Komentarze
2019.04.08 10:11

O paleniu

Tak, o tym paleniu. O paleniu książek w Gdańsku. Wielu się wypowiedziało, głównie krytycznie, również na naszych łamach. Ponieważ ja też chciałbym krytycznie, więc żeby mieć do tego prawo, najpierw chcę krytykowanemu oddać sprawiedliwość.

Zrównywanie palenia książek przez narodowosocjalistyczne bojówki w latach trzydziestych w Niemczech, z paleniem książek w Gdańsku jest równie uprawnione, co zrównywanie spalenia na stosie Jana Husa w Konstancji z samospaleniem buddyjskiego mnicha Thích Quảng Ðứca w 1963 r. w Sajgonie w proteście przeciwko antybuddyjskiej polityce reżimu południowowietnamskiego. Mnich ten dziś jest znany głównie jako bohater jednej z najbardziej ikonicznych fotografii XX wieku. Jest uprawnione tak jak zrównywanie mordu dokonanego przez Stefana Wilmonta z samobójstwem Piotra Szczęsnego. Co zrównywanie uderzenia kogoś w twarz z nadstawieniem do uderzenia własnego policzka.

W Niemczech w latach trzydziestych bojówki napadały na biblioteki i wygarniały z nich ksiażki nieprawomyślnych autorów. W Gdańsku w trakcie misji świętych wierni przynosili własne przedmioty, które identyfikowali jako źródła zagrożeń duchowych (nie tylko, a nawet nie głównie książki, ale także amulety, karty do tarota, pornografię na różnych nośnikach itp.) i palili je na znak pragnienia wyzwolenia się z tych zagrożeń. Nazistowskie bojówki ograniczały, gwałciły cudzą wolność. W Gdańsku wierni realizowali własną wolność, nie ograniczając cudzej.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że chodziło o kolejny pretekst do uderzenia w tych, których się nienawidzi. Nienawidzi, bo wypominają ci twój własny grzech. Bo nie dają zasnąć sumieniu. Bo są znakiem sprzeciwu. Bo stoją na drodze rewolucji służącej stworzeniu nowego społeczeństwa i nowego człowieka. Bo w Polsce opóźnili wymarzoną rewolucję kulturalną, o co najmniej jedno pokolenie w stosunku do Zachodu. Księża, czarni, czarnuchy, wszy, tyfus plamisty.

Ponieważ są to wrogowie, obcy, inni, nie-ludzie, zatem można z nimi zrobić wszystko. Jak od wieków robiono z nie-ludźmi, robi się z nich hurtem zwyrodnialców seksualnych. Jeden z najbardziej znanych - głównie w mediach społecznościowych - reżyserów “zażartował”, że paląc zabawki dziecięce (tak, również i one znalazły się w gdański ognisku) ksiądz zapewne niszczył własne odciski palców na nich. Hi, hi, ha, ha, ho, ho.

Zauważmy, że w tej całej histerii znikają świeccy. Wierni, którzy dobrowolnie przynieśli własne przedmioty do spalenia. Są tylko jacyś księża, którzy palą nie wiadomo skąd wzięte książki. Współpracujący z nimi świeccy nawet na pogardę nie zasługują. Przestają istnieć, są symbolicznie anihilowani. Jak córka Tewiego mleczarza, która poślubiła goja. Jak biała kobieta z Południowej Karoliny, która poślubiła czarnoskórego. Są zdrajcami rasy, gwałcicielami natury.

Nawet zresztą ci księża są bezoosobowi. Czarna, zbita biomasa bez właściwości. Zlepek komórek bez mózgu, aż chciałoby się dopowiedzieć. Prowadzący gdańskie rekolekcje ksiądz nie ma twarzy, nie ma imienia i nazwiska, nie ma godności, nie ma nawet właściwości. Nie jest Rafałem Jarosiewiczem - rekolekcjonistą, opiekunem ubogich, autorem książek.

Najsmutniejsze, że ks. Jarosiewicz i wierni z Gdańska nie doczekali się gestu elementarnej solidarności ze strony swoich braci i sióstr katolików, w każdym razie tych będących biskupami, redaktorami katolickich periodyków, gwiazdami katolickiej blogosfery.

Zamiast tego niektórzy “zawodowi katolicy” urządzili sobie konkurs na to, kto rzuci wobec “podpalaczy” cięższym oskarżeniem. Heretycy, poganie, idioci. Nawet prymas Polski pospieszył ze słowami dystansu i odcięcia się. Jeśli chodzi o mnie, to wolę postawę św. Tomasza z Akwinu, który, jeśli zamierza z kimś polemizować, najpierw przytacza krytykowane poglądy in extenso. Polemizuje z tym, co rzeczywiście zostało powiedziane.

Powiedziawszy to, co wyżej, mogę z czystym sumieniem przejść do tego, co w gdańskim wydarzeniu mniej mi się podoba.

Po pierwsze moją wątpliwość budzi nacisk, jaki kładzie się na sytuacje, w których zły duch albo przejmuje całkowicie kontrolę nad wolą człowieka (opętanie), albo ogranicza tę wolę w stopniu na tyle istotnym, że znacznie ograniczona jest także moralna odpowiedzialność osoby za grzeszny czyn (zniewolenie). Wątpliwości budzi także skupianie się na przedmiotach czy praktykach związanych ściślej czy luźniej z okultyzmem, których używanie czy podejmowanie się może ułatwić złemu duchowi drogę do kontroli nad naszą wolą.

Pomijam już to, że o ile kategoria opętania czy nawet zniewolenia jest dosyć precyzyjna, o tyle kategoria zagrożeń duchowych jest na tyle pojemna i nieprecyzyjna, że poza kartami tarota czy literaturą satanistyczną, znajdą się w niej bajki dla dzieci, w których bohaterowie uprawiają magię.

Nawet jeśli jakoś zobiektywizujemy czy doprecyzujemy definicję zagrożeń duchowych, to i tak dotykać będą one jakiegoś niewielkiego procenta wiernych. Tym zaś, co dotyka każdego bez wyjątku wiernego (za wyjątkiem Tej, która pierwsza uwierzyła) jest grzech. A więc świadome i dobrowolne przekroczenie przykazania Bożego lub kościelnego. Sytuacja, w której owszem, szatan łudzi nas, kusi, podsuwa fałszywy obraz konsekwencji grzechu. Ale naszej woli nie dotyka.

Najwięksi grzesznicy, najwięksi zbrodniarze nie byli opętani. Nie byli duchowo zniewoleni. Z dużym prawdopodobieństwem nie mieli do czynienia z praktykami czy przedmiotami stanowiącymi zagrożenia duchowe.

Trzech zwyrodnialców, którzy w 2001 r. w placówce Kredyt Banku na ul. Żelaznej w Warszawie z zimną krwią, strzałami w tył głowy zamordowali strażnika i trzy kasjerki nie było opętanych. Nie słuchało muzyki heavymetalowej.

Ojciec i mąż, który w 2013 r. w Jastrzębiu - Zdroju podpalił dom razem z żoną i czwórką dzieci by uzyskać pieniądze z odszkodowania nie był zniewolony duchowo. Nie wiem, czy czytał Harrego Pottera.

Gdy dręczymy własnego współmałżonka, gdy krzywdzimy własne dzieci, gdy wyzyskujemy naszego pracownika niemal na pewno nie mamy woli ograniczonej przez szatana. Na naszą zgubę, niestety.

Piszę to nie po to, by lekceważyć, wyśmiać czy unieważnić problem zagrożeń duchowych. Piszę, by przywrócić problemowi właściwe proporcje i pokazać należne mu miejsce. Walka z zagrożeniami duchowymi może stać się ucieczką od walki z grzechem. Ucieczką od własnego nawrócenia. Może stać się szatańską pokusą.

Michal Barcikowski

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas

-----


Michał Barcikowski

(1980), historyk, redaktor "Christianitas", mieszka w Warszawie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij