Komentarze
2019.04.07 19:18

Palenie książek, czyli purytanizm w Kościele

Zaskakują mnie kapłani, którzy organizują religijne performanse w rodzaju publicznego palenia książek, choćby nawet z arsenałem wersetów biblijnych pod ręką[1]. Do takiej sytuacji doszło ostatnio w Gdańsku, kiedy to jeden z kapłanów postanowił publicznie zamanifestować swoją wielkopostną pokutę, rozpalając stos z książek i przedmiotów, które wydały mu się niebezpieczne dla wiary i pobożności. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że źródłem tego typu zjawisk jest przeniesienie religijności do sfery prywatnych objawień oraz wewnętrznych odczuć, a przy tym zarzucenie wspólnotowości i racjonalności praktykowania wiary[2]. Ale jednak zaskakuje mnie to, jak to wszystko potrafi być dalekie od katolicyzmu, który przecież dokonywał inkulturacji, chrzczenia tego, co zastane i „pogańskie”.

Kościół był przez wieki solą każdej kultury, do której docierał, tym samym nie niszcząc przecież potrawy, ale nadając jej smak (zob. Mt 5,13-16). Uderzanie w taki stan rzeczy z konieczności musi wiązać się z uświadomioną, bądź nieuświadomioną utratą wiary w to, że katolicyzm należy nie tylko do sfery osobistych wrażeń i prywatnego „widzi-mi-się” czy „wydaje-mi-się”, ale jawi się jako realna Prawda, którą Pan Jezus przyniósł dla uzdrowienia całego świata. Jako takie chrześcijaństwo pozostaje siłą kształtującą cywilizację, a nawet – nadającą nowy, świeży i nadprzyrodzony wymiar wszystkiemu temu, co ludzkie. Prawdziwe Państwo Boże to nie kalwińska teokracja, która w zgodzie z neurotycznie pojętą „nieskazitelnością duchową” neguje i potępia „naturalność”, widząc w niej jedynie brud oraz zagrożenie dla łaski[3]. Katolicyzm, zachowując konieczną ostrożność, nigdy nie zakładał tego rodzaju antagonizmów. Paweł Apostoł powoływał się na antycznych poetów, jak również na pojęcia właściwe filozofii greckiej; św. Klemens Rzymski opowiadał o Chrystusie w oparciu o mit o Feniksie; katakumbowi chrześcijanie po naniesieniu drobnych zmian uznawali mozaiki Orfeusza i Dionizosa za wizerunki Pana Jezusa, a św. Justyn Męczennik widział w obcych kulturach „ziarna zbawienia”, czyli pewne niejasne intuicje na temat Boga, którym Ewangelia nadała dopiero ostateczny kształt… Nawet średniowieczni mnisi szukali ukrytych duchowych treści u Owidiusza, antycznego poety uznanego przez wielu za gorszyciela. Prawda płynąca z Pisma Świętego nigdy nie niszczyła zastanego dziedzictwa kulturowego, ale je oczyszczała i leczyła, zachowywała w nim to, co dobre i godne pamięci, a wreszcie – uzupełniała je o to, co mówi osobiście sam Bóg.

W kościelnej inkulturacji nigdy nie chodziło o synkretyzm lub tolerancję w post-oświeceniowym znaczeniu tego słowa, tj. o naiwne akceptowanie wszystkiego, co obce. Prawda Boża jest czysta, pozbawiona domieszki ziemi (Ps 12,7), i o to należy dbać. Nawet Platon czy Arystoteles, tak ochoczo uznawani za wzór dla katolickich teologów, nie zostali przyjęci bezkrytycznie, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Istnieją także zagrożenia duchowe, tego nie sposób zanegować. Owszem, należy strzec się zjawisk, które zostały obciążone toksycznymi praktykami: Unikajcie wszystkiego, co ma choćby pozór zła (1 Tes 5,22). Problem jednak w tym, że w Gdańsku na stos trafiły nie tylko rekwizyty magiczne, ale także przykłady ikonografii i sztuki (takie jak np. afrykańskie maski, dalekowschodnie wizerunki zwierząt czy nawet zwykłe suweniry z podróży), które należą do dóbr obcych nam kultur. One zaś oczekują na przemienienie przez Bożą miłość, a nie na destrukcję. To, co się stało, miało więc w sobie ducha raczej kalwińskiego, aniżeli katolickiego. To taki purytanizm rozlicznych małych, rozsianych po Ameryce „nowych Syjonów” i „kościołów nareszcie-prawdziwej-ewangelii”, których radykalny literalizm biblijny tak łatwo wodzi na manowce. Zresztą sama nazwa „purytanizm” (z łacińskiego purus oraz angielskiego pure) pierwotnie dotyczyła oczyszczenia prawdziwie biblijnej wiary z resztek katolickiego zakwasu. Katolickiego – czyli rzekomo zatruwającego Słowo Boże bezprawnym mariażem z kulturami różnych krajów i epok. Tego rodzaju postawy mają zatem wyraźnie antykatolicki rodowód. Tym bardziej zdumiewa, że mogą zdarzyć się w Kościele.

Michał Gołębiowski

 

Zobacz też tekst Michała Barcikowskiego O paleniu.

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas

-----

--------------------------------------------------------------------------------------------------------

[1] Apologeci wydarzenia, o którym tu mowa, mogliby przytoczyć fragment Dziejów Apostolskich, w którym znajduje się opis takiej oto reakcji ludu efeskiego po przyjęciu chrześcijaństwa: Przychodziło też wielu wierzących, wyznając i ujawniając swoje uczynki. I wielu też z tych, co uprawiali magię, poznosiło księgi i paliło je wobec wszystkich. Wartość ich obliczono na pięćdziesiąt tysięcy denarów w srebrze (Dz 19,18-19). We fragmencie tym widać czytelny związek palenia ksiąg używanych przez tych, co uprawiali magię, z mającymi wówczas miejsce masowymi nawróceniami. Należy jednak zwrócić uwagę na fakt, iż wspomniane księgi nie były domniemaną, lecz faktyczną częścią konkretnych praktyk okultystycznych; najprawdopodobniej nie chodziło tu o dzieła tamtejszej kultury literackiej, lecz o spisane wskazówki dotyczące niegodziwych moralnie kultów. Ponadto kontekst całego rozdziału 19 jasno sugeruje, że z ich powodu doszło do opętań miejscowej ludności. Także sam zwyczaj wzniecania z stosów nie pochodził od wspólnot chrześcijańskich, ale stanowił jedną z praktyk pogańskich oznaczających oficjalne zerwanie z jakimś powszechnie wyznawanym kultem. Toteż inicjatywa zniszczenia szkodliwych ksiąg wyraźnie pochodziła od samych Efezjan, natomiast Apostoł Paweł jedynie dał na to przyzwolenie. Wedle opisu Dziejów Apostolskich to sami poganie zechcieli odciąć się od tego, w czym tkwili i co w świetle nawrócenia uznali za niszczące.

[2] Przez „racjonalność praktykowania wiary” rozumiem nie źle pojętą racjonalizację, ani naturalizm, które osłabiają osobiste zaufanie do Boga, ale postawę bliską cnocie roztropności, która sprawia, że wiara przestaje opierać się na zupełnie dowolnych odczuciach i wrażeniach, a angażuje rozum do rozpoznania rzeczywistej woli Bożej. Pisał o tym również Apostoł Paweł w Liście do Rzymian: A zatem proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej (Rz 12,1). W oryginale rozumna służba Boża bazuje na greckim słowie logos, w tym przypadku tłumaczonym na łacinę jako ratio. Taka „racjonalność” nie koliduje z całkowitym zawierzeniem serca, lecz raczej je wspomaga dzięki całościowemu ukierunkowaniu na poznanie Boga; jest ono tym zdrowsze i szczersze emocjonalnie, im bardziej na straży uczuć stoi oświecony łaską rozsądek.

[3] Na ten temat polecam znakomitą książkę francuskiego benedyktyna, o. Gérarda Calvet OSB, Jutro chrześcijaństwa, tłum. E. Waliszewska, Poznań 2001.


Michał Gołębiowski

(1989), filolog, historyk idei oraz literatury dawnej, doktorant UJ. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Do tej pory wydał „Małżeństwo Józefa i Maryi w literaturze i piśmiennictwie staropolskim doby potrydenckiej” (Kraków, 2015) oraz „Niewiastę z perłą. Szkice o Maryi Pannie w świetle duchowości katolickiej” (Kraków, 2018). Stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij