Felietony
2017.06.26 16:22

Papież - przywódca - wzór?

Pisząc o pochodzeniu Europy Joseph Ratzinger wskazywał - jak to się zwykle czyni - Herodota (ok. 484-425 przed Chr.) jako pierwszego, który znał jej geograficzną koncepcję, na późniejszy napór islamu w wieku VII i VIII wytyczający granicę na Morzu Śródziemnym, dalej zaś na proces historycznej i kulturowej identyfikacji Europy za Karola Wielkiego i na ostateczne zwieńczenie tej sekwencji przez powstanie królestwa Franków. Wskazywał też jednak, że Europa to nie tyle stan granic, ile stan umysłu, stan ducha. Ducha jednak dziś pustego, zapomnianego, a nawet znienawidzonego. Ducha, który - jak głosi popularna diagnoza - nie może już być fundamentem żywotności poszczególnych narodów i całej cywilizacji. A przecież nie znajdziemy w pismach Ratzingera śladu goryczy, zwątpienia i zniechęcenia. Nie znajdziemy też zachęty do kapitulacji. Wprost przeciwnie. Ratzinger pisał, komentując zagrożenie islamskim terroryzmem: „Absolutny pacyfizm, który odmawiałby prawu zastosowania jakichkolwiek środków przymusu, oznaczałby kapitulację wobec nielegalności, sprzyjałby jej rozpanoszeniu się i poddawałby świat dyktatowi przemocy” („Europa. Jej podwaliny dzisiaj i jutro”). Tłumaczył przy tym, że powinność walki z wrogiem realizować należy bez nienawiści do niego, a jedynie zmuszając go do przyjęcia prawa po to, by ono - ta emanacja ludzkiej racjonalności - zachowało swą jednoczącą moc i blokowało narastanie chaosu. Spokojne, obfite w jakąś serdeczność dla świata i ludzi, pełne celnych diagnoz, a przy tym wskazujące drogi wyjścia z doświadczanych przez Europę impasów pisma Ratzingera pochodzą z wnętrza tej tradycji, do której się on przyznaje i którą celebruje. Był to ostatni znany nam papież - Europejczyk.

 

Po nim nastał Franciszek - papież, który zdecydował się nie nawiązywać swym imieniem do papieskiego dziedzictwa. Papież odrębny, nie czujący lęku przed własną innością w tradycji Kościoła i solidarny z innością poza nim. Papież zmiany. Papież reformy. Papież rewolucji. Papież, o którym komentatorzy jego pontyfikatu mówią przede wszystkim to, że stał się autorytetem daleko poza granicami Kościoła (ostatnio Halik i Schockenhoff). Nie pytają jednak ani, czy jest tymże autorytetem w samym centrum tegoż Kościoła oraz w jego starych, nie tylko wysłużonych, ale i zasłużonych granicach; ani też nie definiują podstawowego i wielce tu kłopotliwego pojęcia „autorytetu”. Ta ostatnia kwestia jest naprawdę trudna. Zauważmy przede wszystkim, że argument, iż papież jest autorytetem daleko poza Kościołem każe pytać: dobrze to, czy źle dla Kościoła? Mowa tu o dobrym papieżu, czy o papieżu złym? O papieżu solidarnym ze swą tradycją, czy o papieżu nie ceniącym jej, a przynajmniej wobec niej nieufnym? O papieżu ciągłości czy o papieżu zerwania? A może rewizji? Czym jednak ona jest: jaka jest jej metoda, jakie rządzą nią prawa, jakie są jej granice i w końcu... jaki jest jej cel?

 

Dyskutując te kwestie lepiej jest odwołać się do pojęć, przy pomocy których zagadnienie autorytetu religijnego analizował Max Scheler. Rozróżniał on między byciem wzorem i byciem przywódcą. Status przywódcy uzyskuje się na drodze, by tak rzec, legalnej, a przynajmniej proceduralnej. Przywództwo się uzyskuje i/bądź otrzymuje. Jest ono przykute do stanu aktualnego, odnosi się do instytucji tu i teraz. Nie ma też zawartości aksjologicznej. Wzór natomiast nie podlega wyborom, nawet konklawe nie ma tej władzy - wybiera przywódcę, lecz nie może ustanowić go wzorem. Wzór jest wolny od upływu czasu, to znaczy, że może nim być nie tylko ktoś aktualnie żyjący, ale i zmarły przed wiekami. Wzór to pojęcie aksjologiczne. Historia Kościoła obfituje w przywódców, z których wielu było również wzorami. Obfituje też we wzory, które nigdy nie były przywódcami. Każdy papież wchodzi w to zadziwiające środowisko typów ludzkich, temperamentów, pragnień woli i jej słabości, w rezerwuar ludzkich przywar, ale też pokory, ufności i świętości, jakim jest historia całego Kościoła i historia papiestwa. Osobiste wady, nieuprawnione zapędy, niegodne zaufania wizje, pragnienie własnego wpływu i znaczenia, pycha wszystko to może i winno ulec korekcie czułej i śmiałej w tym środowisku świętych, wzorów i wzorów-przywódców. Warunkiem jest tu jednak miłość i cześć dla tej wspólnoty, którą się nieraz nazywa matką i nauczycielką (mater et magistra). Poprzez związek chrześcijaństwa z geograficzną i duchową Europą, miłość i cześć winny być również oddane tejże. Nie całej jednak Europie, ale jej najlepszej cząstce. Tej, którą Ratzinger - Benedykt XVI komentował tak wytrwale, nieraz przecież bardzo krytycznie. Krytyka ta dotyczyła jednak tego, co jest nowotworową zmianą na tkance europejskości i co wciąż jeszcze może zostać uleczone, zoperowane. Benedykt XVI udzielał tu następującej wskazówki: chodzi o to, by Europa odważyła się żyć, myśleć, działać i stanowić prawa nie wedle zasady „etsi Deus non daretur” (jakby Bóg nie istniał), ale „si Deus daretur” (jakby Bóg istniał). Papież ten próbował wprowadzić zakład Pascalowski w samo życie Europy i jej instytucji po to, by ją właśnie zakładem (sic!) ocalić! W ten sposób niepewność (zakład) wskazywała na fundamentalną pewność: warto żyć tak, jakby Bóg istniał. A dalej: jeśli Bóg istnieje, nie jest to fakt bez znaczenia. Przypominał też, że ów istniejący-być-może-Bóg-chrześcijan jako Logos jest Bogiem rozumu i miłości, ale też gwarantem sprawiedliwości.

 

Dydaktyka Franciszka nie eksponuje owego Logos-typicznego wątku. Wydaje się natomiast, że pragnieniem Franciszka, jest być dobrym. Wielce niebezpieczna to chęć i zamiar, na co wskazują słowa Jezusa „Czemu nazywasz mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Mk 10,18). Otóż dobroć w świecie ludzkim osiąga się dążąc nie do bycia dobrym, ale do bycia sprawiedliwym (oddania sprawiedliwości Bogu i ludziom). Dobro jest poniekąd „produktem ubocznym” sposobu, w jaki działa człowiek sprawiedliwy, a przynajmniej do sprawiedliwości dążący. Jest to też droga pewniejsza, jako że idący nią człowiek może opierać się na tym, co ma, tj. na rozumie, a nie na tym, czego nie ma i mieć nie może, tj. na dobroci. Nie oznacza to, że bycie dobrym jest poza ludzką zdolnością, ale że jest naturalnym skutkiem działania człowieka podążającego za prawidłowym rozeznaniem i oceną ludzi oraz zjawisk (funkcja rozumu), a także kierującego odpowiednio swymi czynami (funkcja woli). Gdy działaniu brak rozumności efekt, jaki się otrzymuje, to w najlepszym razie dobrotliwość, nigdy zaś dobroć. Ta dobrotliwość zagraża dziś w mojej ocenie szczególnie różnego rodzaju frakcjom liberalnym, również w Kościele. Wynika to po pierwsze z tego, że liberalizm nie ma wypróbowanej i potężnej tradycji - choć ta, którą ma, zwłaszcza w swych początkach była i godna, i śmiała. Po drugie zaś liberalizm jako projekt przebudowy postaw oderwał się od swego trzpienia rozumowego uznając ważne kwestie za już rozstrzygnięte na swą korzyść i stał się wymogiem normatywnym, rodzajem imperatywu. Tradycja katolicka pozwala zachować pokorę, która nie pozbawia stanowczości. Tradycja ta uczy dobroci i byłoby wielce pożądane, aby papież wykazał, że uczy nie dość i - jeśli tak sądzi - że potrzebna jest owa „rewolucja czułości”, jaką Kościołowi teraz się proponuje.

 

Komentując encyklikę Jana Pawła II „Fides et ratio” ks. Tadeusz Styczeń nawiązał do słów św. Pawła „Wiem, komu uwierzyłem” (2 Tm. 1,12) jako łączący „wiem” i „wierzę”, „ratio” i „fides”, a więc potwierdzające więź między rozumem a wiarą. Jeśliby bowiem apostoł nie wiedział, komu wierzy, mógłby zostać wprowadzony w błąd. Tak, jak dobroć nie jest dobrotliwością, tak i wiara nie jest łatwowiernością. Czy wierni Kościoła mogliby dziś powiedzieć o Franciszku „wiem, komu wierzę”? Nie sposób to rozstrzygnąć. Wiadomo jednak, że stanowisko papieskie w różnych kwestiach jest co najmniej słabo uargumentowane, a głównym sposobem działania papieża jest narzucanie swej intuicji dobra. Sceptycyzm wobec tego rodzaju działania jest odpowiedzią rozumną.

 

Wydaje się, że papież Franciszek obrał za wzór św. Franciszka z Asyżu jako najpełniej ukazującego charakter dobra, jakie papież chce świadczyć. Nie jest to wybór sam w sobie kontrowersyjny, wręcz przeciwnie. Nie ma też pilniejszego zadania niż to, jakie zostało świętemu powierzone w widzeniu: "Franciszku, idź odbuduj mój Kościół, gdyż popada w ruinę!" Czy jednak pod rządami papieża Franciszka istotnie przestaje w nią popadać? Trudno znaleźć argumenty przemawiające tu na „tak”, choć może czas zrewiduje surowe oceny. Wydaje się jednak pewne, że Kościół nic by nie stracił, gdyby papież Franciszek w jego wielkiej tradycji odnalazł dla siebie nie tylko wzór osobowy, ale i wzór przywódcy. Wolno mieć nadzieję, że ponaddwutysiącletnia tradycja Kościoła dysponuje takimi wzorami-przywódcami i że nie cała jest do zmiany.

 

Justyna Melonowska

 

 

 


Justyna Melonowska

Justyna Melonowska (1976) - absolwentka Prywatnego Żeńskiego Liceum Sióstr Urszulanek we Wrocławiu, psycholog, doktor filozofii. Kieruje Pracownią Filozofii Wychowania w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij