Felietony
2018.11.25 18:43

Wolność i charakter

„Wszystko dąży do tego, by mierność zapanowała nad światem” - konstatuje z wyraźną przykrością John Stuart Mill na 211 stroniczce (w wydaniu z 1959 roku, na którym się tu opieram) swego eseju „O wolności”. Przeciwstawia przy tym czasy, w których on sam żyje starożytności i średniowieczu, kiedy to - jego zdaniem - jednostka była siłą sama przez się, a jeśli miała wielki talent bądź odpowiednio wysoką pozycję społeczną, była siłą poważną (s. 211). Nie postuluje jednak myśliciel powrotu, zapewne na zasadach jakiejś nowej refleksyjności i nowych ułożeń społecznych, do starych źródeł mocy jednostki, ale właśnie w całym swym szkicu postponuje sensy i obyczaje dawne, uważając je między innymi za dowód wypaczonej u historycznego źródła koncepcji chrześcijaństwa. Koncepcji prowadzącej do ujednolicenia typów ludzkich, do ich zrównania, do rzezi indywidualności wybitnych, trudno poskramianych. Widzi zatem Mill dokoła siebie postaci ludzkie „skrępowane i skarłowaciałe”, szczerze przy tym przekonane, że takimi właśnie zamierzył je ich Stwórca (s. 206). Z tezą tą Mill, rzecz jasna, śmiało polemizuje dając dowód na to, że on sam ani skarlały, ani skrępowany nie jest. Więcej, jasno daje czytelnikowi do zrozumienia, że on zamiary Boże i dzieje chrześcijaństwa rozumie lepiej i wyłożyć byłby w stanie znakomicie, poprzestaje jednak na krytyce wskazującej jedynie ogólne kierunki. Czy to właśnie Mill dał początek temu jaśnie oświeconemu paternalizmowi, z jakim traktuje się dziś dość powszechnie katolików w zachodnich demokracjach liberalnych, tego nie ważę się rozstrzygać. Twierdzę jednak, że ton liberałów pouczających katolików o naturze ich wiary i kultu (oraz rzekomych wypaczeniach tychże), jest dokładnie ten sam, jak słyszalny w dziełku Milla. Podobnie też ogólna zasada krytyki katolicyzmu jest tąż samą u Milla i we współczesnej praktyce liberalnej.

Apel Milla, jego wezwanie, niosą się donośnym echem przez całą współczesność, dawno już wyznaczywszy główne kierunki debaty na Zachodzie. Zauważany efekt jest paradoksalny, jako że buntujący się przeciw dominacji miernoty Mill oraz dalszy postęp liberalizmu doprowadziły do tego, że wszyscy żyjemy pod butem takiej lichoty, takiego bezguścia i takiego prostactwa, jakich Mill nie mógł był prawdopodobnie uświadczyć w - dajmy na to - spelunce portowej w Dover. Spelunki jego czasów wiedziały bowiem, czym są. Dziś jawi im się, że są salonem i - co gorsza - rzeczywiście narzucają ton.

Mill podaje jednak tezy, które jasno świadczą o jego przywiązaniu do uznanych form współżycia społecznego, których to - jego zdaniem - nie sposób rewidować. Dziedziną taką jest na przykład wychowanie dzieci, nad którymi społeczeństwo jako siła wychowująca ma wręcz władzę absolutną. Dopiero uformowany człowiek nie podlega pieczy społeczeństwa w tym zakresie, w jakim jego działanie nie wiąże się bezpośrednio z societas (jest „sprawą prywatną”) oraz o tyle, o ile nie wyrządza krzywdy innym jego członkom. W swych czasach wciąż jeszcze Mill mógł był konstatować, że zwłaszcza opinie odwrotne do ogólnie przyjętych zyskują posłuch dzięki umiarkowaniu języka, unikaniu obrazy oraz przez oddanie honoru każdemu, kto poglądy swoich przeciwników rozpatruje spokojnie i wyłuszcza uczciwie, nie ujmując z argumentacji niczego, co przemawia na korzyść oponenta, ani też niczego takiego nie ukrywając. Mill nazywa to „prawdziwą moralnością publicznej dyskusji” i z przyjemnością, jak sam nas o tym zapewnia, konstatuje, że wielu polemistów zasad tych przestrzega, a jeszcze więcej dąży usilnie do ich zachowania (s. 194-195). Jeśli się jednak obelżywa mowa w dyskusji publicznej pojawia, to należy ją powstrzymywać raczej u większości, niźli mniejszości, stąd - autor podaje przykład - wstrzymywać należy raczej obraźliwe ataki na niedowiarstwo, niż na wiarę (s. 194).

Blisko 160 lat później („O wolności” ukazało się w 1859 roku) kultura debaty publicznej jest w całkowitej zapaści, obraźliwe ataki na wiarę są na porządku dziennym, mniejszości społeczne - zabrakło Millowi wyobraźni, by to przewidzieć - nie tyle wyrażają warte rozważenia opinie, ile przejmują władzę nad większością, przez co społeczeństwo współczesne wygląda jak pies, którym merda ogon. Krzywda i poniżenie oponenta - zwłaszcza, gdy reprezentuje on wartości tradycyjne, w tym tradycyjne rozumienie istoty i celu życia ludzkiego - sięgają zenitu w pewnej grupie odrażających działań, które się podają za współczesną sztukę. Obyczaj, a więc siła stabilizująca relacje międzyludzkie, nasycająca je dającą poczucie bezpieczeństwa przewidywalnością oraz zapewniająca poczucie wolności wynikające z wielorakiego ukrycia osoby (jej ciała przez strój, jej ograniczoności przez znajomość kanonu, jej słabości przez dyscyplinę działania etc.) oraz moderowania czynnika spontaniczności zanikł. Uporczywa dowolność i autentyczność relacji społecznych sprawia zatem, że się należy wiecznie domyślać i przewidywać, jak nasz rozmówca postąpi czy się zachowa (np. przy powitaniu kto komu poda dłoń, o ile w ogóle, bądź kto kogo ucałuje i ile razy etc.). Sprawia to, że miast być bardziej wolnym od wpływu drugiego człowieka, jesteśmy wiecznie w sidłach jego i własnych aktualnych preferencji, stanów i sposobów działania, a więc i wiecznie nim zabsorbowani. Nie ma, nie ma już koinos kosmos - wspólnego wszechświata.

I jeśli przyjmiemy, że dziełko Milla było kamyczkiem, który uruchomił tę lawinę, to winniśmy zauważyć i docenić jego niebywały, pelagiański wręcz optymizm w ocenie natury ludzkiej i jej zdolności. Oto zakładał myśliciel, że zdjęcie pęt opresji społecznej będzie tym, co wyzwoli ludzkie charaktery w całej ich wielkiej i spontanicznej samorzutności. I kiedy pisał, że każdy z nas winien móc opracować plan swego życia zgodnie z własnym charakterem (s. 133), to zakładał przecież, że każdy ten charakter ma, bądź uzyska. Tak, wiedział, że jego doktryna stosować się winna wyłącznie do ludzi dojrzałych (s. 129-130), ale przecież polegał na ogólnym kierunku dyspozycji ludzkich, że one człowieka ku owej dojrzałości właśnie będą kierować. Nie zakładał Mill, że człowiek może chcieć pogrążyć się w niedojrzałości, albo w woli nierozpoznania tejże u siebie i w swym otoczeniu. Że człowiek może realizować tę ambicję, by nie czynić zła w ten na przykład sposób, że przestanie jr nazywać złem i rzeczywiście za zło uważać. Że się zwolni z wszelkiego przymusu wewnętrznego i uwolni od wszelkich form przynależności innych, niż przynależność „ja” do „się”. Że może sobie przyznawać cnotę charakteru twierdząc, że każdy sposób wchodzenia w relacje z otoczeniem już sam w sobie jest charakterem, a zatem nie ma sensu mówić dłużej o charakterze dobrym bądź złym, słabym bądź silnym, wykutym przez życie, bądź rozlazłym.

Wśród hasełek, jakie się dziś drukuje na koszulkach, kubkach itp., jest i takie: „mam silną wolę – robi ze mną, co chce”. Wydaje się ono znakomicie ilustrować mentalność przeciętnego współczesnego Europejczyka: każdy ma wolę, a do tego jak silną! Należy jej się pełen szacunek i... pełna uległość.

Być może prawdą jest, jak pisał Mill, że „nie można dokonać żadnych wielkich rzeczy z małymi ludźmi” (s. 286), choć wielce spornym byłoby rozumienie owej „małości”. Mylił się jednak z pewnością sądząc, że ludzie chcą być wielkimi, dojrzałymi, mocnymi, władnymi tam, gdzie wielkość, dojrzałość, moc i władztwo odnosić się mają do samego siebie, i gdzie towarzyszyć im będzie mozół, trud i rozczarowanie. W tym zasadne rozczarowanie sobą samym. Sądził Mill, że się przyczynia to ratunku tego, co w zachodniej cywilizacji największe. Nie liczył się chyba z tym, że uruchamia i dostarcza podniety temu, co w jej mieszkańcach najmniejsze. Wiedział jednak, że charakter i suma jednostkowych charakterów mają znaczenie kolosalne, gdyż właśnie cywilizacyjne. Dlatego też czwarty rozdział swych rozważań (a właściwie swego manifestu) kończy stwierdzeniem, że cywilizacja, w imieniu której nie występują już jej kapłani i nauczyciele, ani nikt inny, jest cywilizacją wyrodzoną. Wówczas też ulega ona wrogowi, nawet temu, którego wcześniej pokonała, barbarzyństwu. Może ono zatem powrócić, by podbić cywilizację, która niegdyś mu się oparła i nad nim zwyciężyła. Im wcześniej tak się stanie, tym - zdaniem Milla - lepiej. Cywilizacja taka winna zatem jedynie liczyć na to, że - jak niegdyś Zachodnie Cesarstwo Rzymskie - zostanie odrodzona przez jakąś energiczną barbarię (s. 252).

Cywilizacją, która upada, w imieniu której nie występują już (bądź czynią to coraz rzadziej i nieudolniej) jej kapłani i nauczyciele, jest europejska christianitas. Kto jednak jest barbarzyńcą? Czy islam, tylekroć odpychany od jej bram i tylekroć tu powracający, wytrwale napierający na jej mury, a dziś coraz wyraźniej kokoszący się w jej granicach? Czy może barbarzyńcami są dziedzice Milla - ci przynajmniej, którzy się do tego spadku przyznają i żyją z niego? Czy może w końcu barbarzyńcami jesteśmy my wszyscy, ograniczeni - czy tego chcemy, czy nie - dominującym rozumieniem wolności społecznej? A właściwie takim jej rozumieniem, które odwróciło logikę wywodu Milla i wypaczyło wszelkie jego intencje, czyniąc z niego kto wie, czy nie najbardziej tragiczną postać w historii filozofii.

Przy wszystkich słabościach tego płomiennego dziełka, powiedział jednak w nim Mill coś cennego i trafnego. Choć, by to uchwycić, należy czytać jego słowa nieco opacznie. Wskazał oto, dokąd odchodzą i gdzie są ludzie prawdziwego charakteru. „Energiczne charaktery przerastające zwykłą miarę” przechodzą, jego zdaniem, do... tradycji (s. 217). (Miał tu, rzecz jasna, na myśli, że odchodzą do przeszłości, że zanikają, że jest ich brak). Czytając jego słowa à rebours można się z nim, bez większych zastrzeżeń, zgodzić.

Człowiek z charakterem nie poszukuje własnej wolności, on wie, że ją posiada. Poszukuje raczej najbardziej wymagającego kształtu, jaki może jej nadać. W tym też sensie wolność nie poucza o charakterze, a jedynie charakter o wolności. Dlatego też fetyszyzacja wolności społecznej skutkować musi zagładą charakterów. Do ich wykwitu i celebracji prowadzi bowiem jedynie odkrycie wolności osobowej. Ta zaś do tego, by się na niej mógł rozwinąć charakter potrzebuje wyzwań, oporu, opresji i walki. Niepozbawione błędów, wypaczeń i okrucieństwa, a jednak rzeczywiście istniejące, kształtujące, oddziałujące, a więc i wybawiające rozumienie tych czynników znajdujemy tylko w tradycji. Nic dziwnego, że w jej właśnie stronę zmierzają i dziś charaktery. Nie tylko te przerastające zwykłą miarę. Zresztą, co dziś mogłoby jeszcze być w Europie taką „miarą charakteru”? W stronę tradycji zmierzają i winny zmierzać jednak charaktery ludzkie po prostu: te mocne i żądne wrażeń, jak i te słabsze, bardziej wiotkie, niedokończone. Nie mamy dziś bowiem żadnej innej ich miary, i żadnej alternatywnej techniki wzrastania. Nie mamy innego wyboru, jak zrezygnować z przymusu wybierania. Sam Mill byłby dziś człowiekiem udręczonym tym, co opiewał jako wolność.

Justyna Melonowska 

 


Justyna Melonowska

Justyna Melonowska (1976) - absolwentka Prywatnego Żeńskiego Liceum Sióstr Urszulanek we Wrocławiu, psycholog, doktor filozofii. Kieruje Pracownią Filozofii Wychowania w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij