Polemiki
2017.10.10 16:55

O „Różańcu do granic” na spokojnie

Wzmożona dyskusja nad ostatnią ogólnopolską akcją „Różaniec do granic” stała się dla mnie sygnałem tego, że katolicy w Polsce mają dużo do przepracowania. Szczególnie ważne jest to w czasie informacyjnego zamętu, różnych problemów Kościoła, mnogości zagrożeń, w których łatwo się pogubić.

 

Sprawa „Różańca do granic” pojawiła się na tle problemu pentekostalizacji wiary w Polsce. Padły konkretne zarzuty, mówiące o tym, że akcja jest wyrazem kontestacji tradycyjnych form pobożności, staje w opozycji do zwyczajowych nabożeństw różańcowych w parafiach, opiera się na myśleniu magicznym, jest ostentacją w przeżywaniu wiary, emocjonowaniem się czy też stanowi objaw jednej z naszych wad narodowych, czyli życia od akcji do akcji. Jako uczestnik „różańca do granic” muszę stwierdzić, że żaden z zarzutów nie miał pokrycia w rzeczywistości. Oczywiście mogę o tym mówić tylko na przykładzie własnej grupy, dlatego chciałbym sprawę przedstawić ze swojej perspektywy.

 

Uczestniczyłem w tej akcji z grupą wiernych z parafii, w której jestem wikariuszem. Przytłaczająca większość spośród nich uczestniczy codziennie lub prawie codziennie w parafialnych nabożeństwach różańcowych. Większość codziennie modli się na różańcu, jak również należy do Żywego Różańca. Żadną miarą nie mogę stwierdzić, że ludzie ci w jakikolwiek sposób kontestują tradycyjne formy pobożności. Co więcej, żyją nimi na co dzień, uważając je za stały element swojej formacji. Wyjazd na „Różaniec do granic” był dodatkowym działaniem i dodatkową akcją, w której brali udział. Dlaczego by nie? Pielgrzymki również są okazyjne, nie są wcale wyrazem sprzeciwu wobec Mszy Świętych, nabożeństw w parafii i pewnie nikomu nie przyszło do głowy takie ich rozumienie. Samo przeprowadzenie tej akcji również było bardzo tradycyjne: konferencja ascetyczna, Msza Święta, nabożeństwo Eucharystyczne, procesja na miejsce różańca, a wreszcie sama modlitwa różańcowa. Emocji też szczególnych nie było, a nawet jeśli, pogoda skutecznie je studziła.

 

Większym problemem wydaje się zarzut myślenia magicznego, jakoby działanie ochronne miało być działaniem magicznym. Równie dobrze możemy stwierdzić, że modlitwa „Aniele Boży” czy „Pod twoją obronę” ma taki właśnie charakter. Nie ma. Normalną rzeczą jest, że człowiek wierzący prosi o pomoc z nieba i ochronę dla ludzi, spraw i rzeczywistości, które są bliskie jego sercu. A nie ukrywajmy, Ojczyzna jest albo powinna być bliska naszemu sercu. Ludzie modląc się na granicach Polski nie tylko dali wyraz miłości do Ojczyzny i pragnienia dla niej tego, co najlepsze, ale również przypomnieli, że tylko w Bogu jest nasza nadzieja.

 

Jeżeli „Różaniec do granic” cechuje się niepotrzebną, czy wręcz grzeszną ostentacją w wyznawaniu wiary na zasadzie „ci otrzymali już swoją nagrodę” – to trzeba być przy tym konsekwentnym. Procesje teoforyczne, procesje maryjne, publiczne drogi krzyżowe cechowałyby się tym samym. Czy tak jest faktycznie? Oczywiście, że nie. Jeśli będziemy trzymali się konsekwentnie tego sposoby myślenia, dojdziemy do wniosku, że miejsce wiary jest w kruchcie pod wieżą, która jest pozbawiona krzyża.

 

Jest oczywiście prawdą, że mamy wiele wad narodowych. Jedną z nich jest akcyjność. Żyjemy od wydarzenia do wydarzenia, a pośrodku jakby brakuje nam chęci i determinacji do budowania czegoś stałego, wzrastanie w wierze wymaga natomiast stałości i ciągłości. Czy jednak oznacza to, że akcja ta była zła, niepotrzebna, albo stanowiła wyraz zagrożenia? Nie mogę się z tym zgodzić. Jak wcześniej zaznaczyłem, ludzie, z którymi udałem się na wydarzenie „Różaniec do granic” w większości dbają o swoją formację stałą. Dzięki tej akcji do Żywego różańca zapisało się prawie czterdzieści osób i to jest bardzo konkretny owoc, który rozpoczyna pewną stałość w procesie wzrastania w wierze. Jedną z wad narodowych jest jednak puste krytykanctwo, które bardzo często słusznie punktuje wady i braki, ale nie daje nic w zamian. Nie buduje, nie jest konstruktywne, jest puste, zatem nie przynosi niczego.

 

Na dzień dzisiejszy parafianie są zbudowani i umocnieni. Na konkretne owoce przyjdzie nam poczekać. Sam głęboko wierzę, że szczera modlitwa wokół naszej Ojczyzny będzie znakiem wiary w to, że Boża opatrzność wysłucha modlitw swoich dzieci i będzie chronić je od zła i niebezpieczeństw. Zachęcam jednak do tego, żeby na jednej akcji się nie skończyło, ale żeby wypełnić wezwanie Pana Jezusa do tego, żeby się modlić i nie ustawać (por. Łk 18,1).

 

Ks. Dawid Tyborski

 

Do tej pory na temat "Różańca do granic" pisali na naszych łamach:

 

Agata Skorupska-Cymbaluk - Dlaczego nie pojadę z różańcem na granicę

Tomasz Dekert - Glosa w sprawie różańca bez granic

Paweł Milcarek - Czy wystarczy Różaniec do granic

Ks. Dawid Tyborski - O "Różańcu do granic" na spokojnie 

Kinga Wenklar - "Różaniec do granic" - między teorią a praktyką


Ks. Dawid Tyborski

(1991), neoprezbiter, pasjonat hagiografii i kultu Najświętszego Oblicza, wikariusz parafii p.w. św. Trójcy w Kościerzynie (diecezja pelplińska).

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij