Polemiki
2019.01.08 10:27

Między „starym” a „nowym” tradycjonalizmem – odpowiedź Łukaszowi Kożuchowskiemu

W ostatnich dniach zeszłego roku na stronach Nowego Ruchu Liturgicznego i portalu Una Cum.pl ukazał się artykuł Łukasza Kożuchowskiego poświęcony porównaniu „starej” i „nowej” postawy tradycyjnych katolików. Jego lektura wywołała we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony w dużym stopniu zgadzam się z jego autorem w kwestii przewagi „pozytywnego” apostolstwa na rzecz dawnych form liturgicznych nad uprawianiem go za pośrednictwem wieszania psów na formach nowych. Moim zdaniem również trafnie diagnozuje on część chorobliwych tendencji, których nie brakuje w środowiskach tradycjonalistycznych. Z drugiej jednak strony jego opis postaw „starych” grzeszy brakiem głębszej refleksji nad ich uwarunkowaniami i brakiem postawienia pytania o ich obiektywne racje. Natomiast opis „nowych” w rzeczywistości ukazuje je jako problematyczne, wbrew intencjom autora, który konstruuje to porównanie z jasno wyrażonym zamysłem zaprezentowania ich jako lepszych od tych pierwszych. Jeśli Kożuchowski trafnie opisuje stan umysłu i motywacje katolików „nowotradycyjnych”, to wcale nie mam poczucia, że jest to ruch w dobrą stronę. W ostatecznym rozrachunku podejście to, przynajmniej moim zdaniem, traci z oczu stawkę, o którą w całym tym zamieszaniu wokół liturgii chodzi. Wydaje mi się, że wbrew pozorom tertium datur, i że trzeba poszukiwać przejścia między Scyllą „starego” a Charybdą „nowego” tradycjonalizmu.

Kożuchowski zauważa w myśleniu i działaniu „starych” trzy postawy, które jego zdaniem składają się na ich profil. Są to: 1. krytykanctwo w stosunku do NOM; 2. resentyment związany z fiksacją na epoce pierwszych etapów wdrażania reformy i mentalnym uwikłaniem w ówczesne spory; oraz 3. coś, co nazywa „teoretyzowaniem”, a pod czym rozumie prowadzenie dyskursu nt. liturgii i życia Kościoła wyłącznie w oparciu o teksty (sprowadzenie ich do tekstów), w oderwaniu od żywej rzeczywistości. Przeciwwagą dla nich na poziomie „nowych” tradikatolików ma być: 1. akceptacja NOM jako formy dominującej i spełniającej z powodzeniem rolę liturgii Kościoła (tym samym akceptacja własnego mniejszościowego statusu), wybór starszej formy ma wynikać tu z tego, że „pomaga im lepiej zaangażować się duchowo w spotkanie ze Zbawicielem”; 2. podejście do dawnej liturgii bez historycznego zacietrzewienia – „nowych” niespecjalnie interesuje rozstrzyganie historycznych sporów wokół reformy, po prostu widzą w przedsoborowych formach liturgicznych „dobre odpowiedzi na potrzeby duchowe współczesnego człowieka”; i 3. nieakademickie a za to praktyczne i realne zaangażowanie w liturgię, nie jest ona rozpatrywana jako jakaś nienaruszalna doskonała i oderwana od życia idea, a jej cechy takie jak „ortodoksyjna treść teologiczna, stałość, piękno formy, wyraźny teocentryzm nie są wartościami samymi w sobie, ale wartościowym lekarstwem dla ludzi”.

Nie zamierzam bynajmniej argumentować przeciwko istnieniu postaw „starych” tradycjonalistów, tak jak scharakteryzował je Łukasz Kożuchowski, ani też przeczyć, że bywają one irytujące, trudne do zniesienia, odrzucające itd., itd. Uważam, że same w sobie zostały w jego tekście opisane z dużą dozą trafności. Brakuje mi w nim natomiast jakiejkolwiek próby zrozumienia, co takie postawy wygenerowało, i czy przypadkiem – przy wszystkich trudnościach, które stwarzają – nie stoi za nimi coś ważnego, czego nie można zwyczajnie oddzielić grubą kreską.

Kożuchowski zauważa na samym początku swojego tekstu, że przed Summorum Pontificum (dalej: SP) „życie tradycji łacińskiej, w Polsce i nie tylko, było znacznie utrudnione”, nie wyciąga jednak z tego faktu wniosków. Tymczasem wydaje mi się, że można łatwo wykazać, iż zasadnicza granica pomiędzy „starym” i „nowym” podejściem leży w rzeczywistości pomiędzy myśleniem naznaczonym doświadczeniem (albo pewnym przekazem doświadczenia) czasów sprzed SP, a tym, które wyrasta z, może chwiejnej i w pewnym sensie paradoksalnej, ale jednak pax liturgica, którą motu proprio Benedykta XVI zaprowadziło w Kościele. Paradoksalnej, bo polegającej na przesunięciu liturgicznego tradycjonalizmu – jeśli mogę posłużyć się takimi metaforami – z pozycji partyzanckich na miejsce oficjalnej armii państwowej, i to walczącej po tej samej stronie.

Ktokolwiek zna przynajmniej echo opowieści o tym jakich zabiegów połączonych z koniecznością znoszenia upokorzeń wymagało w latach 80. i 90. uzyskanie zgody na odprawienie mszy albo chrzest dziecka w starszej formie lub też o tym, jak wyznaczeni przez biskupów księża starali się „nawrócić” zbłąkane tradycjonalistyczne owieczki na NOM, uzna bez wątpienia, że „poważne utrudnienia” są delikatnym eufemizmem. Również dzisiaj przecież nie wszyscy biskupi i/lub przełożeni zakonni zajmują choćby takie stanowisko, że co prawda nie rozumiem co wy w tym widzicie, ale skoro są na to papiery z Rzymu, to trzeba je uznać, i jeśli tylko mogą ograniczają w swoich diecezjach czy domach zakonnych dostęp do starej liturgii. Piszę to nie dlatego, aby celebrować tradsowskie poczucie krzywdy, tylko żeby zarysować punkt odbicia do konstatacji dość prostego faktu. Znakomita większość tradycjonalistycznych „starych” są to ludzie, którzy nie mogą już pamiętać samej reformy i NOM jest dla nich – podobnie jak dla „nowych” z opisu Kożuchowskiego – rzeczywistością zastaną, w której wyrośli. Tym, co na wielu poziomach określa ich myślenie nie jest doświadczenie nieoczywistości zreformowanej liturgii, ale fakt, że w związku z jej wprowadzeniem liturgia wcześniejsza, wraz ze wszystkim co ze sobą niosła, stała się non grata, a ludzie, którzy chcieliby w niej trwać zaczęli być uważani za odmieńców, pariasów lub – jak to ujęto w indultowym skądinąd liście KKBIDS, Quattuor abhinc annos (1984) – problem, którego [niestety] „nie udało się całkowicie rozwiązać”. I ta sytuacja trwała – choć oczywiście w ramach pewnego spektrum zróżnicowania – od czasów samej reformy aż do ogłoszenia SP, a gdzieniegdzie trwa nadal, stanowiąc przez cały ten czas swojego rodzaju ukrytą ranę, wrzód, co do istnienia którego spora część Kościoła jest ciągle nieświadoma, zaś inna jego część usilnie stara się udawać, że go nie ma. To jego właśnie chciał zaleczyć (można powiedzieć: „przeciąć”) papież Benedykt pisząc w towarzyszącym motu proprio liście do biskupów: „To, co poprzednie pokolenia uważały za święte, świętym pozostaje i wielkim także dla nas, przez co nie może być nagle zabronione czy wręcz uważane za szkodliwe (…)”.

Te słowa ukazują gdzie tkwi sedno problemu z NOM, a pośrednio tłumaczą również nacisk kładziony przez „starych” tradycjonalistów na jego wadach oraz na okresie jego implantacji i związanych z nim (i nie tylko) ekscesach. Był (a gdzieniegdzie trwa) taki czas w najnowszych dziejach Kościoła, kiedy uznał on własny wielesetletni modus kultu – „źródło i szczyt” swojego istnienia – za ułomny a nawet błędny i szkodliwy. Dlatego wprowadzono „nowy model”, który w bardzo zauważalny sposób różnił się od poprzedniego, a różnice te pokazują jak szeroki jest zakres tego, co w starszej formie uznano za będące już passe albo wręcz wadliwe. Antagonizm pomiędzy zwolennikami obu form ma swoje źródło tak naprawdę w akcie negacji tradycyjnej formy kultu, jaki stanowiło wprowadzenie formy nowszej i administracyjne wyparcie tej pierwszej z życia Kościoła. Tradsowskie idee fixe, z całym związanym z nimi krytykanctwem, napastliwością, niekiedy niezdrowym pryncypializmem itd. można traktować jako całkiem adekwatne reakcje, odzwierciedlające głębię tego aktu. Sądzę, że to jest właściwy trop dla ich zrozumienia, co oczywiście nie jest argumentem, aby podchodzić do nich bezkrytycznie.

Jednakże krytyka przeciwstawiająca im „nowe” podejście jako nieobciążone nieistotnymi w gruncie rzeczy postawami, animozjami czy przywiązaniami, grzeszy naiwnością.Nie mamy tu bowiem do czynienia po prostu z przebrzmiałymi kłótniami, które „nowa” świadomość tradycjonalistyczna może już sobie darować. W sposób (chyba) nieświadomy pokazuje to sam Kożuchowski, kiedy pisze, że „dla ‘nowych’ wybór NFRR nie jest wynikiem rozstrzygnięcia sporu historycznego, a uznaniem w nim dobrej odpowiedzi na potrzeby duchowe współczesnego człowieka”. Nie widzi bowiem, że tym samym nie robi nic innego jak wchodzi w sam środek owego sporu i opowiada się po jednej z jego stron. Całkowicie bowiem fundamentalną i powtarzaną jak mantra w większości tekstów i dokumentów reformatorskich motywacją stworzenia i wprowadzenia nowej liturgii, mającą tłumaczyć rezygnację ze starszej jej formy jest to, że ta ostatnia nie pasuje już do mentalności „człowieka współczesnego” i że nie jest w stanie zaspokoić jego potrzeb. To właśnie nowy ryt, z jego niezwykle uproszczoną w stosunku do starego strukturą semiotyczną, językami narodowymi, participatio activa,akcentowaniem roli wspólnoty, demokratyzacją funkcji liturgicznych itp. miał być remedium na owo niedopasowanie, nieadekwatność tradycyjnej liturgii. Kożuchowski występuje więc tu nieświadomie i wbrew własnym intencjom, jako zdecydowany adwersarz idei reformatorskich i krytyk NOM. Jeżeli bowiem nie ma problemu z pogodzeniem „człowieka współczesnego” (abstrahuję tu od iluzorycznego charakteru tej kategorii) i przedsoborowej formy rytu rzymskiego, to reforma w tym kształcie i przebiegu jaki miała, była w najlepszym wypadku niepotrzebna, a w najgorszym stanowiła horrendalny błąd. Myślę, że na tej podstawie widać jasno, iż sprawa nie jest taka prosta, jak próbuje ją przedstawić autor omawianego tekstu. Fakt, że robi to w moim odczuciu z jakiejś nieświadomości jest z jednej strony podnoszący na duchu, oznacza bowiem, że obecnie NOM (zarówno jako taki, jak też w wymiarze dotyczącego go dyskursu) wytracił w dużej mierze swoje pierwotne negacyjne cechy, jest więc nadzieja na prawdziwą pax liturgica. Z drugiej jednak, wskazuje na takie zerwanie pamięci, które powoduje trywializację realnego problemu relacji obu form i implikowanych/warunkowanych przez nie modeli wiary i życia katolickiego.

Z ostatnią kwestią wiąże się to, o czym wspomniałem wyżej – pewne przedstawione przez Kożuchowskiego cechy czy tendencje „nowego” tradycyjnego katolicyzmu uważam za niepokojące. Widzę w nich trzy przenikające się wzajemnie problemy: subiektywizację, funkcjonalizację oraz estetyzację, które pochodzą w moim odczuciu z oderwania myślenia o obu formach od ich realnego – również tego „historycznego” – kontekstu.  Czytając porównanie „starych” i „nowych” podejść trudno oprzeć się wrażeniu, że wspólnym mianownikiem tych opisów jest przyjęte implicite założenie, że oba zbiory postaw mają tak naprawdę charakter subiektywnych preferencji duchowo-estetycznych. Budowany przez autora kontrast pomiędzy nimi leży w tym, że „starzy” nie wiadomo dlaczego walczą o pokazanie obiektywnej wyższości starszej formy oraz wad i nadużyć procesu reformatorskiego, podczas gdy „nowi” są już świadomi, że obu form nie można oceniać na tej płaszczyźnie, bo tak naprawdę wybór tej czy innej formy nie może mieć innego uzasadnienia jak to, które odwołuje się do prywatnych inklinacji. „Nowi” tradycjonaliści wybierają NFRR nie dlatego, że jest to właściwa, określona przez tradycję forma oddania czci Bogu, niosąca ze sobą całe uniwersum wiary katolickiej, ale dlatego, że z jakichś powodów (biograficznych, osobowościowych czy innych) ten modus kultu bardziej im odpowiada, jest – można by dodać: akurat dla tej danej osoby – „lepszą pomocą dla duchowego zaangażowania się w spotkanie z Chrystusem”. Poza tą sferą prywatną, albo raczej w ramach jej rozszerzenia, pojawiają się jedynie kryteria funkcjonalne: starsza liturgia „dobrze zaspokaja potrzeby” i „jest antidotum na bolączki czasów współczesnych”, jej piękno, ortodoksja, stabilność, teocentryzm itp. cechy są „dobrym lekarstwem dla ludzi”. Subiektywizacja i estetyzacja spotykają się tu z funkcjonalizmem. „Nowy” tradycjonalizm w ujęciu Kożuchowskiego, odcinający się od wojen o tradycyjny kształt kultu katolickiego, paradoksalnie przypomina trochę religię zaadaptowaną w świecie liberalnej demokracji, tzn. podlegającą procesom prywatyzacji, racjonalizacji i swojego rodzaju urynkowienia. Jego sens rozgrywa się w nie roszczącym sobie specjalnie zewnętrznych pretensji świecie indywidualnych świadomości i dobieranych pod nie z rezerwuaru dostępnych duchowości praktyk.

Na pewnym poziomie rozumiem podejście autora omawianego tekstu. Przywoływany przez niego nasz własny kontekst historyczny, w którym to liturgia zreformowana wyznacza statystyczną normę, a jednocześnie – przynajmniej w niektórych miejscach – istnieje relatywnie bezproblemowy dostęp do formy starszej, sprzyja pewnej normalizacji i pojawieniu się myśli, że dawna liturgia świetnie się sprawdzi jako pewna opcja w katalogu obecnych we współczesnym Kościele duchowości, obok oazowej, charyzmatycznej, neokatechumenalnej itd. (Abstrahuję tu od faktu, że jeśliby trochę poszperać, może się okazać, że w obrębie każdej z nich pojawiają się tendencje, aby uznać się za co najmniej uprzywilejowaną.) Skoro na ten moment nic nie wskazuje, aby tradycjonalizm kiedykolwiek stał się czymś więcej niż niewielką niszą dla promila wiernych, dlaczego nie darować sobie wytykania słabości NOM, krytyki bugninizmu i tropienia przysłowiowych już clownów za ołtarzem i po prostu nie „czuć się dobrze w roli (…) stabilnej mniejszości wśród wielu form pobożnościowych uznanych przez Kościół”? Otóż moim zdaniem traci się wówczas z oczu fakt, że dawna liturgia jest po prostu liturgią katolicką, kultem Kościoła. Nie wyraża żadnej partykularnej duchowości, nie jest przepuszczona przez filtr upodobań czy teorii fundatorów danego nurtu czy ruchu, jak to jest np. w przypadku neokatechumenatu. Traci się również z oczu to, że pytanie o właściwy modus kultu jest pytaniem nie o prywatne preferencje, a o samą istotę Kościoła. Moim zdaniem w obecnej sytuacji liturgicznej nic nas nie uprawnia do tego, abyśmy przestali je sobie zadawać. Nie twierdzę, że należy to robić w ten sam sposób, jak robili to „starzy” z opisu Kożuchowskiego, choć tak naprawdę konieczność modyfikacji widziałbym raczej w wygaszaniu bezproduktywnego krytykanctwa, zjadliwości i “świętego oburzenia” oraz szukaniu lepszych narzędzi opisu meritum sprawy, a nie w rezygnacji z krytyki reformy i “apostolatu” na rzecz NFRR. Natomiast jestem pewien, że odcięcie się od tego pytania na sposób, jaki mają prezentować „nowi”, nie jest właściwą drogą.

Tomasz Dekert


Tomasz Dekert

(1979), mąż, ojciec, z wykształcenia religioznawca, z zawodu wykładowca, członek redakcji "Christianitas", współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij