Komentarze
2019.08.13 17:19

Poglądy niebezpieczne i wyjątkowo głupie

LGBT+ to przede wszystkim ludzie, wielu z nich zresztą obarczonych traumą stygmatyzacji i przemocy – pisał kilka dni temu Bartosz Bartosik na łamach „Więzi” w felietonie o wymownym tytule „Szerzenie nienawiści czarno na białym”. Pomijając całą resztę tego tekstu, pochylmy się nad przytoczonym fragmentem.

Charakterystycznym rysem naszej epoki, dobitnie zresztą świadczącym o jej schyłkowości, jest to, że stronnictwa polityczne, religijne czy – ogólnie rzecz biorąc – „światopoglądowe”, zwalczające się w ogniu debaty publicznej, w niczym nie licytują się tak ochoczo i namiętnie, jak w robieniu z siebie ofiary. Oczywiście już przed wiekami różne koterie, plemiona i sekty zanosiły swoje skargi czy to pod niebiosa, czy to przed tron cesarski, a w ostateczności rozrywały szaty i lamentowały nad swoją niedolą na oczach tłumu, czasami poruszonego tym, a częściej nie. Współcześnie jednak stało się to praktyką nieledwie systematyczną. Z czego to wynika? Zapewne, powiedzieliby liberałowie, z traumy Auschwitz, z doświadczeń dwudziestego wieku, a także – to już byłby nasz komentarz – z faktu, że nikt nie chce być tym, który dyskryminuje, wyklucza i nienawidzi, podczas gdy przynajmniej niekiedy opłaca się być dyskryminowanym.

Tyczy się to wszystkich, bo i konserwatywna prawica, a nawet prawica narodowa, na pozór dziarska i „mundurująca dusze” (jeśli nie ciała), przyjmuje ustawicznie taką retorykę. Z nieskrywaną radością obnosi się z każdą swoją porażką, szukając glorii męczeństwa, choćby było ono (przynajmniej na razie) pluszowe lub tombakowe. W zbyt dużej dawce to tyleże nieprzekonujące, co i niesmaczne: ale wejdźmy na te tory i spróbujmy przebić stawkę. Zresztą, prawda leży tam, gdzie leży: być może ktoś tu rzeczywiście cierpi mniej lub bardziej.

Otóż po stronie LGBT+ są właściwie wszystkie liczące się ośrodki władzy medialnej, biznesowej i kulturowej: wielkie korporacje, giganci internetu, gwiazdy muzyki popularnej, gwiazdy filmu i telewizji. „Osoby nieheteronormatywne” sprawiają wrażenie bardzo pewnych siebie podczas wszelkich parad i pikiet: występują z odkrytymi twarzami, nieraz pod własnymi nazwiskami, nie muszą się martwić o jakiekolwiek szykany, zwłaszcza jeśli pracują w „oszklonych wieżowcach Babilonu”. Płyną na fali ewidentnej, odważnej emancypacji.

Po drugiej stronie (w sposób zdecydowany, klarowny) są właściwie tylko przedstawiciele Polski odchodzącej, rzeczywistości minionej: mieszkańcy Białegostoku i podobnych, na wpoły prowincjonalnych miast (i to nie wszyscy), niektórzy księża i – na to wychodzi – jeden biskup. Do tego starsze panie z kółek różańcowych, chuligański lumpenproletariat, niektórzy „janusze z wąsami” i „grażyny z torbami”, przy czym ci ostatni budzą się zazwyczaj dopiero wtedy, gdy LGBT+ uderza w największe świętości, czyli w „naszego papieża” oraz (ex aequo lub wręcz na drugim miejscu) Matkę Boską. Do tego dochodzi garstka narodowców i fantastów z kręgów Grzegorza Brauna: głośna, ale nie potrafiąca przekroczyć progu wyborczego.

Zaiste, zabawna i smutna to „menażeria ludzka”. Ludzie nie mający en general na nic wpływu, wciąż jeszcze dość liczni, ale nie sterujący ani wyszukiwarkami internetowymi, ani polityką wielkich korporacji, ani organizacjami międzynarodowymi. Jakie znaczenie dla uśmiechniętych, wygranych uczestników Parady Równości ma to, że jakiś stereotypowy „Bogdan z Grójca” poci się z oburzenia i sapie coś pod nosem, oglądając wiadomości TVP na śnieżącym telewizorku w garażu?

W dodatku to ludzie, którzy nie potrafią przedstawić swojej argumentacji tak, aby była ona oparta o framework „świeckiej demokracji liberalnej”. Nic dziwnego, bo nie jest to możliwe: „świecka demokracja liberalna” rzeczywiście implikuje konieczność emancypowania kolejnych grup, które tego sobie życzą; tak musi być, skoro meta–narracją nie jest już nawet jakieś rozwodnione chrześcijaństwo, a jedynie mieszanka postmodernistycznego sceptycyzmu z ateistycznym, scjentystycznym materializmem. W tej optyce nasze „dzieci zepsutej Polski” wychodzą na prostaków, bo odwołują się albo do kategorii, które w przestrzeni publicznej nie mają racji bytu (jak świadectwo Pisma Świętego, grzech czy zgorszenie), albo do prostych, naturalnych instynktów, które im podpowiadają, że coś tu nie gra. W jednym i drugim przypadku są przez wpływowe media przedstawiani jako sfrustrowany tłum, który panicznie boi się zmiany status quo i reaguje na poziomie zgoła zwierzęcym.

Środowiska LGBT przerzucają ciężar dowodu właśnie na tę stronę, czyli stronę konserwatywną. Oczywiście środowiska te żadnych argumentów słuchać nie chcą, chyba że osadzonych we wspomnianym już frameworku liberalnym (ale nie da się sensownie argumentować przeciw „ideologii LGBT”, nie zmieniając wpierw aksjomatyki). Tym niemniej, udają, że o to im chodzi. Polega to na dość umiejętnym budowaniu wrażenia, że tak naprawdę to postawa „pro-LGBT” jest czymś najzupełniej naturalnym, oczywistym i nie wymagającym wyjaśnień, a odmienne wrażenie bierze się tylko z tego, że przez kilka tysięcy lat dzikiej, religijnej, feudalnej historii ulegaliśmy atawistycznym paranojom i psychozom. Kierował nami maniakalny „lęk przed Innym”, podsycany umiejętnie przez sfanatyzowanych lub cynicznych przywódców religijnych i politycznych. Dopiero teraz, w XXI wieku, część ludzi miała odwagę zauważyć, że żyjemy w kompletnym domu wariatów. Bardzo to wygodne, bo pozwala zepchnąć na margines kilka tysięcy lat religii (nie tylko chrześcijańskich, nie tylko abrahamicznych) i tradycyjnych modeli społecznych, po czym umieścić je w worku oznaczonym jako „kolektywne szaleństwo wczesnego etapu rozwoju ludzkości”. Worek ten ma oczywiście trafić na śmietnik historii.

Jeśli już ktoś tu jest stygmatyzowany, przegrany, zaszczuty i przedstawiany źle, to właśnie ta Polska konserwatywna. W dodatku jest i tak, że każda bardziej zdecydowana postawa spotyka się z alergiczną reakcją katolickiego czy prawicowego centrum, które czym prędzej odcina się rytualnie od „postaw skrajnych”, przeprasza w cudzym imieniu, a co najmniej sugeruje, że „padły słowa niepotrzebne”.

Trzeba albo tupetu, albo naprawdę wypaczonego postrzegania rzeczywistości, aby sugerować, że przedśmiertne drgawki Polski konserwatywno–katolickiej, bardziej smutne w swej desperacji niż straszne, to jakieś „rządy homofobii”, „ekspansja faszyzmu”, „widmo szwadronów śmierci” etc. Już choćby z litości czy naukowej ciekawości wypadałoby ocalić te resztki minionych czasów, przynajmniej w jakimś rezerwacie. Pod Białymstokiem, rzecz jasna. Ale najwidoczniej nikt tu nie ma sentymentów.

W dyskusji, jaka wywiązała się pod artykułem p. Bartosika, pojawiła się i taka opinia: „To wobec LGBT+ od lat stosowana jest przemoc systemowa”. Oczywiście i to nie jest prawdą. Zacznijmy od tego, że godne pożałowania są wszystkie te przypadki, w których „osoby nieheteronormatywne” (ale także katolicy, muzułmanie, Ślązacy, prawdziwi czy domniemani faszyści, komuniści i w ogóle ktokolwiek) są dyskryminowane „za karę” na takich płaszczyznach, na których ich „orientacja płciowa” nie ma żadnego znaczenia. Z drugiej strony, zdaje się, że aktywiści LGBT+, przynajmniej niektórzy, nie mają oporów przed domaganiem się, by tak właśnie traktowano ich przeciwników: dlatego coraz częściej słychać apele o to, by hejterów nie dopuszczać do życia publicznego, uniwersyteckiego, zawodowego etc., ponieważ naruszają elementarny konsensus aksjologiczny.

Teraz jednak przedstawiciele LGBT+ mogą powiedzieć, że powyższy akapit niczego nie rozwiązuje, że to obłudna łaskawość z naszej strony, ponieważ tak naprawdę chodzi o tę przemoc i dyskryminację, o której najwięcej mówi się na paradach: na przykład o niemożność „zawarcia związku małżeńskiego”.

A zatem dyskryminacja ta polega po prostu na tym, że „związki” osób LGBT nie są traktowane jak małżeństwa (cywilne, tym bardziej kościelne), ani w ogóle jako normalna forma związku. W sensie prawnym, kulturowym, religijnym. Ale dlaczegóż miałyby być? Wpierw należałoby dowieść, że powinny – ale przecież cała argumentacja tych środowisk opiera się na apelowaniu bądź to do emocji odbiorcy, bądź to do pojęcia jednostki, która ma prawo definiować i układać swoje życie tak jak chce, sama lub wraz z innymi zainteresowanymi jednostkami.

Otóż w tradycyjnym (a nawet „post-tradycyjnym”, bo chyba tylko o takim można dziś mówić) społeczeństwie nie pozwala się na emancypację prawną, ekonomiczną i kulturową „związków LGBT+” z tych samych powodów, dla których nie pozwala się np. dzieciom głosować, niewidomym kierować samochodami, ludziom bez żadnego kapitału zakładać spółek z o.o., ludziom bez tytułu magistra upierać się o tytuł doktora, ludziom młodszym niż 40 lat kandydować na urząd prezydenta etc. Problem polega na tym, że przedstawiciele tych  grup nie spełniają – w tych obszarach, do których być może chcieliby aspirować – warunków, które z pewnych powodów, zwykle dość naturalnych, zostały uznane za konieczne warunki wstępne. Naturalnie możemy powiedzieć, że to nie jest dyskryminacja, ale oznaczałoby to tylko tyle, że dyskryminację definiujemy z założenia jako „zły” czy „niewłaściwy” rodzaj wykluczenia, w związku z czym nie ma mowy o „dyskryminacji dobrej”. Semantyczny spór, nie wart rozważania w tym miejscu. 

Tak czy inaczej można wysunąć kontrargument: prowadzenie samochodu przez niewidomego stwarza zagrożenie dla innych, podobnie jak rządy dzieci albo masowe zakładanie biznesów przez finansową „gołotę”. Tymczasem na ślubach homoseksualnych (i innych formach emancypacji środowisk LGBT+) konserwatywna prawica nic nie traci: może przecież tych ślubów nie zawierać.

Po pierwsze, tak może mówić tylko ktoś, dla kogo aksjologicznym fundamentem jest jakaś mutacja oświeceniowego liberalizmu: taka, w której społeczeństwo nie jest niczym więcej niż tylko kolekcją jednostek. Nie ma żadnego wspólnego celu, społeczeństwo nie jest organizmem, nie ma stałych ról,  a każdy i tak żyje w swojej bańce, w której dokonuje „samorealizacji” na własny rachunek. Tymczasem taka meta-narracja nie jest wcale czymś oczywistym i nie można oczekiwać, że przyjmą ją jako swoją konserwatywni katolicy lub przedstawiciele innych tradycyjnych religii. Poza tym, sfera publiczna zawsze pozostaje w mocy: prędzej czy później dojdzie (już dochodzi) do sporu o to, jak wydawać pieniądze z podatków, czego nauczać w państwowych szkołach i jakie treści mogą być wyświetlane publicznie, a jakie nie. Pół żartem, pół serio można powiedzieć, że nawet libertariański anarchokapitalizm nie byłby rozwiązaniem: bo w nim zawsze pokrzywdzeni czuliby się ci, dla których prywatna własność ziemi i środków produkcji to kradzież.

Zresztą, czyjeś samopoczucie niekoniecznie musi być wystarczającym uzasadnieniem dla legalizacji, a tym bardziej honorowania jego postaw i zachowań itd. Zróbmy mały eksperyment myślowy i wyobraźmy sobie, iż za lat kilka pojawia się ruch ludzi, którzy twierdzą, że ze swymi zużytymi przedmiotami czują głębszą więź niż np. ze zmarłymi. Ludzie ci domagają się wydzielenia na cmentarzach kwater dla swoich „zmarłych zegarków” etc., żądają, by uważać ich za „wdowy po krześle”, domagają się świadczeń socjalnych takich jak wdowy po generałach i górnikach etc. Myślę, że nawet większość obecnych aktywistów LGBT uznałaby takie roszczenia za niedorzeczne... i tłumaczyłaby tym ludziom, że nie mogą stawiać takich żądań, „bo po prostu nie: bo nie ma analogii pomiędzy wdowieństwem a byciem byłym posiadaczem żyrandola; bo stare przedmioty nie są zmarłe w takim sensie jak zmarli ludzie; bo cała ta koncepcja jest bez sensu i niestety, ale nie możemy tak redefiniować podstawowych pojęć, by zadowolić kogoś, kto chce np. uroczyście pochować swego volkswagena, zwłaszcza na cmentarzu komunalnym”.

Z drugiej strony, nikt o elementarnej przyzwoitości nie dyskryminowałby takich osób na innych polach: człowiek utrzymujący, że jest wdowcem po włoskim skuterze mógłby normalnie pracować, poruszać się po ulicach itd. (oby). Otóż dokładnie na tym opiera się konserwatywna opozycja wobec roszczeń grup LGBT: na tym, że tradycyjne społeczeństwo nie uznaje ich żądań na takich płaszczyznach jak definicja rodziny i małżeństwa, bo analogia pomiędzy małżeństwem a małżeństwem homoseksualnym jest tego mniej więcej rodzaju jak analogia między wdowcem po żonie a wdowcem po pasie słuckim. To tak jakby ktoś chciał wnieść kapitał do spółki pod postacią banknotów z gry Monopol. Albo tak jakby ktoś chciał legitymować się na granicy paszportem Polsatu. Tylko że to nie są prawdziwe pieniądze, prawdziwe paszporty, ani prawdziwe małżeństwa. Innymi słowy, jest to grube nadużycie tradycyjnych pojęć, oparte tylko i wyłącznie na czyimś subiektywnym poczuciu wykluczenia. Które wszelako nie musi być miarą niczego. I to nawet wtedy, gdy ten ktoś je przeżywa autentycznie.

W pewnym sensie lewica liberalna ma rację, że nie istnieje nic takiego jak specyficzna „ideologia LGBT+”. Rzeczywiście: to tylko jedno z wielu odgałęzień znacznie szerszej ideologii. „Społeczność LGBT+” jest po prostu na tyle mała, na tyle zarazem duża, na tyle odważna, na tyle typowa i na tyle nietypowa, żeby akurat być najbardziej skutecznym taranem, przynajmniej obecnie. Kiedyś tym taranem mogły być „kobiety” albo „klasa robotnicza”. Albo „dzieci”, rzekomo przez wieki wychowywane w stresie i upodleniu, a teraz oczekujące partnerstwa i szacunku. 

Innymi słowy, jest to de facto ogólna ideologia (oświeceniowa czy też post-oświeceniowa, na pewno liberalna, nazwy są tu zresztą drugorzędne), mianowicie ideologia emancypacji człowieka od wszelkich tradycyjnych ról, tożsamości i przypisań, zwłaszcza tych, które dotąd były determinowane biologicznie czy społecznie, a najgorzej, jeśli religijnie. W tym sensie przedstawiony wyżej pomysł ze społecznością „item-widowerów”, którzy domagaliby się uznania ich tęsknoty za utraconymi przedmiotami za równoważną z tęsknotą za zmarłymi – nie jest może wcale tak kuriozalny, jak mógłby się wydawać. Dlaczego nie? Jeśli uznajemy, że na forum publicznym jedynym zasadnym kryterium jest ułożenie spraw tak, by możliwie dużo ludzi było subiektywnie szczęśliwych, jeżeli to „subiektywne szczęście” pojmujemy jako pogodzenie się ze swoimi popędami, potrzebami, wrażeniami, uczuciami etc. (a nie jako zaparcie się siebie, jak to czynić powinni chrześcijanie), jeżeli wreszcie „stać nas” na takie fanaberie, bo mamy bogate społeczeństwa, czekamy na dochód gwarantowany i rozwijamy ekologiczne źródła energii – to czemuż mielibyśmy nie dać każdemu tego, czego chce? Z pewnością zaraz znaleźliby się usłużni naukowcy, dowodzący, że „item-widowing” nie jest niczym niezwykłym w świecie zwierząt, bo psy tęsknią za ulubionymi zabawkami; inni z kolei upieraliby się, że „item-widowing” nie jest historycznie niczym niezwykłym, bo już w starożytnej Paflagonii... i tylko złośliwe religie monoteistyczne nam to zabrały etc.

Otóż cokolwiek by nie sądzić o tej wizji, to z pewnością nie jest ona czymś oczywistym i naturalnym dla większości narodów (czego wymownym dowodem jest fakt, że poza oświeceniowym Zachodem nikt uprzednio takiej koncepcji nie wypracował). Trudno więc się dziwić, że napotyka ona na opór; a już ordynarnie obłudne jest twierdzenie, że tę wizję da się pogodzić z wizją w jakimkolwiek sensie tradycyjną: w której istnieją normy moralne uważane za obiektywne (u nas: chrześcijańskie, ale normy innych religii są w dużej mierze podobne), w której role społeczne tylko częściowo się wybiera, a w jakiejś mierze należy się na nie godzić i je realizować, w której człowiek raczej ma odkryć, kim być powinien, niźli określać dowolnie, kim chce być, w której społeczeństwo jest pewnym bytem bardziej spójnym niż tylko kolekcja jednostek itd.

Czytelnik może teraz powiedzieć, że z tego przedstawienia wyłania się wizja zaiste upiorna: taka, w której tak naprawdę nie ma miejsca na kompromis pomiędzy tymi dwoma światami, dwoma sposobami myślenia. Rzeczywiście, trudno o inny wniosek. Oczywiście jest możliwy kompromis czysto techniczny: będący po prostu wynikiem zmierzenia sił, wyliczenia tego, co się komu bardziej opłaca i uznania, że jedni niechętnie ustąpią na tym polu, a drudzy równie niechętnie na innym. Na tym zresztą polega tolerancja w klasycznym jej rozumieniu: nie tyle na wzajemnym szacunku do prezentowanych przekonań, ile raczej na przekonaniu, że jakiś rodzaj koegzystencji tymczasowo opłaci się obu stronom bardziej niż rzucenie się wzajem do gardeł. To bardzo smutne, bo kompromis taki musi być chwiejny: ale może lepiej, by obie strony to zrozumiały wcześniej niż wtedy, gdy będzie za późno.

Z drugiej strony, jest i pewna rzecz, którą w szczególności pojąć musi konserwatywna prawica, a tym bardziej – centroprawica. Wyjaśniliśmy już, że z perspektywy działaczy LGBT+ wszelka „homofobia” (rozumiana np. jako to, co na temat homoseksualizmu głosił przez wieki Kościół, a co było tylko pochodną jego ogólnych poglądów na człowieka i sens życia) jest czymś absolutnie irracjonalnym, nieuzasadnionym. W konsekwencji, odmowa prawnej emancypacji i zrównania „związków LGBT+” staje się czymś równie niedorzecznym jak hipotetyczna odmowa uznania małżeństw pomiędzy rudowłosymi czy mieszanych małżeństw kaszubko-śląskich. Dla tradycyjnego katolika ten wniosek jawi się jako błędny, bo ów katolik bazuje na innej aksjomatyce; ale jeśli centrysta czy katolicki modernista chce dzielić ze swoimi nieheteronormatywnymi adwersarzami wspólną płaszczyznę świeckiego państwa czy paradygmatu liberalnego, to musi pamiętać, że w tej logice postulaty nawet bardzo radykalnych środowisk LGBT+ są wewnętrznie spójne. Kompromisowe propozycje w rodzaju „śluby tak, adopcja nie”, „formalizacja związków tak, ale nie pod nazwą ślubów”, „wspólnota majątkowa tak, o reszcie pomyślimy kiedyś”, „w szkołach uczmy trochę tego, a trochę tego”, „w szkołach uczmy tego, czego chce większość rodziców” jawić się muszą „społeczności LGBT+” jako ochłap litości z mieszczańskiego stołu. Trudno się im dziwić, ale dla niektórych szacownych autorów powinno być to ostrzeżenie.

Adam Witczak

 

P.S.

Tekst ten to w większej części kompilacja kilku komentarzy, zamieszczonych uprzednio w dyskusji na profilu pisma „Więź”. Z jednej strony pismo nie odpowiada za swoich czytelników, z drugiej można jednak podejrzewać, że postawa dialogu, tolerancji i wyrozumiałości powinna się udzielać także im. W związku z tym zacytujmy wypowiedź jednego z uczestników dyskusji, skierowaną do autora niniejszego tekstu:

tak tak, ten straszny liberalizm który daje ludziom wolność.. Świadomie posłużę się argumentum ad Hitlerum – najkrócej mówiąc ma Pan poglądy niebezpieczne i wyjątkowo głupie, takie jak nazistowscy śmiecie. EOT

Pozostawiam czytelników sam na sam z tymi słowami, by pochylili się nad nimi z – jakże typową dla szkoły „Więzi” – zadumą i refleksją.

 

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

-----

 

Inne teksty:

Redakcja - 

bp Atanazy Schneider - Imprezy zwane „gay pride” – prawdziwa odpowiedź katolicka

Tomasz Rowiński - Społeczne królowanie ideologów LGBT

Tomasz Rowiński - LGBT nie istnieje

Piotr Chrzanowski - Chrześcijańska miłość wobec homoseksualistów, to nie akceptacja ideologii LGBT

Dominika Krupińska - Biskup Amsterdamu odważył się narazić homolobby

Paweł Grad - Katolik wobec "Karty LGBT+"

Tomasz Rowiński - Ruch homoseksualny jako trampolina polityczna

Paweł Grad - Prawo i przemoc

Michael Voris - Homoseksualizm nie jest prawdą

Paweł Grad - Przemoc walki z "homofobią"

Bogna Białecka - Dezorientacja seksualna

Philippe Arino - Słownik kodów homoseksualnych

Philippe Arino - Przeżywany w wierze, homoseksualizm kryje w sobie własną siłę i własną śmierć

Tomasz Rowiński - O jaki pokój tu chodzi?

Paweł Milcarek - Kampania półprawdy

Piotr Kaznowski - Kto się nie zgorszy

Tomasz Dekert - Szacunek dla wszystkich

Sławek Matacz - Nawet prorok i kapłan błąkając się po kraju nic nie rozumieją

Paweł Milcarek - Fałszywy "znak pokoju"

Paweł Grad - Znak podziału

Paweł Milcarek - "Lobby gejowskie"?

Tomasz Rowiński - Homoseksualizm nie istnieje

Tomasz Rowiński - Naturalizacja homonormatywności

Monika Grądzka-Holvoote - O interesach liberałów i homoideologii

Emilia Żochowska - Notatki z państwa wyznaniowego. Małżeństwa homoseksualistów

 

 

 


Adam Witczak

(1987) Matematyk. Religioznawca-amator i religioznawca-dyletant. Pisywał w różnych miejscach, przy czym niekiedy jest zdziwiony tym, gdzie natrafia na swoje własne teksty. Zdziwiony bywa i samymi tekstami. Przekonany, że im więcej odkryje się pokrewieństw pomiędzy chrześcijaństwem a innymi religiami, tym lepiej świadczy to o chrześcijaństwie. Sympatyk, ale bynajmniej nie bezkrytyczny, tzw. szkoły Tradycji (W. Smith, H. Smith, S. H. Nasr, F. Schuon, J. Hani, T. Burckhardt). Nieodmiennie wraca do "Nihilizmu" Seraphima Rose'a, "Kazań" Eckharta i "Księgi śpiewów żałobliwych" Grzegorza z Nareku.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij