Recenzje
2017.08.14 14:00

Wszyscy wierzymy w tego samego Boga? Pawła Lisickiego pytania o Kościół i islam

Pobierz pdf

Paweł Lisicki, Dżihad i samozagłada Zachodu, Fabryka Słów, Lublin 2015, s. 379.

Pierwsze pytanie w wywiadzie, który z Pawłem Lisickim przeprowadził portal euroislam.pl[1], brzmiało: „Czy pana ostatnio wydana książka, Dżihad i samozagłada Zachodu, jest bardziej o islamie czy o Watykanie?”. Pada ono nie bez powodu. Jeśli miałbym odpowiedzieć na pytanie o charakter książki Lisickiego, powiedziałbym, że jest to pozycja apologetyczna. Szczególna to jednak apologetyka, ostrze jej analizy i krytyki kieruje się bowiem tyleż w stronę islamu, jego historii, doktryny i dzisiejszych z nim problemów, ileż do samego wnętrza Kościoła. I to nie do jakichś w ten czy inny sposób nieortodoksyjnych grup czy ruchów, ale do samych fundamentów i implikacji „posoborowego” stosunku Kościoła do religii proroka, formułowanych i wyrażanych na wszystkich stopniach kościelnej hierarchii, włącznie z tymi najwyższymi. Jest to więc apologetyka jednocześnie ad extra i ad intra, a lektura nie zostawia wątpliwości, że w przypadku tytułowego problemu właśnie taka musi ona być.

Książka składa się z dwóch części, w pierwszej, zatytułowanej „Na manowcach dialogu”, Lisicki obszernie analizuje problem zmian w podejściu Kościoła do islamu oraz ich konsekwencji na wielu polach. Druga, nosząca tytuł „Jezus i Mahomet – historia i pamięć”, to – jak można powiedzieć – rozległa odpowiedź na pytanie, jak mają się do siebie chrześcijaństwo i islam, jeśli spojrzeć na nie przez pryzmat tego, co wiemy na temat ich założycieli, charakteru i wiarygodności mówiących o nich źródeł, treści objawień, relacji między nimi (a dokładniej relacji objawienia muzułmańskiego do chrześcijańskiego), a także, last but not least, ich stosunku do przemocy. Obie je można uznać za obszerny komentarz do powtarzanych w ostatnich dziesięcioleciach z uporem przez papieży, hierarchów i część wiernych tez o istotowej (monoteistycznej) jedności chrześcijaństwa i islamu.

Szczególną cechą wywodu Lisickiego jest jego – w najlepszym tego słowa znaczeniu – prostolinijność. Autor nie próbuje ustawiać się na jakiejś sztucznej, abstrakcyjnej i zdystansowanej pozycji. Dla każdego jest jasne, że książka została napisana przez katolika i z katolickiego punktu widzenia. Lisickiego nie interesują gry słowne, zamawianie rzeczywistości, różowa mgła dyplomacji czy prymat „dialogu”, które niestety zdominowały dyskurs kościelny (bo trudno go w związku z tym nazwać katolickim) w okresie posoborowym. Jednocześnie nie ma w tym nic z ideologicznej demagogii, tworzenia atmosfery strachu czy nawoływania do pogromów. To nie jest katolicka odmiana Wściekłości i dumy, choć autor niejednokrotnie daje wyraz swojej irytacji czy gniewnemu zdumieniu (co znaczące, skierowanym raczej w stronę katolików niż muzułmanów). Jej zasadniczym punktem odniesienia jest po prostu wiara w chrześcijańskie objawienie oraz w „jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół”, a także realna troska o przyszłość cywilizacji zachodniej, natomiast narzędziem ‒ rozum uzbrojony w podstawowe zasady logiki. W rezultacie dostajemy tekst stawiający jasno i przejrzyście pytania o sprawy fundamentalne.

Czytam Dżihad i samozagładę Zachodu właśnie jako w pierwszym rzędzie zbiór takich pytań. Tych o sam islam (zarówno teologicznych, jak podniesiona przez Benedykta XVI w Ratyzbonie kwestia aracjonalności Boga, historycznych, jak np. o przedkoraniczne źródła Koranu i długich dziejów realnego ucisku doznawanego przez chrześcijan w krajach podbitych przez wyznawców „religii pokoju”), ale przede wszystkim tych do Kościoła i o Kościół. Formułowane są one na jednej zasadniczej podstawie: potraktujmy poważnie i trzeźwo zarówno chrześcijaństwo, jak i islam i z tej perspektywy spójrzmy na teorie, wydarzenia, słowa i gesty papieży oraz innych ludzi Kościoła w obrębie „dialogu” z religią proroka. A jeśli zauważymy tu niespójności, sprzeczności i inne problemy, to skąd one się biorą?

„My wszyscy, chrześcijanie i muzułmanie, żyjemy pod słońcem jedynego, miłosiernego Boga. Wspólnie wierzymy w jedynego Boga, stworzyciela człowieka. Uznajemy Boże panowanie i bronimy godności człowieka jako sługi Bożego” – tak mówił Papież Jan Paweł II do Nigeryjczyków w 1982 r. W tym kontekście Lisicki pyta: „Co to znaczy, że «wspólnie wierzymy w jedynego Boga»? Czy to znaczy, że chrześcijanie i muzułmanie wierzą, że istnieje jeden Bóg? W takim rozumieniu to zdanie jest prawdziwe. Tylko że to chyba co innego, niż mówił papież. Sugerował on, jakby sama treść wiary chrześcijańskiej: «wspólnie wierzymy w jedynego Boga» była tożsama. Jakby, mówiąc prościej, chrześcijanie i muzułmanie nie tylko wierzyli, że jest jeden Bóg, ale że jest to ten sam Bóg. Tu jednak pojawia się podstawowa wątpliwość (…): jak może to być ten sam Bóg, skoro obie tradycje religijne pozostają (…) w opozycji. Albo jeszcze mocniej: jak może to być ten sam Bóg, skoro mówił On na swój temat całkiem przeciwne rzeczy w Nowym Testamencie i w Koranie?” (s. 107). Jak może Papież Franciszek mówić, że „muzułmanie wraz z nami [chrześcijanami] adorują jednego, miłosiernego Boga”, skoro kult chrześcijański kieruje się w stronę Trójcy Przenajświętszej, a muzułmański w stronę absolutnie transcendentnego Boga, który – jak mówi koraniczna sura Al-Ikhlas („Szczerość wiary”) „nie zrodził i nie został zrodzony / Nikt nie jest jemu równy”? (por. s. 84). Jak można głosić wspólnotę teologiczną chrześcijaństwa i islamu, skoro dla tego drugiego Jezus jest jednym z Bożych stworzeń? Jak można przyjmować za uzasadnienie wspólnego podłoża „dialogu” fakt, iż Koran mówi o Janie Chrzcicielu, Maryi i samym Jezusie, kiedy to, co o nich mówi, jest nie do pogodzenia z objawieniem chrześcijańskim? Kiedy koraniczny Jezus, jako wierny Allahowi prorok, zdecydowanie odrzuca własne bóstwo? Itd., itd., itd.

Wydawałoby się, że te pytania są oczywiste. Wzięte przez pryzmat swojej treści oba objawienia są zwyczajnie nie do pogodzenia (a to dopiero wierzchołek góry lodowej sprzeczności). Co się zatem stało, że strona katolicka zaczęła udawać, że jest inaczej? Na jakich podstawach zaczęła odmawiać im obu – bo przecież nie dotyczy to wyłącznie nauki katolickiej, ale jak najbardziej również muzułmańskiej – ich materii, prześlizgując się nad nią i jej implikacjami w stronę coraz bardziej rozcieńczonej abstrakcji i „dialogicznego” pragmatyzmu? Jak wnikliwie zauważa Lisicki, aby do tego doszło, należało „przeformułować samo znaczenie wiary. Liczyć się musi nie historycznie dane słowo Objawienia – wiara w to, co powiedział Bóg – ale ludzkie doświadczenie boskości. Według chrześcijan Bóg powiedział, że ma Syna i że jest Trójcą; w Koranie Bóg temu zaprzecza. Jak wyjść poza te sprzeczności? Tylko uznając, że to, co nazywa się słowem Boga do człowieka, w istocie było… słowem człowieka do samego siebie. Chrześcijaństwo i islam byłyby tylko różnymi formami odkrywania prawdy człowieka o nim samym, o jego własnej nieskończoności. Wtedy i tylko wtedy znikają sprzeczności (…). To, że chrześcijanin i muzułmanin wierzą w co innego, ma mniejsze znaczenie niż to, że obaj «wierzą». Zwrot ku nieskończoności, przekroczenie w wierze siebie, jest tym, co wspólne” (s. 109).

Pozwolę sobie w tym miejsca na małą dygresję. Jako absolwentowi religioznawstwa dobrze znane mi jest to podejście: przedmiot danej religii czy kultu religijnego interesuje nas wyłącznie jako treść przekonań czy praktyk homo religiosus. Nie wypowiadamy się na temat statusu ontologicznego bytów, wiarę w istnienie których badamy. Bóg czy bogowie mają dla nas znaczenie tylko jako elementy światopoglądów ludzi religijnych. Szukamy jakiegoś wspólnego antropologicznego podłoża nieledwie nieskończonej różnorodności partykularnych tradycji religijnych i wyznaniowych i staramy się je dostrzec w jakimś pozajęzykowym doświadczeniu religijnym, właściwościach ludzkiego umysłu, mechanizmach adaptacji itp. Myślę jednak, że dla każdego – a w każdym razie dla znakomitej większości – z religioznawców istnieje jasna różnica pomiędzy ich (naszą) dyscypliną akademicką a religią. W obrębie tej pierwszej chodzi o pewnego rodzaju czystość metodologiczną: religioznawstwo jest sensu stricto humanistyczne, nawet kiedy mówi o Bogu czy bogach, de facto zajmuje się człowiekiem. Tymczasem to, co pokazuje Lisicki, a z czym trudno się nie zgodzić, sugerowałoby, że Kościół – depozytariusz wiary apostolskiej – zasymilował w rzeczywistości założenia metodologii religioznawczej i z tego poziomu wygłasza tezy teologiczne oraz uprawia to, co nazywa dialogiem. Jest to jakieś totalne pomieszanie porządków.

Książkę Lisickiego można zapewne odczytywać z różnych perspektyw. Dużo pisze on na temat relacji islamu do przemocy, a także praktycznej rezygnacji Kościoła z pozycji pozwalającej mu liczyć na konkretną pomoc władzy świeckiej w obronie prześladowanych chrześcijan. Demonizacja stosowania siły, ubierana współcześnie przez autorytety kościelne w formy „potępienia wszelkiej przemocy”, jest jego zdaniem efektem myślenia utopijnego. Wydobywa na wierzch i analizuje niezbyt chlubne zachowania urzędników watykańskich w sytuacjach takich jak dokonany przez Benedykta XVI chrzest Magdiego Allama. Jak wiadomo, wywołał on głośny sprzeciw środowisk muzułmańskich, po którym nastąpiła fala wyjaśnień kurialistów, składających neofitę na ołtarzu poprawnych stosunków z przedstawicielami „religii pokoju” (dla obrony przed którymi sam Allam musiał zmienić miejsce zamieszkania i korzystać z ochrony policji). Bardzo ciekawe jest dokonane przez Lisickiego porównanie postaci naszego Pana i Mahometa, zwłaszcza pod względem wzorców zachowań, jakie po sobie zostawili. Wątków jest tu naprawdę całe mnóstwo. Jak wspomniałem wyżej, dla mnie najbardziej uderzającym wymiarem tej książki jest sproblematyzowanie aktualnego kościelnego dyskursu na temat islamu oraz jego teoretycznego podłoża. A myślą, która trzyma się mojej głowy po lekturze, jest, że naprawdę, ale to naprawdę chciałbym, aby ktoś z trzymających najwyższą władzę w Kościele, najlepiej Papież, zechciał odpowiedzieć na stawiane w niej pytania. Tak po prostu, bez nowomowy i „dialogicznego” zadęcia.

 

Tomasz Dekert

 

[1] https://euroislam.pl/dzihad-i-samozaglada-zachodu/.


Tomasz Dekert

(1979), mąż, ojciec, z wykształcenia religioznawca, z zawodu wykładowca, członek redakcji "Christianitas", współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij