Komentarze
2021.06.15 20:32

O. Arturo Sosa SJ w pułapce kultury, czyli teologia sekularyzacji na mieliźnie

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.plZ góry dziękujemy. 

Niecałe dwa miesiące temu pozwoliłem sobie skomentować tekst o. Thomasa Reese’a SJ, w którym to komentarzu starałem się pokazać trudną do zrozumienia anachroniczność myślenia amerykańskiego jezuity jeśli chodzi o reformę liturgii. Dziwnym zrządzeniem losu, całkiem niedawno pojawiła się w mediach – w postaci wywiadu w „La Croix” – wypowiedź innego jezuity, tym razem samego Superiora Generalnego Towarzystwa, o. Arturo Sosy Abascala, która prowadzi częściowo do analogicznych wniosków i domaga się podobnego krytycznego omówienia. Częściowo, ponieważ dotyczy innego tematu – sekularyzacji i relacji między religią a kulturą i reprezentuje nieco inny typ anachroniczności. Trudno mi jednak pozbyć się odczucia, że w obu przypadkach mamy do czynienia z jakimś analogicznym mentalnym zastopowaniem i przywiązaniem do teorii tyleż przebrzmiałych, co płytkich i dlatego właśnie potencjalnie szkodliwych. Nie wiem na ile jest to kwestia pokoleniowa (obaj zakonnicy są w gruncie rzeczy rówieśnikami), na ile formacyjna, na ile osobowościowa czy jakaś inna. Ważniejsze jest to, że tego rodzaju koncepcje w przypadku o. Sosy nie są tylko dywagacjami kościelnego emeryta, jak to było przy okazji rewelacji liturgicznych amerykańskiego jezuity, ale czymś poważniejszym. Jak pokazuje niedawny artykuł o. Wojciecha Żmudzińskiego SJ, znajdują one zresztą entuzjastycznych (z wszelkimi konsekwencjami tego podejścia) zwolenników.   

Mój komentarz do projektów reformatorskich o. Reese’a spotkał się ze strony niektórych czytelników (w tym jezuitów) z przyjęciem negatywnym lub ambiwalentnym ze względu na swój ostry i ironiczny ton. Tym razem zrezygnuję z niego, częściowo po to, żeby oszczędzić wrażliwe psychai czytelników, po części dlatego, że w jakimś sensie o. Arturo Sosa Abascal SJ, jako Wielki Kanclerz uczelni, na której pracuję, jest również moim przełożonym i należy mu się z mojej strony szacunek. Przede wszystkim robię to dla uniknięcia sytuacji, w której meritum krytyki jego wypowiedzi zostanie w odbiorze przysłonięte przez sprawy drugo- i trzeciorzędne.

Pozwolę sobie zacząć od przytoczenia jego słów za tekstem wywiadu dostępnym na stronie „La Croix International”:

La Croix: Jak jezuici radzą sobie z sekularyzacją wielu zachodnich społeczeństw?

O. A. Sosa: Z mojego punktu widzenia sekularyzacja stanowi szansę/możliwość (opportunity). Daje przestrzeń dla wolności, ponieważ zachęca do powstania/wyłonienia się społeczeństw [wewnętrznie] zróżnicowanych (diverse societies). Oznacza to, że bardziej akceptuje różnice kulturowe, ideologiczne i religijne.

Dla jezuitów jest to również społeczeństwo, którym możemy oferować ćwiczenia duchowne, ponieważ są one narzędziem pomagania ludziom podejmować wolne wybory.

Innym pozytywnym punktem jest w mojej opinii to, że proces ten przełamuje/zrywa związek pomiędzy kulturą i religią (this process breaks the link between culture and religion), który powodował, że wierzący z poprzednich pokoleń nie wybierali swojej wiary w sposób wolny.

A przecież religia nie jest [czymś] danym kulturowo. (But religion is not a cultural given). Jest to wybór zakorzeniony w ludzkiej wolności, spotkanie z Bogiem, które wywodzi się z twojej wolności i z osobistego doświadczenia.

Dla Kościoła katolickiego jest to głęboka zmiana, ponieważ będzie się teraz składał z wierzących, świadomych swojego wyboru. Wspólnoty chrześcijańskie będą [więc] dużo bardziej żywotne (vibrant – „tętniące życiem”). W tym sensie, może być ona [sekularyzacja] szansą.

Oczywiście mamy tu do czynienia z kilkuzdaniową wypowiedzią prasową, siłą rzeczy narażoną na posługiwanie się skrótami myślowymi. Spróbujmy zatem zrekonstruować myślenie o. Sosy. Z uwagi na krótkość wypowiedzi jest to zadanie nieco karkołomne, wydaje się jednak, że bez większego problemu można sformułować rekonstrukcję, która będzie w stosunku do niej niesprzeczna.

Na jednym poziomie sekularyzacja jest dla o. Generała procesem dyferencjacji i „demonolityzacji” społeczeństw w odniesieniu do, mówiąc językiem Andrzeja Wiercińskiego, „ideologicznych podsystemów sterujących”. Wielkie tradycyjne narracje religijne ulegają relatywizacji i względnemu rozpadowi, a ich ośrodki i nośniki, poczynając od przekazu międzypokoleniowego, a kończąc na systemach instytucjonalnych i politycznych, tracą swój wpływ i znaczenie. Po części przekłada się to na mniej lub bardziej zdecydowaną laicyzację czy ateizację. Po części jednak, tam gdzie nie zanika zmysł religijny i skłonności do jego eksterioryzacji, efektem jest raczej prywatyzacja. Tę ostatnią zazwyczaj rozumie się jako pełną indywidualizację i prymat religijności, którą można by określić jako duchowość a’la IKEA. Polega ona na konstruowaniu przez jednostki prywatnych światów sensu z elementów dostępnych w rezerwuarze supermarketu idei. Można to zjawisko jednak pojmować także – i będzie to chyba bliższe myśleniu o. Sosy – jako proces dotykający paradoksalnie również tradycji i instytucji (Kościoła, wspólnot, denominacji), które zaczynają funkcjonować, co prawda w ramach swoich dotychczasowych uniwersów znaczeń, ale z paradoksalną rezygnacją z przydawania im waloru uniwersalności. To czyni z owych światów sensu niejako „prywatne” sprawy danych wspólnot i stanowi, ze stron tych ostatnich, samoograniczenie aktywności do sektora wyznaczonego przez granice innych, współistniejących wspólnot i ich systemów. O. Żmudziński nazywa to burzeniem murów kościelnych przez Ducha Świętego, które pozwala wyjść ludziom Kościoła do ludzi „bez gotowych rozwiązań, bez uważania się za lepszych i bliższych prawdy, ale za to pomocnych każdemu człowiekowi w jego dążeniu ku wolności i prawdzie”. Moim zdaniem bliższa opisowi realnego kształtu „społeczeństwa zróżnicowanego”, o którym mówi o. Sosa, byłaby postulatywna koncepcja polskiego postmodernistycznego teoretyka kultury i socjologa queer, Jacka Kochanowskiego. Jego zdaniem prawdziwie wolne społeczeństwo to takie, którego członkowie zdają sobie sprawę, że wszystkie wyznawane przez nich systemy światopoglądowe, teologiczne i aksjologiczne są tak naprawdę wyłącznie fantazmatami i z pozycji tej świadomości są gotowi permanentnie negocjować ich granice[1]. 

Wróćmy do narracji o. Sosy. Jego zdaniem jesteśmy świadkami powstawania „społeczeństwa zróżnicowanego”, rozumianego jako układ, w którym nikt – żadna tradycja religijna, wyznanie, czy system światopoglądowy – nie jest zdolny, ani nawet nie aspiruje do występowania z pozycji siły społecznie dominującej, ale zadowala się wytyczeniem granic własnej tożsamości i akceptowaniem tożsamości odmiennych. Jak również, co jest już niewypowiedzianą implikacją tego opisu, każdy taki podmiot co najmniej toleruje, a co do zasady, powinien afirmować wybory swoich członków, nawet wówczas, kiedy oznaczałyby one porzucenie własnej tradycji lub też wręcz jakiejkolwiek religijności. Innymi słowy, na poziomie głębszym niż sama kwestia dominacji społecznej czy dążenia do niej, żadna tradycja czy wyznanie nie powinno uważać samego siebie za mówiące jakąś prawdę o rzeczywistości - Bogu, świecie, człowieku, celu istnienia, złu itd. Jeżeli to jednak czyni, prawdziwość ta nie powinna nieść ze sobą konsekwencji praktycznych.

Zsekularyzowane w ten sposób społeczeństwa, ze względu na panującą w nich akceptację różnic kulturowych, religijnych itp., „dają przestrzeń wolności”. Człowiek w nich żyjący może swobodnie wybrać, w co chce wierzyć, jaki światopogląd i kodeks moralności wyznawać (w granicach wyznaczanych przez prawo świeckie). Swobodnie, to znaczy na podstawie swojego własnego wyboru, bez żadnej presji, z góry narzuconych modeli. Mało tego, nawet bez tradycyjnych głębokich struktur wiedzy, które kształtują paradygmaty widzenia i przeżywania świata, faworyzując tym samym lub wręcz w pełni determinując wybór przez jednostkę tego, a nie innego systemu memów. Sekularyzacja, która wszystkie te schematy i gotowe wzorce zdekonstruowała i zrelatywizowała, daje człowiekowi wolność, ponieważ uwalnia go od społecznych konsekwencji podjętych wyborów: cokolwiek by zrobił, jakąkolwiek decyzję podjął, odpowiada co najwyżej przed samym sobą. Przed swoim bogiem czy też sacrum również, o tyle oczywiście, o ile w niego/w nie wierzy (zjawisko takiego rodzaju myślenia świetnie opisał niegdyś Jan Hartmann).

Jest to sytuacja nowa. „Poprzednie pokolenia”, żyjące w układach społecznych, w których ten czy inny „ideologiczny podsystem sterujący” posiadał monopol na prawdę, a religia i kultura pozostawały w stosunku do siebie w relacji tożsamości albo ścisłej zależności, takiej przestrzeni wolności nie zaznały. Pozostając na różnym poziomie odpodmiotowienia, „ssały” tylko mniej lub bardziej bezrefleksyjnie i bezkrytycznie zbiorowe, kulturowe formy religijności, nie poddając ich osobowej ocenie i nie czyniąc ich treści przedmiotem świadomego wyboru lub odrzucenia. W efekcie Kościół grzązł w stagnacji, uwikłany we własne kulturowo uwarunkowane sposoby wyrazu i wypełniony przez massa damnata wiernych, którzy mogli do niego wnieść jedynie swoją stadno-owczą lojalność i niewolną, tj., jak się domyślam, niesprawdzoną w ogniu wątpliwości i podmiotowych decyzji, wiarę. Używając znanej w naszym kraju kategorii, można by powiedzieć, że był to Kościół starych kobiet klepiących różaniec.

Sekularyzacja, zdaniem o. Sosy, sytuację tę leczy. W jaki sposób? Generał jezuitów twierdzi, że przez rozerwanie (unieważnienie? podważenie? zniesienie?) związku między religią a kulturą. O. Superior nie daje nam wglądu w to, jak w szczegółach widzi ten proces, ale próbujmy dalszej rekonstrukcji. Warto w tym miejscu zauważyć, że w jego narracji, sekularyzacja, a więc ruch „odreligijnienia” (mówi nam to sama analiza pojęcia), jest przedstawiana paradoksalnie w kategoriach emancypacji religii od kultury, a nie – jak należałoby się spodziewać – odwrotnie. Wydaje się jednak, że należy założyć, iż samo używanie przez niego słowa „sekularyzacja” wskazuje implicite na emancypację kultury od religii jako prerekwizyt lub wręcz warunek sina qua non „odkulturowienia” religii. Inaczej trzeba by uznać, że o. Sosa używa terminu „sekularyzacja” w sposób bezrefleksyjny, o co go nie podejrzewam.

Metafora łamania czy zrywania (break) związku tudzież połączenia (link) pomiędzy kulturą i religią, ujęta jako proces dobroczynny, dość jednoznacznie wskazuje, że zdaniem o. Sosy: 1) są to fenomeny, które historycznie pozostawały silnie ze sobą związane, jednak 2) związek ów nie jest nierozerwalny i obie one mogą się bez siebie obejść (być może historyczność ich związku decyduje o jego przygodności?) i wreszcie 3) „odreligijnienie” kultury (= sekularyzacja) przekłada się na „odkulturowienie” religii, dzięki czemu ta ostatnia może osiągnąć stan czysty i w końcu realizować się tam, gdzie powinna, tj. na poziomie transcendentalnej podmiotowej świadomości.

Jak do tego „oczyszczenia” dochodzi? Kluczem wydaje się być tutaj wyznawane przez o. Sosę rozróżnienie pomiędzy kulturą rozumianą jako normatywna rzeczywistość zbiorowa a religią pojmowaną jako wolitywna rzeczywistość indywidualna. Kultura to przestrzeń społecznie wytwarzanych memów, norm, wartości, wzorców, znaków, rytuałów, stereotypów itd., która, czerpiąc moc perswazyjną ze swojej kolektywności, kształtuje (trenuje, formatuje, performatywnie ustanawia) wszystko to, co – i jak – jej uczestnicy wiedzą, czują, przeżywają, reagują itd. Religia natomiast, powiada o. Sosa, „nie jest dana kulturowo”, a więc w ramach wszystkich tych kolektywnych sensów, struktur czy zachowań, lecz stanowi „wybór zakorzeniony w ludzkiej wolności”, spotkanie dwóch transcendentalnych „ja” i całkowicie wolną – niczym nie uwarunkowaną – odpowiedź jednego z nich na Drugie, wejście z Nim w dialog. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu, do czasu natężenia procesów sekularyzacyjnych, religia zamiast być sobą (a więc wspomnianym spotkaniem „ja” z „Ja”) przesycała własnymi kategoriami kulturę, nabierając jej cech, a więc kolektywności, normatywności, zewnętrzności, rytualności, opresyjności itp. W efekcie czego ludzie będący jej członkami i w teorii ludźmi religijnymi, zamiast wzbić się na wyżyny transcendentalnego dialogu, tak naprawdę siedzieli w jaskini przykuci do ściany łańcuchami konformizmu i oglądali co najwyżej schematyczne obrazki zrobione jakąś religijno-kulturową camera obscura. Konsekwencją tego była wrogość do tych wszystkich, którzy te obrazki widzieli inaczej albo siedzieli na innej widowni. Kiedy jednak w wyniku czynników laicyzujących[2] kultura zaczęła wyzbywać się swojego sterującego komponentu religijnego (= zsekularyzowała się), religia, niejako wypchnięta z kulturowych przestrzeni norm, reguł, kontroli i przemocy, a także pozbawiona w związku z tym wikłających ją zwrotnie możliwości działania w świecie, mogła wreszcie powrócić do swojej prawdziwej tożsamości. To znaczy wejść na nowo na poziom czegoś, co wydarza się poza wszystkimi procesami i uwarunkowaniami zbiorowości, w najgłębszej intymności, w głębinach ducha/Ducha, ku którym człowiek może w sposób właściwy zwrócić się dopiero wówczas, kiedy jego wybierającego „ja” nie determinują żadne zewnętrzne wpływy.

Nie mogę mieć pewności, czy powyższa rekonstrukcja zaplecza teoretycznego wypowiedzi o. Sosy jest prawidłowa, niemniej wydaje mi się, że te ekstrapolacje są co najmniej z nią niesprzeczne i bronią się logicznie. Załóżmy, że się tu nie mylę. Jeśli to, co zostało powiedziane, odzwierciedla realnie intelektualną regułę według której porusza się myślenie o. Generała, to na jej określenie przychodzi mi do głowy metafora utopijnej mielizny, w której utopijność i płycizna całej tej konstrukcji wzajemnie się warunkują.

Podstawowym jej problemem są dualistyczne założenia, które powodują, że koncepcja ta, tak, wydawałoby się, wzniosła i religijnie bezkompromisowa, w rzeczywistości jest pozbawiona realnej treści, po prostu nie mówi nic o rzeczywistości, a więc stanowi intelektualną mieliznę. W słynnym fragmencie Rozprawy o metodzie Kartezjusz wygłasza tezę, że dusza (cogito, myślące„ja”) stanowi istotę człowieka, oraz że jest ona całkowicie niezależna od ciała[3]. Nie chodzi mu, rzecz jasna, o nieśmiertelność duszy w sensie teologicznym i eschatologicznym, lecz o myślenie w zwykłym sensie antropologicznym, które, ponieważ potrafi dojść do pewności swojego istnienia jako cogito na podstawie odrzucenia w procesie wątpienia wszystkiego innego jako niepewnego i wątpliwego, jest skłonne utożsamiać tę epistemologiczną pewność istnienia myślącego “ja” z jego niezależnością ontologiczną w stosunku do wszelkiej „rzeczy materialnej”, w tym do własnego ciała. 

Mniej więcej coś podobnego, i mającego tyle samo sensu twierdzi o. Sosa, wprowadzając radykalne rozróżnienie pomiędzy kulturą i religią i twierdząc, że jako taka ta ostatnia jest niezależna od tej pierwszej („religia nie jest dana kulturowo”)[4]. Tak jakby fakt, że jesteśmy w stanie na poziomie umysłowym umieścić religię i kulturę niejako w dwóch różnych rejestrach i pomyśleć o nich w kategoriach istotowych (to w gruncie rzeczy robi o. Generał), oznaczał, że rozróżnienie to istnieje również w rzeczywistości, i że da się obie te sfery realnie oddzielić. Otóż nie da się. A w każdym razie nie, jeśli pod pojęciem religii rozumiemy nie jakiś dostępny wyłącznie umysłowo transcendentalny świat idei lub nieprzekazywalne indywidualne doświadczenia wewnątrzpsychiczne, ale na przykład chrześcijaństwo, włącznie z jego koncepcją wolnej woli oraz osobowej relacji człowieka z Bogiem[5].

W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie, niż twierdzi o. Sosa. Religia, jak zresztą również wiara – jeśli iść za, moim zdaniem błędną, interpretacją omówienia w Radiu Watykańskim – zakładając, że ta ostatnia nie ma być wyłącznie nieokreślonym przeczuciem metafizycznym (a zresztą nawet i wówczas), po prostu jest dana kulturowo, tj. w ramach kolektywnego systemu memów, rytuałów, tekstów, reguł, norm, znaków itd. i nie da się jej od tego wymiaru oddzielić. Jest to tak oczywiste, że czytając słowa o. Sosy czytelnik zastanawia się, czy jego wypowiedź nie padła ofiarą cięć redakcyjnych, który usunęły z niej wszystko, co pozwoliłoby zrozumieć ją jako sensowną, a nie, jak to jest w przypadku danego nam tekstu, jako zbiór lapidarnych nonsensów. Nie mogę tego wiedzieć, ale z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić, żeby osoba tej rangi, dopuszczała publikację takiego wywiadu bez autoryzacji. Mniejsza zresztą z tym, wróćmy do meritum.

Aby uświadomić sobie absurdalność twierdzenia, że religia nie jest dana kulturowo (daną kulturową), wystarczy wykonać prosty zabieg umysłowy i zastanowić się, skąd wiemy cokolwiek o Bogu, Jezusie, złu, zbawieniu itd. Czy ktoś z nas może stwierdzić, że otrzymał tę wiedzę w ramach osobowego spotkania z Bogiem, w bezpośrednim transferze z Umysłu do umysłu, z pominięciem jakiegokolwiek formowanego i przekazywanego zbiorowo języka, narracji, tekstu, zwyczaju lub rytuału? I że dokonało się to na podstawie jego uprzedniej decyzji zwrócenia się ku Bogu, która była całkowicie wolna, tj. nieuwarunkowana żadnym ustalonym paradygmatem myślenia i odczuwania? A skąd i na jakiej podstawie miałoby nam przyjść do głowy, że takie spotkanie jest w ogóle możliwe, i że taką wolną decyzję możemy w ogóle podjąć, gdyby nie były to pewne przekonania czy treści dane kulturowo?  

Dochodzimy tu do tytułowej pułapki. Czytając wywiad z o. Sosą, narzuca się poczucie, że przedstawiana nam jest jakaś wizja liberalnej utopii: pluralizm, różnorodność, tolerancja, oparta na nieuznawaniu ostateczności żadnej prawdy oraz zniesieniu zewnętrznych wpływów kultury rozumianej jako rzeczywistość opresyjna, a nad tym wszystkim transcendentalne „ja”, które, kiedy już zostanie przez sekularyzację wyzwolone ze sztucznych więzów reguł, norm i paradygmatów kultury, realizuje swoją godność poprzez „religię”, tj. relację z Bogiem na podstawie „wyboru zakorzenionego we własnej wolności”. To zaskakująco znajome rozumienie człowieka, kultury i społeczeństwa (a w zasadzie również Boga) – czyż nie jest zbiorem pewnych kompleksów kulturowych, systemem memów? Czy nie jest to ontologia charakterystyczna dla pewnego typu kultury demokratyczno-liberalnego Zachodu? Czy o. Sosa nie opowiada nam tu o zbawiennym wpływie sekularyzacji jako rozerwaniu więzi między religią a kulturą z perspektywy pewnej bardzo głęboko kulturowo określonej wizji tej pierwszej? Wizji, która w rzeczywistości postrzega przyjęcie zsekularyzowanej kultury i zdeterminowanego przez nią paradygmatu myślenia jako prerekwizyt religii „prawdziwej”?

Otóż moim zdaniem to właśnie robi, najwyraźniej nieświadom, że narzucając nierealistyczny dualistyczny schemat na relację religii i kultury, sam działa w ramach ścisłego ich związku. Co więcej, związku, w którym, między innymi przez tę tak komplementowaną przez niego sekularyzację, to właśnie kultura – świecka, liberalna, upolityczniona i zideologizowana – jest stroną dominującą, formującą i narzucającą wierzącym, bywa zresztą, że w mniej lub bardziej opresyjny sposób, własne niechrześcijańskie modi  myślenia, odczuwania i działania. Odrzucenie rzeczywistego charakteru relacji religii i kultury powoduje, że o. Sosa zostaje zamknięty w pułapce i to tej najbardziej perfidnej, bo jawiącej się jako wyzwolenie, a jego radość jest radością tolkienowskiego Teda Sandymana.

Religia zawsze jest i musi być kulturowa, zawsze niesie ze sobą pewną kulturę i wchodzi w relacje z innymi religio-kulturami, jak też kulturami zsekularyzowanymi wraz z tym, co niesie. Zmieni się to wówczas, kiedy człowiek – jedyna znana nam istota religijna – przestanie być jednocześnie istotą posługującą się językiem, komunikującą się symbolicznie i zależną w swoim istnieniu i działaniu od systemów symbolicznych (R.A. Rappaport). Innymi słowy, kiedy człowiek przestanie być człowiekiem. I jakkolwiek kultura, w tym również religijna, może mieć aspekty opresyjne, to dualistyczne postrzeganie rzeczywistości kulturowej jako sztucznej struktury pętającej wolność ludzkiego podmiotu jest jakimś rodzajem neurozy, dzisiaj zresztą powszechnej w sposób wręcz pandemiczny (vide np.problem rozumienia płci kulturowej). 

W perspektywie chrześcijańskiej konieczność i niezbywalność związku religii i kultury jest szczególnie oczywista, ponieważ zgodnie z nią zasadnicza Boża ingerencja w świat człowieka – Wcielenie Syna Bożego – nie tylko dokonała się w konkretnej, zresztą bardzo specyficznej kulturze w szczególnym momencie historycznym, ale jej oddziaływanie: rozprzestrzenianie się i trwanie wiary w nią, poczynając od czasów apostolskich, wymagało rozległego transferu środkami kulturowymi (np. przekazem ustnym, tekstem, zachowywaniem norm moralnych itp.) oraz szeroko rozumianych procesów translacyjnych i hermeneutycznych, na bazie których jedna kulturowa postać wiary tworzyła jej postaci nowe, często pod wieloma względami różne od swojej „matki”. Przekonanie zatem, że sekularyzacyjne rozerwanie związku między religią i kulturą jest czymś z chrześcijańskiego punktu widzenia korzystnym, a nawet wręcz pożądanym, ze względu na „wolność” wyboru wydaje się mieć z chrześcijaństwem, a nie jakąś wykoncypowaną „religią”, niewiele wspólnego.

Warto jeszcze na koniec zauważyć, że utopijność poglądu o. Sosy na „świat po sekularyzacji” z jednej strony wydaje się być uwarunkowana jego przekonaniami antropologicznymi (dualizmem, który wchodzi w symbiozę z liberalną ontologią), ale ma też aspekt mniej zrozumiały, a w każdym razie trudniej wyjaśnialny. Otóż twierdzi on, jakoby procesy sekularyzacyjne już teraz wytworzyły nowy wspaniały świat wzajemnej akceptacji, zrozumienia, pogodzonej różnorodności, w której nikt nie musi się czuć do żadnych egzystencjalnych wyborów przymuszany czy też skłaniany do określonego sposobu myślenia. Wobec aktualnego stanu polaryzacji społeczeństw, erupcji rozmaitych toksycznych ideologii (z prawa i z lewa), zamętu i upadku zaufania społecznego i politycznego, terroryzmu motywowanego religijnie, dyktatur politycznej poprawności i wielu innych rozkoszy późnej nowoczesności, za które oczywiście nie sposób odpowiedzialnością obciążyć samej sekularyzacji, ale w stosunku do których zdecydowanie stanowi ona jeden z kluczowych składników przyczynowego tła, optymizm o. Sosy jawi się jako stan ducha kogoś zamieszkującego Wieżę z Kości Słoniowej. A w zasadzie jej najgłębszą piwnicę.

Tomasz Dekert  

----- 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.

 

[1] Zob. J. Kochanowski, Przyczynki do fantazmatycznej teorii kultury. Śladami Deleuza, Derridy i Foucaulta, „Zeszyty Naukowe Wyższej Szkoły Zarządzania Personelem w Warszawie” 3 (2005).

[2] Nie wiemy dokładnie, które z nich – rozwój nauk przyrodniczych, rewolucje społeczne, industrializację, urbanizację, załamanie się zaufania społecznego dla instytucji religijnych czy jeszcze inne – o. Sosa uważa za kluczowe.

[3]Kartezjusz, Rozprawa o metodzie, tłum. T. Boy-Żeleński, PIW, Warszawa 1952, s. 53–54: „Poznałem (…), że jestem substancją, której całą istotą, czyli naturą jest jeno myślenie, i która aby istnieć, nie potrzebuje żadnego miejsca, ani nie zależy od żadnej rzeczy materialnej; tak, że owo ja, to znaczy dusza, przez którą jestem tym, czym jestem, jest całkowicie odrębna od ciała, a nawet jest łatwiejsza do poznania niż ono, i że gdyby nawet ono nie istniało, byłaby i tak wszystkim, czym jest”. Por. Kartezjusz, Medytacje o pierwszej filozofii wraz z zarzutami uczonych mężów i odpowiedziami autora, tłum. M. i K. Ajdukiewiczowie, S. Swieżawski, I. Dąbska, t. 1, PWN, Warszawa 1958, s. 34: „Teraz przyjmuję tylko to, co koniecznie prawdziwe; jestem więc dokładnie mówiąc tylko rzeczą myślącą, to znaczy umysłem, bądź duchem, bądź intelektem, bądź rozumem”.

[4] W omówieniu wywiadu w polskiej sekcji Radia Watykańskiego fraza But religion is not a cultural given została oddana „A przecież wiara nie powinna być narzucana przez kulturę” – zob. K. Ołdakowski, O. Arturo Sosa: Sekularyzacja stanowi szansę,O. Arturo Sosa: sekularyzacja stanowi szansę - Vatican News [dostęp: 14.06.2021]. Trudno się zgodzić z taką interpretacją, nawet jeśli jest ona częściowo uzasadnialna w związku z widocznym u o. Sosy rysem rozumienia kultury w kategoriach czegoś opresywnego.

[5] Piszę „na przykład”, ponieważ na poziomie podstawowym mogłoby to dotyczyć każdej historycznej religii. 




Tomasz Dekert

(1979), mąż, ojciec, z wykształcenia religioznawca, z zawodu wykładowca, członek redakcji "Christianitas", współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.