Komentarze
2019.05.28 11:22

Polski lud zaciska pięść, czyli jak PiS wygrał przedwyborczą wojnę o Kościół

Wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego są ciekawsze niż mogliśmy się tego spodziewać przed niedzielą wyborczą. Po pierwsze, obserwowaliśmy rekordową frekwencję, która pokazuje, że mamy do czynienia z wysoką mobilizacją polityczną w Polsce, po drugie otrzymaliśmy raczej nadspodziewanie wysokie zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości, po trzecie ewidentny jest brak synergii wynikającej z zawiązania Koalicji Europejskiej. Wręcz KE uzyskała wynik sporo gorszy niż ten jaki miały łącznie w poprzednich wyborach siły dziś ją tworzące, po czwarte pojawił się wyraźny sygnał, że Wiosna Roberta Biedronia może być partią sezonową i po piąte, ujawnił się dość jednoznaczny obraz, że bez jeszcze szerszej formuły “frontu narodowego” prawica niepisowska nie ma szans na jesienne mandaty w wyborach parlamentarnych. Te parametry są i będą analizowane w licznych tekstach polityków, publicystów i politologów. Marcin Kędzierski z Klubu Jagiellońskiego swoją krótką powyborczą analizę zakończył zdaniem, że „do jesieni wszystko może się zmienić, więc nie ma się co podniecać w obie strony”. Niemniej to wszystko może się zmienić także z powodu wyników jakie teraz mamy.

Warto zatrzymać się także nad polityczną rolą opinii katolickiej, Kościoła i obecnej sytuacji z nim związanej. Autorzy, kiedy wskazują na przyczyny zwycięstwa PiS słusznie zauważają prorodzinny charakter polityki tej partii, zauważają, że trudno jest atakować ugrupowanie, które - niezależnie od wad ujawniających się w sposobie sprawowania władzy oraz wad w intencjach - jest siłą reprezentującą sprawiedliwość społeczną w Polsce. To wszystko prawda. Jarosław Kaczyński razem ze swoim ugrupowaniem zbiera premię wynikającą z częściowego odrzucenia ćwierćwiecza złej liberalnej polityki, którą w Polsce uprawiali praktycznie wszyscy. Politycy od prawicy do lewicy dali się bowiem przekonać różnym instytucjom i lobbystom, że rewolucja liberalna jest dla Polski jedyną drogą transformacji polityczno-gospodarczej. Tymczasem była ona drogą najbardziej opłacalną dla gospodarek krajów zachodnioeuropejskich i w wielu sytuacjach metodą drenażu gospodarczego Polski. Zatem - co pewnie dla niejednego czytelnika będzie zaskakujące - PiS w samym jądrze swojego zwycięstwa, gdyby zechciał, znalazłby najzwyczajniej w świecie pewne elementy katolickiej nauki społecznej. Jest oczywiste, że realizuje je szalenie wyrywkowo, zostawiając za sobą wiele zaniedbań instytucjonalnych lub wręcz katastrof, ale jednak dość konsekwentnie idzie drogą solidaryzmu społecznego, który służy zdobywaniu poparcia, korumpowaniu elektoratu, ale też przynosi realnie pozytywny ślad społeczny - np. depauperyzację rodzin. Można by nawet powiedzieć, że zawstydza w tym wielu biskupów, którzy od lat dziewięćdziesiątych w sprawach ekonomicznych dali się uwieść propagandzie liberalnej.

Powyższy aspekt politycznej praktyki PiS nieczęsto jest w taki sposób identyfikowany, a przynajmniej nie jest identyfikowany mocno i przez wielu. Życie ideologiczne polityki niezbyt silnie odczuwa takie sprawy jak odpowiedniość określonej wizji życia społecznego - w tym wypadku nauki społecznej Kościoła - i jego rzeczywistej natury, szczególnie gdy ta wizja w niektórych swoich aspektach się upowszechniła w różnych nurtach ideowych. A jednak pomocniczność, solidaryzm, nawet przetworzony politycznie przez tradycję socjalistyczną, którą można przypisać Kaczyńskiemu i PiS, swoje etyczne źródła ma w społecznikowskim nastawieniu katolicyzmu. Znacznie silniej w zmaganiach politycznych odczuwane są tematy dotyczące moralności publicznej i obyczajowości oraz ich prawnego osadzenia. I tu - jak się zdaje - także znajdujemy ważny element zwycięstwa PiS. Partia ta wygrała trwającą - symbolicznie możemy przyjąć - od premiery filmu „Kler”, ofensywę „obyczajową” polegającą na szturmowaniu Kościoła jako instytucji całkowicie zdemoralizowanej. W rzeczywistości był to także pośredni sposób na zakwestionowanie społecznej afirmacji dla naturalnego ładu społecznego poprzez próbę dynamicznego osłabienia instytucji ten ład wspierającej. Ostatnim jak dotąd aktem tego ataku była emisja filmu braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”. (W sprawie potrzeby oczyszczenia się Kościoła z opisywanych tam grzechów pisaliśmy w innych tekstach na „Christianitas” [1], [2], [3], [4]). Po drodze mieliśmy warszawską ofensywę LGBT i ogłoszenie w stolicy Karty LGBT, a także wypowiedzi prezydenta Rafała Trzaskowskiego oraz przede wszystkim wiceprezydenta Rafała Rabieja, zdeklarowanego działacza homoseksualnego ruchu politycznego. Rabiej publicznie zaprezentował w marcu tego roku mapę drogową prowadzącą do ustanowienia ideologii LGBT wiodącą polityczną „wiarą” w polskiej przestrzeni publicznej.

Dynamika przedwyborczych wydarzeń mogła być w tych okolicznościach dwojakiego rodzaju. Po pierwsze mogła się ukształtować samodzielna opinia katolicka - samodzielna w tym sensie, że zdolna przekroczyć próg wyborczy. Po drugie mogło dojść do konsolidacji elektoratu katolickiego wokół obietnicy jaką Jarosław Kaczyński dał w Trzciance (o czym pisałem w tekście o filozofii publicznej radykalnej centroprawicy), gdzie zapowiedział on, że dopóki PiS będzie u władzy nie ma mowy o żadnej rewolucji obyczajowej w Polsce. Jak wiemy zwyciężyła właśnie ta opcja. Usamodzielnienie się opinii katolickiej oznaczałoby ukonstytuowanie się elektoratu gotowego do równoczesnego przeciwstawiania się lewicy i liberałom, ale jednocześnie nieakceptującego zachowawczej polityki PiS w sprawach cywilizacji chrześcijańskiej. Symbolem tej zachowawczości są takie wydarzenia jak odrzucenie w 2017 roku ustawy poprawiającej ochronę życia nienarodzonych, ciągnące się w nieskończoność trzymanie w zamrażarce ustawy likwidującej aborcję eugeniczną i analogiczne przetrzymywanie w Trybunale Konstytucyjnym wniosku o stwierdzenie niekonstytucyjności przepisów eugenicznych. Do tego koniecznie trzeba dodać brak obiecywanego wypowiedzenia genderowej konwencji stambulskiej, będącej ideologicznym atakiem na naturalne i nadprzyrodzone instytucje takie jak rodzina i religia. Równocześnie samodzielna opinia katolicka dałaby możliwość na odłączenie postawy proinstytucjonalnej (obrona Trybunału Konstytucyjnego, sensowna, a nie destrukcyjna reforma sądów) od systemu „totalnej opozycji”.

Rzecz jasna ta sytuacja byłaby nie na rękę Prawu i Sprawiedliwości, ponieważ wymagałaby podjęcia wielostronnej debaty, a nie tylko oddawania medialnych salw do opozycji, którą w systemie realnego duopolu można dehumanizować wtłaczając w buty nie tyle przeciwników politycznych, co zwyczajnych wrogów. Do tego przecież sprowadza się aktualizacja mickiewiczowskiej formuły „dwóch Polsk” dokonana przez Jarosława Marka Rymkiewicza, jednego z głównych ideologów PiS. Taka debata o złożoności problemów naszego państwa i polityki, faktycznie niuansująca kwestię czym jest w Polsce prawicowość, zmuszałaby PiS do większej ostrożności w praktyce politycznej. Realną perspektywą stałoby się, że część wyborców zechciałaby nie tyle obejść partię rządzącą z prawej strony, jak próbowała to robić Konfederacja, co zauważyłaby zasadniczą wagę propozycji chrześcijańskiego republikanizmu, który szanuje i naturę ludzką, i prawa, i instytucje. PiS mógłby oczywiście podjąć się wtedy zmiany kursu w stronę ugrupowania centrowo-socjalistycznego jednak wydaje się, że oznaczałoby to marginalizację tej partii na podobieństwo dawnej Unii Pracy. Po prostu zbyt duża część elektoratu tej partii jest przywiązana w praktyczny sposób do chrześcijaństwa i Kościoła.

Tymczasem jednak zwyciężyły proste odruchy, które zwykle dominują w polityce i katolicki elektorat w swojej masie przyjął propozycję Jarosława Kaczyńskiego złożoną w Trzciance. Wybrał najłatwiejszy i najbardziej zdecydowany sposób by odpowiedzieć na zagrożenie jakie w przestrzeni publicznej pojawiło się wobec praw i instytucji naturalnych (np. rodziny) czy wobec Kościoła - zacisnął pięść i zagłosował na najsilniejszego obrońcę. Trzeba dodać, że wybory – prawdopodobnie – pokazały, że wciąż sytuacja Polskiej religijności jest inna niż choćby w często ostatnio przywoływanej w publicystyce Irlandii. Różnica ta polega na rzeczywistym poczuciu przynależności polskich katolików do Kościoła, co oznacza choćby udział w życiu sakramentalnym, nade wszystko w spowiedzi. Katolicka perspektywa przyjmuje bowiem, że grzech w Kościele trzeba potępić, ale on sam nie dyskwalifikuje Kościoła i prawdziwości wiary. Jak się zdaje polscy katolicy rozumieją, że grzech jest zjawiskiem powszechnym, podczas, gdy irlandzkie postchrześcijaństwo przyjmuje liberalną formułę, w której wszyscy ludzie są dobrzy lub bardzo dobrzy poza szczególnymi zbrodniarzami. W Irlandii decydujące okazało się trwające blisko półwieku odchodzenie katolików od sakramentów i zanikiem katolickiego głoszenia przez biskupów. Rzecz jasna ten kraj, to wciąż wyraźny znak ostrzegawczy dla Kościoła w Polsce, ale raczej nie poprzedzający nas dynamicznie wzór kulturowy.

Aktualność tego ostrzeżenia wynika ze złego mechanizmu korupcji dotykającego polski katolicyzm, który za werbalną obronę swojej kulturowej tożsamości porzuca zasady znacznie ważniejsze (nie przeciwstawne, ale w hierarchii ważniejsze). Mam na myśli przyzwolenie na obojętność w sprawie zabijania nienarodzonych, utrzymywanie wrogich naturalnemu ładowi elementów porządku prawnego, jak deklaracja stambulska, kłamstwo polityczne - ten sam przypadek - czy demontaż instytucji państwa lub przedmiotowe ich traktowanie. Tak było w przypadku likwidacji strajku nauczycieli za pomocą służb spoza systemu nauczania, ale także rękami katechetów. Ostrzeżeniem dla Kościoła powinno być też to, że brak odrębnej katolickiej formacji politycznej przy polaryzacji polityki, coraz mocniej - że nie zawsze słusznie o tym pisałem w przeszłości - stawia Kościół w pozycji klienta władzy. I nie jest to tylko kwestia bieżących nastrojów. Jeśli na jesieni PiS wygra wybory, będzie to oznaczało prawdopodobnie przynajmniej osiem lat rządów radykalnej centroprawicy. A zatem nastroje z pierwszej kadencji w licznych środowiskach przejdą już formację pokoleniową dając mocną podstawę dla naprawdę silnego antychrześcijańskiego radykalizmu w przyszłości. Za Pawłem Gradem (Solidarność nie jest tradycją, „Teologia Polityczna”, nr 10) powtarzałem w kilku miejscach tezę o szkodliwości dla Polski formacji solidarnościowej, która nauczyła Polaków by przeciwnika politycznego traktować jako wroga. Zapewne zresztą ta tradycja jest starsza sięga być może czasów konfederacyjnych, a potem rozbiorowych i jest dziedzictwem życia bezpaństwowego. Jednak to „Solidarność” daje najbliższą perspektywę szerokiej aktywności polskiej tradycji konfederacyjnej. Dziś, krótkoterminowo, ten rodzaj mobilizacji wobec ideologicznego wroga - ale przecież też współobywatela - działa na korzyść PiS i zasad naturalnych życia społecznego, które wspiera Kościół. Jednak co stanie się jeśli górę weźmie druga strona polaryzacji, w sytuacji gdy wszystko trzyma się na słowie Jarosława Kaczyńskiego, a nie choćby na literze prawa, które stanowi bieg spraw, ale i formuje? Czy znów nie utrzymujemy się w jakiś sposób bezpaństwowej mentalności, w której to nietrwała z natury konfederacja zajmuje życie polityczne?

Sens samodzielnej opinii katolickiej, republikańskiej i konserwatywej mogliśmy w niewielkiej skali zobaczyć nawet w czasie minionej kampanii wyborczej. PiS, który w czasie wyborów samorządowych wziął pod swoje skrzydła tęczowego burmistrza Ursynowa Piotra Guziała musiał jednak kontrować w niektórych sprawach wobec głosów katolickich idących z Prawicy Rzeczypospolitej czy prawicowych idących choćby z Konfederacji. Dotyczyło to LGBT, euro, ustawy 447, deklaracji o konieczności skupienia się w Parlamencie Europejskim na pilnowaniu traktatów i wskazywaniu na nadużycia władzy dość powszechnie stosowane przez instytucje unijne.

Zatem minione właśnie wybory są pośrednim potwierdzeniem tego, że katolickość (w rozmaitości jej form i stopni zaangażowania) jest wciąż formą polskiego życia publicznego. Dawno nie okazało się to tak wyraźnie, ponieważ dawno też nie mieliśmy tak mocnej ofensywy skierowanej w stronę Kościoła. Czy to oznacza, że do jesiennych wyborów sejmowych będziemy mieli jegoś rodzaju przewartościowanie sceny politycznej? Można sądzić, że tylko do pewnego stopnia. Leszek Jażdzewski, głośny ostatnio „supporter” Donalda Tuska w twittcie powyborczym zawarł formułę, którą można potraktować jako wezwanie do tego samego tylko, że więcej. Zatem prawdopodobnie Koalicja Europejska, to połączenie liberałów, ateistów, nomenklatury z czasów PRL oraz PSL nie wyciągnie żadnych wniosków ze swojej porażki. Otrząsnąć się może PSL, dla którego KE była raczej sojuszem taktycznym i trudnym ideowo. Nie wiadomo czy jednak nie jest za późno, czy elektorat PSL nie przepłynął już trwale do PiS, a Władysław Kosiniak-Kamysz nie będzie grabarzem tej starej formacji. Według IPSOS chłopi zagłosowali w niedzielę na PiS, ale Piotr Zgorzelski, sekretarz Naczelnego Komitetu Wykonawczego PSL, a zanim sam Kosiniak-Kamysz, już dają do zrozumienia, że dalsza obecność PSL w KE nie jest pewna.

Co stanie się z dwoma prawicowymi formacjami, które nie przekroczyły progu? Nie będzie im łatwo, pewnego rodzaju buńczuczność niektórych liderów Konfederacji, ale też i Pawła Kukiza została mocno wygaszona. Co więcej jedne z najlepszych wyników na listach Kukiza uzyskali dwaj politycy Prawicy Rzeczypospolitej - Marek Jurek z jedynki w Wielkopolsce wyprzedził procentowo wszystkich innych liderów list K’15, a Marian Piłka, także procentowo, miał drugi wynik spośród wszystkich dwójek K’15. Co więcej okręg wielkopolski, któremu liderował Jurek to jedyny okręg tego ugrupowania, w którym wynik, tak w liczbach bezwzględnych, jak i procentowo przekroczył 50 proc. wyniku K’15 do Sejmu. Okazało się, że nie ma miejsca na dwa niepisowskie ugrupowania na prawicy, jeśli - według zapowiedzi Jażdżewskiego - KE wejdzie w sojusz z Wiosną Roberta Biedronia moblilizacja prawicy wokół PiS może być jeszcze większa i pole manewru jeszcze mniejsze. Jarosław Kaczyński z pewnością liczy, że będzie kimś w rodzaju jedynego wyobrażalnego obrońcy wiary przed tęczową nawała. Czy tak się stanie, przekonamy się w najbliższych miesiącach.

Tomasz Rowiński

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas

-----


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; wydał m. in "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa" oraz "Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych". Mieszka w Czarnym Lesie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij