np. zamknięcia serc Polaków na działanie Łaski, jak w przypadku „RdG”. To, że Kościół, a wraz z nim nasza religijność znajdują się w głębokim kryzysie jest oczywiste. Jednak lekarstwo w postaci nadzwyczajnych wydarzeń ma swoje zagrożenia. Skupienie się na dużych, spektakularnych akcjach, organizowanych w specjalnych miejscach i związanych z silnymi przeżyciami, może przesłonić fakt, że właściwym miejscem życia Łaską jest całkowicie zwykła, pozbawiona wielkich wzmożeń codzienność, a właściwym modusem katolickiej religijności „zwykłe” formy modlitwy. Jedna z czytelniczek-komentatorek zwróciła uwagę, że są miejsca, gdzie te ostatnie są już nieobecne, nie mówiąc już o tak wielkich akcjach jak „RdG”. Problem w tym, że jeśli (zwracam uwagę na tryb warunkowy) tendencja do „iwentyzacji” będzie się pogłębiać, to w pewnym momencie możemy stracić z oczu właściwą – tj. tę codzienną – perspektywę i ostatecznie porzucić zwykłe formy. Oczywiście dużo łatwiej o to w przypadku wydarzeń wzbudzających silne emocje, tu bowiem może dochodzić do zwykłego uzależnienia od silnych wrażeń, niemniej może na innym poziomie, ale dotyczy to również innych sytuacji. Tak czytam tekst Pani Agaty. Moment, w którym religijność zacznie się wyrażać w przeważającej mierze przez „nadzwyczajność” i związane z nią, również „nadzwyczajne”, wzmożenie uczuciowe czy nawet moralne, to będzie tak naprawdę jej łabędzi śpiew.  Najbardziej realnym i prawdziwym duchowym owocem takich akcji jak „RdG” byłaby taka odnowa zwyczajnego życia modlitwą i sakramentami, która spowodowałaby zanik poczucia potrzeby ich organizowania. Mam szczerą nadzieję, że tak właśnie się stanie.

 

Tomasz Dekert

 

Do tej pory w dyskusji na temat akcji "Różańca do granic" opublikowaliśmy:

 

Agata Skorupska-Cymbaluk - Dlaczego nie pojadę z różańcem na granicę

Tomasz Dekert - Glosa w sprawie różańca bez granic

Paweł Milcarek - Czy wystarczy Różaniec do granic

Ks. Dawid Tyborski - O "Różańcu do granic" na spokojnie 

Kinga Wenklar - "Różaniec do granic" - między teorią a praktyką

 

Dyskusja na Facebooku na temat tekstu na profilu "Christianitas" oraz na profilu Rzymski Katolik.


Tomasz Dekert

(1979), mąż, ojciec, z wykształcenia religioznawca, z zawodu wykładowca, członek redakcji "Christianitas", współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij