Polemiki
2017.10.09 10:25

Czy wystarczy Różaniec do granic?

Wbrew pozorom spór o sensowność inicjatyw takich jak Różaniec do granic nie jest sporem między katolicyzmem masowym i, cokolwiek by to miało znaczyć, elitarnym. Nie, katolicyzm masowy czy ludowy był lub nawet jest bardziej związany z rokiem liturgicznym, odpustami i pierwszymi piątkami, a przede wszystkim z codziennością monotonnego pacierza, niż z wielkimi zjazdami i estetyką “iwentu”. Ale przyjmijmy, bez bólu, że i "wielkie święta" - takie bardziej wymyślone niż dane - też są nam potrzebne, wszystkim, bez względu na styl bardziej popularny czy elitarny. Chodzi jednak o jakość takiego "iwentu duchowego". Organizatorzy tych obecnych próbują zapewne podświadomie imitować wielkie zgromadzenia wywołane przez pielgrzymki papieskie. Jednak brak tu Papieża - skupiającego tysiące i prostującego im drogi. A może gdzieś unosi się nad tym pamięć zgromadzeń Wielkiej Nowenny i Milenium, czasów Prymasa Wyszyńskiego? Przyznajmy, że to skojarzenie byłoby najbardziej pociągające. Gdzie jednak jest - w Wielkiej Pokucie i w Różańcu do Granic - program duchowy porównywalny z pracą zaplanowaną i wykonywaną latami przez Prymasa Tysiąclecia? Zapominamy jak wymagający był jego program, rozpisany na wieloletnie zmaganie z wadami i pozyskiwanie cnót, na terenie parafialnym, domowym i narodowym - a dopiero mocno podsumowywany duchowo wielką celebracją, na Jasnej Górze i gdzie indziej.

 

Czy jest taki wielki duchowy program w obecnych Wielkich Wydarzeniach i wokół nich?

 

Organizatorzy dzisiejszych masowych incydentów duchowych proponują "wielką modlitwę". Nie sposób tego krytykować - i na pewno nie robią tego ci, którzy wiedzą, że modlitwa wielu czasami rzeczywiście bywa wielka, niekiedy nawet tak wielka jak modlitwa niewielu. Propozycja modlitwy zawsze jest dobra, a propozycja pokornego Różańca - wręcz świetna. Bóg zapłać każdemu kto tak zaprasza.

 

Nie zmienia to faktu, że wolno i należy pytać - jak autorzy tekstów [zob. Skorupska-CymbalukDekert] publikowanych ostatnio przez “Christianitas” - czy charyzmatyczna atmosfera wielkich zgromadzeń ma nam wystarczyć. Czy "ekstremalność" i “iwentowość” - w którą wkłada się tyle energii, znacznie więcej niż np. w potrzebną dziś walkę o prawo do życia dla najmniejszych - choćby spróbuje się przekładać na prozę w postaci więcej katechizmu, więcej ascezy, więcej realnej pracy społecznej? A może w praktyce jest zamiast tego - także dlatego że dla tych, którzy im zawierzyli, organizatorzy nie mają propozycji na zwyczajną codzienność?

 

W tym kontekście pytania stawiane między innymi przez autorów “Christianitas” nie są wyrazem jakiejś wyimaginowanej niechęci do wydarzeń masowych - lecz raczej wyrazem troski o to, że już zbyt wiele rzeczy w codzienności i nadzwyczajności naszego katolicyzmu zależy od nastroju jednorazowych akcji oraz emocjonalnych wzlotów (i upadków) nazywanych charyzmatami; a za mało jest tego, co buduje do głębi, w strukturze - we wnętrzu człowieka i w życiu społeczeństwa, w decyzjach i w prawach.

 

Warto pamiętać, że czasy saskie Rzeczypospolitej też obfitowały w “iwenty” religijne, mnóstwo “cudowności” - które zdawały się zastępować odrodzenie życia duchowego i umysłowego. Okazuje się, że bycie Przedmurzem to coś wymagającego szkół cnót, a nie samych wydarzeń nadzwyczajnych.

 

A wracając do naszej obecnej sytuacji. Pamiętacie zarysowaną w piosence Jacka Kowalskiego dysputę między franciszkaninem i dominikaninem? Między stylem ogólnej religijnej dobroduszności i stylem zgłębiania wiary przez rozum, ulubiony twór Boży? Czasami ktoś przypomina to jako opis sytuacji polskiego katolicyzmu. Ale w skali ogólnej nasza sytuacja jest inna: dyskusja toczy się dziś między poczciwym i dobrodusznym franciszkaninem a “franciszkańskim” spirytuałem, radykałem nadzwyczajności; natomiast dominikańska “inteligencja wiary” dawno została postawiona poza dyskusją - jak tylko się odezwie gdzieś, zaraz się okazuje, że “dzieli włos na czworo”, że “szkodzi”, że “nie rozumie” swojego narodu etc. etc. No i że w ogóle nie jest… Franciszkowa. W tym wykluczeniu spokojnych pytań i kwestii zgodni są zarówno zwolennicy “wierzę, gdyż to absurd”, jak i platoniczni miłośnicy prostoty. Już się zgodzili, że wystarczy mieć mocne hasła i zdolność budzenia emocji, by mieć rację, a nawet być pewnymi obecności Ducha Bożego.

 

Paweł Milcarek

 

Do tej pory w dyskusji na temat akcji "Różańca do granic" opublikowaliśmy:

 

Agata Skorupska-Cymbaluk - Dlaczego nie pojadę z różańcem na granicę

Tomasz Dekert - Glosa w sprawie różańca bez granic

Paweł Milcarek - Czy wystarczy Różaniec do granic

Ks. Dawid Tyborski - O "Różańcu do granic" na spokojnie 

Kinga Wenklar - "Różaniec do granic" - między teorią a praktyką


Paweł Milcarek

(1966), założyciel i redaktor naczelny "Christianitas", filozof, historyk, publicysta, freelancer. Mieszka w Brwinowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij