Traditionis custodes
2021.09.14 17:52

Tajemnice starego mszalika

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.plZ góry dziękujemy.

Katolika można traktować jako „powołanego, by być historykiem”. Jego zadaniem byłoby odnaleźć i odtworzyć przeszłe sensy. Są to axiologai wyznania wiary, dokumentów Kościoła i jego historii, żywotów świętych, pism Ojców i Doktorów Kościoła, dawnej literatury pobożnościowej i wspomnieniowej etc. Oczywiście zawarta w źródłach zdolność mobilizowania zależy poniekąd od zdolności i woli bycia zmobilizowanym. Wymagana jest pewna responsywność na ducha przeszłości i zawarte w niej wiadomości, zdolność bycia zaabsorbowanym przez przeszłość. Osiąga się to, podkreśla wielokrotnie Marrou, poprzez nieosądzający, pełen stosownej pokory – co nie oznacza braku krytycyzmu i samodzielności sądu – stosunek do przeszłości. Warunkiem poznania historycznego jest przyjaźń:

Jeżeli rozumienie jest …(…) dialektyką Mnie i Innego …(…), to zakłada ona istnienie szerokiej podstawy braterskiego porozumienia pomiędzy podmiotem i przedmiotem, pomiędzy historykiem i źródłem (a mówiąc dokładniej: także człowiekiem, który objawia się poprzez źródło, znak). W jaki sposób można rozumieć bez tej dyspozycji wewnętrznej, która czyni nas wrażliwymi i współczującymi wobec innego, pozwala nam odczuwać jego emocje, przemyśleć jego myśli i to w takim samym kontekście jak on – jednym słowem, być w komunii z innym. Termin sympatii jest w takim razie nawet niewystarczający. Pomiędzy historykiem a jego obiektem mamy do czynienia z przyjaźnią, która powinna zostać nawiązana, o ile historyk chce zrozumieć, ponieważ, według pięknej formuły Augustyna, „nie można nikogo poznać inaczej jak przez przyjaźń”, et nemo nisi per amicitiam cognoscitur[1].

Co jednak znaczy to, że ów Inny objawia się przez znak? Jak się to dzieje? Czy małą epifanię jego obecności inaczej chwyta historyk, inaczej zaś zwykły wierny? Czy historyk jest uprzywilejowany w możliwości zawiązania przyjaźni z Innym, jako że ma lepszy warsztat? I czy istotnie należy przyjąć a priori, że ma on lepszy warsztat, skoro celem badania jest poznanieaxiologai, a nie tylko rekonstrukcja zdarzeń? Czy możliwość poznania dawnych sensów katolicyzmu nie zależy raczej od siły i doświadczenia uczestnictwa we wspólnocie wiary (przynajmniej jako prerekwizytu poznania) niźli kompetencji stricte historycznych? Nie na wszystkie z tych pytań da się odpowiedzieć krótko, koncepcja krytycznej filozofii historii Marrou nie jest zresztą jakimś systemem, ale raczej wskazówką i postulatem. Pewne światło na te kwestie rzuca też zresztą katolicka filozofia i teologia osoby. Zgodnie z nią osoba jest niezniszczalna. Tym samym nawet po śmierci trwa, istnieje w relacji do atemporalnej Osoby – czy Osób – Boga Trójjedynego. W ten sposób każda konkretna osoba ludzka jest wciąż „obecna”, co czyni przyjaźń z nią możliwą, a nawet pożądaną. Jeśli zaś odrzucimy twierdzenie o niezniszczalności osoby ludzkiej, to należy zmierzyć się z nie mniej ciekawą kwestią, czy istnieje możliwość przyjaźni-daru, tj. jednostronnej relacji wyłącznie obdarzającej, a „pustej” po stronie odbiorcy? Czy możliwa jest przyjaźń tylko darząca zaciekawieniem, pamięcią, respektem? Marrou całkiem wyraźnie sugeruje, że przyjaźń mogę przeżywać właśnie w ten sposób: jako określoną, afirmującą postawę wobec Innego, nawet jeśli nie uważam go za trwającego.

Oto stary mszalik. Jego nabycie było dla mnie pewnym wysiłkiem. Książeczek tych nie kupuje się dziś bowiem ot, tak, ich podaż ma swe nieregularności. Wydany w 1960 roku ma pożółkłe stroniczki, a tasiemki-znaczniki są poniszczone i przykrótkie, tak że zawiązana na końcu pętelka nie wystaje poza stronice, ale cofa się między nie. Raz za razem trzeba go zatem kartkować podczas Mszy, by się odnaleźć w jej przebiegu. Na końcu tomiku znajduje się kalendarz mszalny na lata 1960–1966. W chwili publikacji wiadomo zatem, że sięgnie on tysięcznej rocznicy chrztu Polski, ale też ostatnie daty ujęte przez kalendarz pokryją się z latami intensywnych prac nad reformą liturgiczną podjętą przez Sobór Watykański II, a zamykaną przez Jana Pawła II. Mszalik stanie się – w pewnym sensie – „nieważny” (a przynajmniej stopniowo zacznie tracić przydatność) już w roku 1970, kiedy to 26 marca w Wielki Czwartek ukaże się nowy Mszał Rzymski, tzw. Mszał Pawła VI, promulgowany rok wcześniej (w Wielki Czwartek, 3 kwietnia 1969 roku, kiedy to papież wydał konstytucję Missale Romanum). Wszystko to zakryte było przed osobą korzystającą z mszalika wówczas, gdy nabyła go około roku 1960. Nie mogła też wiedzieć, że Jan Paweł II będzie prosił o zrozumienie dla osób przywiązanych do Mszy tradycyjnej i przepraszał za nadużycia towarzyszące wdrażaniu reformy liturgicznej – nadużycia przeciw liturgii[2]. Wiadomo przy tym, że reforma spowodowana była między innymi tym, że wielu wiernych nie rozumiało znaczenia gestów i słów kapłana, że się nudziło, że celebracja była nieprzejrzysta i nieprzystępna. Czy właściciel (bądź właścicielka) mojego mszalika należał do tych zniecierpliwionych? Czy się nudził? Pożółkłe stronice nie zdradzą mi tego. Dają mi jednak dostęp do jego (czy jej) sensów, axiologai. Nawet jeśli czuł znużenie, to zużycie tomiku wskazuje na to, iż musiał regularnie uczestniczyć w praktykach pobożnościowych, we Mszy świętej. Co stało za tą wytrwałością? Myśl prowadzi do soboru trydenckiego, kiedy to Msza święta została skodyfikowana, a dalej do samej istoty różnych form starożytnej celebracji, która zawsze oznaczała oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa, na paruzję. Wyrażało to uniwersalne w obrządkach skierowanie się kapłana ad Orientem, ku wschodowi. Oczekiwanie, przypomnijmy za św. Augustynem, to obecność rzeczy przyszłych. Dokonuje się w „chronotycznej” świątyni (po prostu w budynku) i w takiej też codzienności, przy słonecznej i przy deszczowej niedzieli, przy bólu stawów czy głowy wiernego, przy zwykłych jego zmartwieniach o rodzinę i chleb, a jednocześnie ów chronos zostaje we Mszy złączony z kairos Chrystusa, który – wedle nauczania Kościoła – się uobecnia, znów staje się żertwą, każe i pozwala spożywać swe ciało. Świadczę temu wydarzeniu obecnością, która jest jednocześnie pamięcią. Dziś jest ona wysiłkiem szczególnym. Jest trudem wyłamania się z czasu linearnego, ale też mozołem polemicznym, wymaga bowiem jednocześnie przyjmowania i kwestionowania. Przyjmowania Mszy jako aktu Kościoła i kwestionowania reformy liturgicznej w tym, co oznacza jej nieciągłość z tradycją, a zatem co narusza wspólnotę pokoleń wiernych. Muszę zatem wykonać wysiłek-ku-Innemu, wysiłek-ku-przeszłości, która jest historią całego Kościoła. Bywam w tym śmieszna – na przykład wówczas, gdy uczestnicząc w Novus Ordo Missae, szepczę z mszalika wyrugowane przez reformę modlitwy łacińskie, próbując być tu i tam (a raczej dziś i wówczas, po i przed) jednocześnie. Niezależnie od tych bolączek uczestnictwo we Mszy świętej zawsze ma pobudzać umiejętność dostrzegania, jak w konkretnych, historycznych i lokalnych wyrazach wiary i kultu uobecnia się mistyczna istota Kościoła. Mszalik, który trzymam w ręku, jest materialnym łącznikiem wprowadzającym mnie w przeszłość, jest najdosłowniej transgeneracyjny. Jest też uobecnieniem poprzez moją pamięć i moje uczestnictwo jakiejś osoby, która – żywa dziś czy już martwa – wbrew nadziei podzielała tę samą co ja nadzieję. To doświadczenie przyjaźni z historycznym Innym, które próbuję naświetlić w powyższym przykładzie z rozmachem godnym Sartre’a i jego „J’ai rendez-vous avec Pierre à quatre heures…”[3], jest rodzajem relacji podtrzymującej we mnie świadomość istnienia Innego. Nie musi tu być mowy o czynnej wzajemności i nie jest ona warunkiem koniecznym tej postawy ani elementem tego uczucia. Wypływa ono bowiem ze mnie, penetruje w przeszłości Kościoła, która jest też przeszłością Innego. Jeśli jestem panią siebie, to jestem panią swych związków, w tym swych przyjaźni. Warunek mojego uczucia nie pochodzi od Innego, jest ono bowiem moje.

Justyna Melonowska

Szkic jest fragmentem eseju Pamiętać, dostrzegać, oczekiwać. Chrześcijanin i historia z książki Justyny Melonowskiej Pisma Machabejskie. Religia i walka, Warszawa 2020, 214-220.

----- 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.

 

 

[1] Tamże, s. 103. 

[2] P. Milcarek. Historia Mszy, „Christianitas” 2009, nr 41–42, s. 371–375, 409. 

[3] „O czwartej spotykam się z Piotrem”, J.-P. Sartre, L’etre et le neant. Essai d’ontologie phénomenologique, Paris 1943, s. 44.

 


Justyna Melonowska

Justyna Melonowska (1976) - absolwentka Prywatnego Żeńskiego Liceum Sióstr Urszulanek we Wrocławiu, psycholog, doktor filozofii. Kieruje Pracownią Filozofii Wychowania w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research.