Liturgia
2017.12.22 17:11

Justyna Melonowska - Ankieta 10 lat Summorum Pontificum

Pobierz pdf

fot. Paweł Kula

fot. Paweł Kula

Jakie owoce SP widzi Ksiądz/Siostra/Pani/Pan w swoim środowisku po 10 latach od publikacji dokumentu?

 

Stanisławowi Wilczyńskiemu ‒ mojemu nauczycielowi łaciny, oraz całej wspólnocie urszulańskiej dedykuję

 

Komentując przemiany liturgii w XX wieku, należy się zmierzyć z problemem konieczności wypracowania takiego sposobu dyskusji tych kwestii, który nie byłby formą dewaluacji Novus Ordo. Nie jest to łatwe. Ryt zwyczajny sam może być postrzegany jako umniejszenie, a nawet dewastacja Mszy świętej. Przez wielu komentatorów materii liturgicznej tak właśnie jest traktowany, a zatem i komentowany bez zbędnej delikatności. Być może w kwestii tak ważnej postawa niezmiękczonej stanowczości jest rzeczywiście najbardziej uczciwą i stosowną odpowiedzią. Jest jednak jeszcze inna droga. Polega ona na opisie nie konkretnych dokumentów, ale ludzkiego doświadczenia, jakie się z nim wiąże.

Niech wolno mi będzie zacząć od wyznania, które zresztą rezonuje z komentarzem Petera Kwasniewskiego (P. Kwasniewski, Kryzys i odrodzenie. Tradycyjna liturgia łacińska a odnowa Kościoła, Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, 2016). Sięgam pamięcią wstecz, ku swemu dzieciństwu i ku nabożeństwom niedzielnym w jednym z kościołów parafialnych w Gdyni. Pamiętam przede wszystkim, że udział w niedzielnej Mszy był dla mnie przez całe lata obowiązkiem nadzwyczaj przykrym. Odczuwałam w kościele niewymowne wręcz znużenie, Msza była dla mnie samą kwintesencją nudy. Była głównie potokiem słów, często sprawiających wrażenie rażąco źle dobranych, które należało wypowiedzieć, przez które należało przebrnąć, myśląc usilnie: „szybciej, szybciej, miejmy to już za sobą”. Było to również miejsce, w którym nigdy nie było półmroku i cienia. Miejsce nieładnej, jakby wyjącej muzyki i zawodzenia pań. Miejsce obcości z jednej i emocjonalności z drugiej strony, gdzie wierni obserwowali siebie z ukosa, najwidoczniej nie całkiem zajęci tym doniosłym przecież wydarzeniem, jakie ich zgromadziło. Pamiętam to wyraźnie, gdyż dla mojej neurotycznej natury ta horyzontalność relacji była po prostu nie do wytrzymania. Msza była mi takim mozołem, że aż po wczesną dorosłość wszystkie przykre i nudne obowiązki, jakie musiałam spełnić, odmierzałam... Mszą świętą. Na przykład dwugodzinny dyżur w harcerskiej garkuchni to były dwie Msze, a nudna półgodzinna herbatka u nielubianej krewnej to było pół Mszy. „Msza” to był miernik nudy, banału i obcości, jak miernikami są ‒ dajmy na to ‒ „metr” czy „litr”. Jeśli wówczas i nigdy po dziś dzień nie straciłam wiary, to dlatego, że ‒ jak w swych wyznaniach ujmuje to François Mauriac ‒ po prostu nie było mi dane jej utracić.

Msze w Liceum Urszulańskim przy pl. Nankiera we Wrocławiu były jedynymi, w których odsłaniał się przede mną daleki sens celebracji. Sądzę, że wpływ miało na to kilka czynników. Nasze liceum mieściło się w budynkach klasztoru, a zatem zwykle tylko drzwi tu i ówdzie dzieliły nas od klauzury sióstr. Nad wszystkim unosił się duch monastycyzmu.

Sam nasz kościół mieścił się na parterze, w najstarszej, gotyckiej części budynku, niegdyś kaplicy św. Jadwigi, i jedynie krata dzieliła go od Mauzoleum Piastów Śląskich. Mauzoleum to była bliźniacza, również gotycka część naszego kościoła, z kilkoma tumbami, na których spoczywały płyty nagrobne z figurami zmarłych Piastów, z kamiennymi płytami książęcymi w posadzce i gdzie jakby władztwo wciąż sprawowali owi dawno zmarli książęta i opatki klasztoru. Opuszczony ołtarz zawsze tonął w mroku i gęstej ciszy. Na Msze ogólnoszkolne kratę otwierano tak, że część uczennic siedziała w kościele, część zaś właśnie w mauzoleum. Zawsze wówczas starałam się spóźnić, żeby tylko móc siedzieć tam ‒ w mroku, ciszy i w towarzystwie zmarłych. Niezliczoną ilość razy uciekałam też do mauzoleum od trudów dnia, od przykrości, od ludzi, od spraw. Było moim miejscem ucieczki ‒ moim małym średniowieczem.

Pamiętam, że przez lata starannie unikałam krytyki Novus Ordo. Osądzanie Mszy świętej wydawało mi się buńczuczną śmiałością. W literaturze jednak natrafiałam czasami na uwagi o niedoskonałościach nowego rytu i powoli zaczęłam rozumieć, że sąd ten ma liczniejszą i godną reprezentację. Zaczęłam śmielej formułować i wyrażać swój pogląd. A twierdziłam, że Msza jest kiczowata w mierze, której po prostu nie da się zaprzeczyć. Rozumiałam kicz jako „sztukę szczęścia”, a więc taką, która wyraża dość banalne treści celem zapewnienia twórcom i uczestnikom pewnego rodzaju subiektywnego, emocjonalnego zaspokojenia.

Po namyśle uznałam, że ów kicz to poniekąd problem deficytu piękna ‒ w tej mierze rozwiązywalny. Piękna wszak można poszukiwać i można o nie zabiegać w ramach Novus Ordo. Ewa i Marcin Kiediowie z „Więzi” skierowali moją uwagę w tę stronę i to za ich sprawą zaczęłam uczęszczać na Msze do Wspólnot Jerozolimskich. Na pewien czas znalazłam w tym pociechę. Msze te były jednak wciąż projektem ‒ ładnym, lecz tylko projektem. Nie odnajdywałam w nich ducha „mojego” mauzoleum. Postanowiłam zatem przestać szukać i po prostu skierowałam się do namiotu pewnych misjonarzy blisko mojego domu, gdzie Mszę świętą odprawia kilku księży z Afryki, Ameryki Południowej i Włoch. Jest to mszalna terapia homeopatyczna. Oto bowiem jest ona utrzymana w duchu tak arcyposoborowym, że niemożliwe jest pomyślenie większej otwartości, radości, szczerości, aplauzu, entuzjazmu, kolektywności itd. Wszystkie znane zarzuty pod adresem Novus Ordo osiągają w tej celebracji swoje akme. Jest to granica, poza którą objaw nie może już się nasilać ‒ musi albo ustąpić, albo wywołać zgon organizmu. I ja te Msze polubiłam tak, jak lubi się truskawki z bitą śmietaną. Po prostu wystarczy w każdą niedzielę pomyśleć: dziś obiadu nie będzie. Będzie deser. I problem się rozwiązuje.

Zaakceptowawszy to, chciałam jednak, jak wszyscy ludzie konający z głodu, najeść się choć raz przed śmiercią. Dlatego też pewnego dnia, odłożywszy na bok dumę, lęk, nieufność i niepewność skutku, zwróciłam się do „Christianitas” z prośbą o pokierowanie mnie ku staremu rytowi oraz w ogóle jakiemukolwiek zakonowi, ku jakiejś regule, ku powadze.

A przecież jako czterdziestoletnia kobieta, od dzieciństwa biorąca udział w praktykach religijnych, pobierająca nauki w katolickich szkołach, doktoryzująca się w zakresie filozofii katolickiej, po prostu powinnam znać ryt nadzwyczajny w drobnym szczególe. Jak to zatem możliwe, że przez tyle lat się uchowałam? Nigdy się przecież nie wzbraniałam przed wiedzą o własnym Kościele, ale jej pożądałam i poszukiwałam, nieraz z rozpaczliwym uporem. Tymczasem jest tak, jakby już nie było żywych mogących wprowadzić we wspólnotę ze zmarłymi. Ilu podobnych biedaków chodzi w głodzie po świecie i nigdy nie zostaną wprowadzeni przez kogoś innego w stare misterium Chleba-Ciała? Przecież aby go Pragnąć, trzeba wiedzieć, że ono jest. W przeciwnym razie jesteśmy zdolni powiedzieć „czuję głód”, ale już niekoniecznie „chcę chleba”. Szczerze mi ich żal, myślę ze współczuciem o ich, i własnej, drodze w samotności.

Trzeba też wiedzieć, że ryt stary nie współistnieje z nowym, ale jest zepchnięty do enklaw. Zwolennicy Novus Ordo mogą planować dzień niemal dowolnie, mając wiele Mszy świętych do wyboru. Uczestnictwo w Mszy trydenckiej takich możliwości wiernym właściwie nie daje: cały dzień należy dostosować do wskazanej godziny i liczyć na to, że z kolei krewni i znajomi, a nawet pracodawcy, przystosują się do naszego planu dnia. We własnej i najbliższej miejscowości mam do wyboru siedem Mszy świętych w różnych godzinach, dojazd na każdą zajmuje 5‒10 minut. Na Mszę trydencką muszę się dostać spod Warszawy do centrum, na określoną godzinę. Miejsce pierwszej wybrałam starannie: jechałam 40 km w jedną stronę. Bogu dzięki, że w docelowej miejscowości była dobra kawiarnia i kameralny koncert fortepianowy na miejskim placyku, udał nam się dzień.

I tu słowo o moim dziesięcioletnim synu. Jest to dziecko nadzwyczaj żywe i niepokorne, jakby wyzwanie rzucone spadkobiercom myśli wychowawczej ks. Bosko, skądinąd mające już za sobą ważny etap edukacji salezjańskiej. Wiele się natrudziłam, żeby mu wyjaśnić istotę Mszy trydenckiej, nim się na nią udaliśmy. Słuchał z zainteresowaniem. W samym kościele upatrzyłam od razu drogę ewakuacyjną i powiedziałam mu: „Tędy wyjdziesz z tatusiem, gdyby cię roznosiło, synku”. A synka wcale nie roznosiło. Dostał od nieznajomej sąsiadki mszalik do rączki, palcami przebiegaliśmy łaciński tekst i taki się cały zrobił cichutki.

Nic nie wyrazi tego poczucia ograbienia, jakie miałam, wychodząc z kościoła ‒ ograbienia nie tylko mnie samej, ale i moich dzieci. Jak nauczyć ciszy w hałasie? Jak nauczyć rozróżniać znaczenia, gdy słów pada zbyt wiele? Jak wychować katolików, uczęszczając na niemal protestancką liturgię (przez kilka miesięcy pracowałam we wspólnocie metodystów w USA, znam zatem dobrze tę protestancką ambience)? Oto są moje pytania. Do kogo je skierować? A właściwie: komu uczynić wyrzut?

Dopiero zarysowawszy ‒ nie bez wahania ‒ ów kontekst autobiograficzny, mogę podjąć kwestię Summorum Pontificum. Dokument ten jest upomnieniem się o „dobro dusz”, zgodnie z jasno wyłożonym i słusznym twierdzeniem Mszału Rzymskiego „norma modlitwy Kościoła odpowiada normie jego wiary”. Słowa te można odczytywać jako proste stwierdzenie korelacji: jakość modlitwy i jakość wiary zmieniają się w tym samym czasie. Może też jednak wskazywać wynikanie, i to dwukierunkowe: jakość modlitwy zależy od jakości wiary, ale też jakość wiary ‒ od jakości modlitwy. W tym kontekście upomnienie się o modlitwę jest nie tylko upomnieniem się o właściwą cześć składaną Bogu, ale o samą prymarną zdolność wiary, a zatem nie tylko o właściwe wyrażanie, ale i odpowiadające mu właściwe ludzkie poczucie. Wydaje się bowiem, że homo religiosus jest dziś zagrożony wyginięciem: jego natura ocalana i uwznioślana przez stary ryt pod władzą nowego popada w otępienie i traci czujność.

Rację też wydaje się mieć Kwasniewski, zauważający, że w sposób całkowicie naturalny rozluźniony ryt prowadzi do pelagianizmu i arianizmu. Są to zrozumiałe i przewidywalne odpowiedzi natury niepodtrzymywanej dłużej w intensywnie chrystocentrycznym wysiłku i koncentracji. Należy zatem zwrócić uwagę na określenie „norma”, które samo w sobie jest wyzwaniem dla owej performatywności czy wręcz kultury performance’u, charakterystycznej dla Novus Ordo: tam, gdzie jest norma, tam też jest możliwość jej przekroczenia. Tam, gdzie jest norma, jest wykład przyczyn, przebiegu i skutku. Tam, gdzie jest wykład, jest i wiedza. Tam, gdzie jest wiedza, możliwa jest wiara pewna i niewzruszona, niezależna od porywów i mód.

Summorum... jest zaproszeniem do stawania się „człowiekiem klasycznym” wedle określenia Dietricha von Hildebranda, a zatem głęboko zaznajomionym z własnym pochodzeniem i dorobkiem, włączonym w strumień pokoleń, podejmującym odpowiedzialność za otrzymane dziedzictwo, człowiekiem biegle rozeznającym kruszce szlachetne i nieszlachetne (dźwięki, zapachy, obrazy, kolory), człowiekiem łaciny i w końcu człowiekiem benedyktyńskiej reguły, a to znaczy również niezmordowanym obrońcą europejskiego (łacińskiego i rzymskiego) ducha.

Summorum... jest próbą uwolnienia ludzi od głodu, jaki powyżej opisałam, a zatem próbą sprawienia, by Kościół, skoro jest matką, był i karmicielką. Jest próbą ocalenia pamięci przeszłości przez włączenie przyszłości w jej obieg. Stanie się to, gdy powszechniejsza Msza trydencka będzie dostępna dzieciom, na nowo przepełniając je grozą, wzniosłością i zdolnością odczuwania bojaźni Bożej. Gdy bowiem nie ma pragnienia poddania się właściwego tremendum, nie potrzeba już ukojenia w fascinans.

Nie umiem ocenić, jak na Summorum... reagują konkretne środowiska i w jakim stopniu są jego beneficjentami. Skłonna jestem sądzić, że jest to rzecz przełomowa dla ludzi łaknących Mszy trydenckiej, ale też już o nią dbających, już z niej korzystających. A zatem dla tych już będących w jej splotach. Dokument ten z pewnością ułatwia zwabianie w ową modlitewną sieć innych, co jest dziś chyba pierwszym obowiązkiem i powinnością obrońców tradycji. Bez ich wysiłku jednak, sądzę, Summorum... jest i będzie bezradne. Jak każdy dokument może po prostu zostać pominięte. Oczywiście wszyscy wierni zyskują instrukcję, na którą mogą się powoływać, prosząc o dostęp do tego rodzaju liturgii. Niemniej aby o nią prosić, muszą o niej wiedzieć.

Sądzę ostatecznie, że sam ten dokument jest środowiskiem, małym habitatem starego rytu. Oby był jego płodną i ochraniającą macicą, która w trudzie nachodzących ją skurczów zacznie rodzić nowych spadkobierców i odnowi poczucie katolickiej dumy, przynależności i czci.

 

Justyna Melonowska

 

Wszystkie głosy w ankiecie:

Ks. Bartosz Gajerski
Marcin Gola
Dawid Gospodarek
O. Tomasz Grabowski OP
Ks. Krzysztof Irek
Antonina Karpowicz-Zbińkowska
Ks. Jeffrey R. Keys
Bogusław Kiernicki
O. Mark Kirby OSB
Ks. Andrzej Komorowski FSSP
Ks. Dariusz Kowalczyk SJ
Peter Kwasniewski
Justyna Melonowska
Teresa Milcarek
Ks. Jakub Raspaj
Arkadiusz Robaczewski
Ks. Adam Ryński
Ks. Jarosław Tomaszewski
Tomasz Warowny
S. Maria Assunta Wąchała FI
Kinga Wenklar
Elżbieta Wiater
Ks. Maciej Zachara MIC

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Justyna Melonowska

Justyna Melonowska (1976) - absolwentka Prywatnego Żeńskiego Liceum Sióstr Urszulanek we Wrocławiu, psycholog, doktor filozofii. Kieruje Pracownią Filozofii Wychowania w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij