Polemiki
2017.10.11 11:36

„Różaniec do granic” – między teorią a praktyką

Pisząc jakiś czas temu tekst poświęcony porażkom szkolnej katechezy w Polsce (opublikowany na łamach „Christianitas”), zaznaczałam swój krytyczny stosunek do ewangelizacji i katechizacji opartej na wielkich masowych wydarzeniach, na nagminnym religijnym show. Z drugiej strony zupełnie niedawno, w rozmowach towarzyszących ostatnim rekolekcjom Mysterium Fascinans, komentowaliśmy ze znajomymi uwagę ks. Roberta Woźniaka o nie do końca słusznej, wyłącznie charyzmatycznej twarzy tzw. nowej ewangelizacji, stwierdzając, że de facto nie ma w Kościele bardziej charyzmatycznego „wydarzenia” niż Msza święta, adoracja eucharystyczna czy wspólnie odmawiany Różaniec. Trudno szukać sytuacji, w której Ducha Świętego, w sposób racjonalnie pewny, mogłoby być więcej, że tak to niestosownie ujmę, a mimo to rzadko komu przychodzi do głowy, by ze szczególną intensywnością poddawać np. młodzież działaniu Ducha właśnie w tych przestrzeniach Jego obecności... Narasta jakaś niepisana umowa, że współczesny człowiek nie rozpozna żywego Boga w tradycyjnych formach modlitwy.

W tym kontekście lektura tekstu Agaty Skorupskiej-Cymbaluk przyprawiła mnie o niemałą konsternację. Nie tyle dlatego, że wraz z całą rodziną szykowałam się właśnie do parafialnego wyjazdu na „Różaniec do Granic”, ile przede wszystkim z powodu zderzenia mało sympatycznych etykietek i intelektualnych figur z rzeczywistością, która w myśl moich wcześniejszych uwag budzić powinna – w moim odczuciu – więcej nadziei niż niechęci.

Aby zachować uczciwość debaty, powstrzymałam się z komentarzem do czasu, aż sam jej przedmiot urealni się. Autorka tekstu krytykuje wszakże wirtualny obiekt zbudowany z własnych podejrzeń i wyobrażeń. Tym samym mam nadzieję, że dziś jej spojrzenie jest już bardziej przychylne.

Podobnie jak ks. Dawid Tyborski, nie mogę opisywać całości wydarzenia „Różaniec do Granic”: byłam w grupie ledwie siedmiuset osób, które zjechały do kościoła stacyjnego w Niedzicy. To kropla w morzu. Z mojej parafii wyjechały dwa autokary – w przeważającej mierze starsze pokolenie, ale były też rodziny z małymi oraz nastoletnimi dziećmi. Znaliśmy się, wiedzieliśmy, że jedziemy ten kawał drogi, żeby akurat dzisiejszy swój różaniec odmówić wraz z innymi, którzy go tak samo odmawiają, prosząc o Boże przebaczenie i nawrócenie narodu, ojczyzny, Europy. Dlaczego trzeba było jechać aż na granicę? W moim pierwszym, prywatnym odczuciu jest to ten sam gest, kiedy kładę ręce na swoim chorym dziecku, modląc się o zdrowie dla niego. Dotknęłam Polski, stojąc w miejscu, gdzie po ludzku, zmysłami, najprościej odczuć, że Polska to konkretna przestrzeń, w której żyjemy. I że otacza ją również bardzo konkretna przestrzeń – świat, w którym jako Polacy żyjemy. Na co dzień myślimy kategoriami dużo węższymi – miasta, klasy społecznej, wspólnoty takiej czy innej, „swoją” Polską. Wyjście na granicę mogło niejednemu pomóc przełamać tę perspektywę. W całej tej pielgrzymce o wiele ważniejsze od uświadamiania sobie czegokolwiek było podjęcie trudu drogi, poranne wstawanie, podróżowanie (w naszym przypadku było to blisko trzy godziny), całodzienny post wsparty przez okoliczności, a przełamany jedynie skromnym gestem gospodarzy w postaci ciepłego napoju i ciastka; do tego doszedł finansowy ciężar takiej podróży (w skali rodziny dość znaczny) i wreszcie pokutna konferencja, Msza święta, adoracja eucharystyczna i dwie godziny stania oraz klęczenia na wietrze i deszczu z modlitwą różańcową. Piękne słońce na koniec modlitwy i powrót do domu wieczorną porą. Żadnych fajerwerków, żadnych gratyfikacji zmysłowych czy emocjonalnych, żaden nimb nie zapłonął nad niczyją głową. O ile mi wiadomo, nie było też spektakularnych uzdrowień, ani widowiskowych nawróceń... Wróciliśmy do domu, w swoje stare, codzienne koleiny. Ofiarowaliśmy Matce Bożej i naszej to, o co Ona sama nieustannie prosi: przez Różaniec zawierzyliśmy Jej siebie, naród, ojczyznę, świat wokół. Prosiliśmy o przebaczenie i nawrócenie. Tylko tyle i aż tyle. Reszty dokona Bóg według swej woli. Jedna może tylko mała radość – z uczynionej powinności, ze spotkania z ludźmi oddanymi Bogu, modlitwie i ojczyźnie. I o jedną różę różańcową więcej w naszej parafii.

Post factum okazuje się, że tak jak spotykamy się przy kapliczkach, by omadlać najbliższą okolicę, tak spotykając się na granicy, Polskę uczyniliśmy na chwilę taką kapliczką pośród świata. Dość spojrzeć na komentarze internautów francuskich, niemieckich czy włoskich pod relacjami zagranicznych mediów, by zrozumieć, że warto było podjąć ten wysiłek. Publiczna modlitwa jest ważna. Różańcowa Krucjata Młodych wśród 10 powodów, dla których warto odmawiać Różaniec publicznie cytuje słowa św. Ludwika Maria de Montfort: „Modlitwa publiczna jest bardziej skuteczna niż modlitwa prywatna dla złagodzenia gniewu Bożego i wyjednania Jego miłosierdzia” (zob. tegoż, Przedziwny sekret Różańca Świętego). „RdG” nie miał być i nie jest kolejnym „wydarzeniem”, lecz kontynuacją „Wielkiej Pokuty”, odpowiedzią na wezwanie Matki Bożej w Orędziu Fatimskim. Widzę w nim raczej – naturalne w odczuciu wielu ludzi – domknięcie bardzo intensywnego duchowo roku obchodów trzech wielkich rocznic związanych z obecnością Maryi w życiu i historii Polaków. Liczebność pielgrzymów do granic Polski potwierdza, że rok ten był czasem Łaski. Jak głosił kard. Robert Sarah na konferencji w ramach tegorocznego Ogólnopolskiego Forum Duszpasterskiego w Poznaniu, „Jezus stwierdza wyraźnie (zob. J 16, 7-11), że dziełem Ducha Świętego będzie przekonanie świata o grzechu, sprawiedliwości i sądzie (...). Kiedy Duch uświęca naszą duszę, czyniąc ją bardziej subtelną z duchowego punktu widzenia, jesteśmy zmotywowani - zarówno indywidualnie, jak i jako wspólnota kościelna - aby z większym bólem oceniać ciężkość grzechu, dokładniej przeprowadzać rachunek sumienia (...), modlić się i pokutować za grzechy nasze i innych (...)”.

Powracając do samej dyskusji z Redakcją „Christianitas”, odnoszę wrażenie, że tym razem refleksja intelektualna rozminęła się ze swoim przedmiotem, być może głównie dlatego, że wyprzedziła jego realne zaistnienie, poprzestając na medialnej zapowiedzi. Antoni Kroh zachwycił mnie, jeszcze w czasach moich akademickich żarliwych dysput, bezlitosną autorefleksją: „Ta łatwość wysnuwania wniosków i poczucie satysfakcji płynące z niezłomnej wiary, że to, co właśnie wymyśliłem, jest obiektywnym faktem, czyniła ze mnie dobry materiał na humanistę” (zob. tegoż, Sklep potrzeb kulturalnych. Po remoncie, Warszawa 2013). Nieraz powracała ona do mnie, a więc do humanisty, jako bezlitosny chichot lub bardziej szczęśliwie, choć rzadziej – jako ostrzeżenie. Przyszła mi ona do głowy również w kontekście aktualnej debaty, bo choć „logika wydarzenia” przywoływana mniej lub bardziej wprost w tekstach Agaty Skorupskiej-Cymbaluk, Tomasza Dekerta czy Pawła Milcarka jest w istocie prawdziwa i słusznie oceniana negatywnie w kontekście katolickiej pobożności, to jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że w przypadku „Różańca do Granic” nie ma ta logika miejsca. Odmawianie publicznego Różańca przez naród nie jest pentekostalnym eventem. Można słowo „publiczny” zamienić na „ekstraordynaryjny”, a „narodowy” na „mesjanistyczny”, aby wszystko to nazwać ogólnie „sosem”. Jednakże faktów taką wypowiedzią nie wygenerujemy. Wydaje mi się, że liczne i wyraziste komentarze pod kolejnymi tekstami nie tyle płynęły z "głębokiej możliwości pomylenia silnego pobudzenia emocji z doświadczeniem duchowym", jak to diagnozuje Tomasz Dekert, co z naturalnej reakcji na zastosowaną przez Autorkę w powszechnym odczuciu nieadekwatną retorykę i jej na wyrost krytyczną wypowiedź. Czym innym jest krytyka tańców podczas Mszy, które miały zresztą miejsce, a czym innym krytyka samej Mszy z powodu możliwości pojawienia się na niej tańców. W przypadku wypowiedzi Agaty Skorupskiej-Cymbaluk mamy do czynienia z tym drugim przypadkiem, zaś kolejne redakcyjne teksty próbują jedynie bronić słuszności samej teorii, oderwanej tym razem od konkretu. Coś, co rzeczywiście miało wielkie szanse stać się kolejnym eventem i nosiło takie znamiona w sferze medialnej, w przeważającej mierze realnie po prostu eventem nie było. Co więcej, pomna na ostrzeżenia Antoniego Kroha, na koniec dodam nieśmiało, że gdybyśmy mieli w naszym polskim, katolickim życiu religijnym tylko takie „wydarzenia” i tylko w takim sensie charyzmatyczne, jak „RdG”, to myślę, że byłoby naprawdę nie najgorzej.

Kinga Wenklar

 

Do tej pory w dyskusji na temat akcji "Różańca do granic" opublikowaliśmy:

 

Agata Skorupska-Cymbaluk - Dlaczego nie pojadę z różańcem na granicę

Tomasz Dekert - Glosa w sprawie różańca bez granic

Paweł Milcarek - Czy wystarczy Różaniec do granic

Ks. Dawid Tyborski - O "Różańcu do granic" na spokojnie 

 


Kinga Wenklar

(1977), żona i matka, obecnie głównie zajmuje się domem oraz wychowaniem i kształceniem swoich dzieci. Z wykształcenia etnolingwista, bywa redaktorem książek i publicystką.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij