Polemiki
2018.08.22 10:50

Jeszcze raz w sprawie kary śmierci i papiestwa. W odpowiedzi Maciejowi Tryburcemu

Tekst Macieja Tryburcego Franciszek i pokrzywy, w którym krytycznie odniósł się on do publikowanych na “Christianitas” komentarzy na temat korekty Katechizmu Kościoła Katolickiego w punkcie 2267, wydaje mi się dobrym pretekstem do przedstawienia jeszcze raz zasadniczych opinii jakie pojawiły się szczególnie w moich felietonach (O postępach turbopapiestwa, Zbliża się czas reformy Kościoła) czy tekście Filipa Łajszczaka (Ukryty sens pontyfikatu Franciszka).

I.

Maciej Tryburcy w początkowej części swojej polemiki sugeruje, że “konserwatywni publicyści” w sytuacji korekty w sprawie kary śmierci sami wpakowali się w pokrzywy. Jak rozumiem autor ma na myśli to, że z historią tej kary wiąże się wiele przeszłych niesprawiedliwości i wobec tego nie ma zupełnie powodu by Kościół dalej tę karę tolerował. Co więcej coraz powszechniejszy na świecie abolicjonizm w tej sprawie działa na korzyść samych chrześcijan bo inaczej “sami byśmy pierwsi poszli na stryczek”.

 

Trudno mi wypowiadać się w sprawie wypowiedzi “konserwatywnych publicystów”, dla których - przynajmniej części z nich - kara śmierci jest rzeczywiście sprawą ich serc. Ze swojej strony daleki jestem od gorącego wspierania upowszechnienia tej kary, co więcej utożsamiam swoją opinię ze zdaniem redakcyjnego kolegi Piotra Chrzanowskiego, który w swoim tekście Odkupienie win a groźba egzekucji pisał: “Zgadzam się z prudencjalnym osądem św. Jana Pawła II, zawartym w encyklice Evangelium vitae i w dotychczasowym tekście wspomnianego punktu Katechizmu, mówiącym że dziś przypadki konieczności stosowania kary głównej występują bardzo rzadko lub być może nie zdarzają się wcale.”

 

Jednak sposób w jaki Papież Franciszek zmodyfikował KKK, także w perspektywie innych jego decyzji, narusza coś znacznie bardziej zasadniczego, czyli prostą zasadę, że wiara katolicka opiera się na Piśmie, Tradycji, które karę śmierci w określonych przypadkach uznają za zasadną. Tymczasem jeśli by miało się okazać, że argumenty Tryburcego przeciw karze śmierci są argumentami Papieża Franciszka to znaczy, że ponad Pismo Święte i Tradycję - dwa źródła Objawienia - po prostu stawia się pragmatyzm. Ot, kara śmierci jest nam nie na rękę, znieśmy ją. I rzeczywiście sąd roztropnościowy może skłaniać nas dziś to ograniczania stosowania kary śmierci w imię ograniczania “użyć nieuzasadnionych”, jak mówił Jan Paweł II. Jaki jednak sąd miałby skłonić nas do stwierdzenia, że w żadnej absolutnie sytuacji kara śmierci nie ma racji bytu? Jakie słowo będziemy mieli przeciwko słowom św. Dyzmy?

II.

Dalej Maciej Tryburcy pisze, że “z perspektywy mojej wiejskiej parafii urząd papieski nie wywołuje ‘niezdrowych emocji’, a sprawa kary śmierci nie budzi sporów, ani podziałów. Zwykli katolicy rozumieją, że nie można w nieskończoność podtrzymywać kontraktu, który druga strona już od dawna wykorzystuje na naszą niekorzyść. Ruch Franciszka nie świadczy zatem o ‘nieuporządkowaniu urzędu papieskiego’, ale o trzeźwej ocenie sytuacji.” Czy mamy zatem uważać, że Papież Franciszek kwestie doktrynalne rozstrzyga tylko na podstawie aktualnego politycznego sądu (“podtrzymywanie kontraktu”)? Gdyby tak było to należałoby zapytać jaki polityczny sąd stoi za dopuszczeniem do Komunii chrześcijan rozwiedzionych chrześcijan żyjących w grzechu cudzołóstwa?

Jeśli diagnoza Tryburcego dotycząca motywacji Papieża jest trafna tylko potwierdza ona niepokoje licznych katolików różnych stanów i rozmaitej formacji dotyczące trwającego pontyfikatu. Nie wydaje się też by stany emocjonalne na mazowieckiej wsi były idealnym miernikiem sytuacji w Kościele. Zapewne w przeszłości i wsie ariańskie, i protestanckie (nie sugeruję tego Franciszkowi o czym już też pisałem w poprzednich tekstach) żyły w spokoju. Ile zaś wsi np. francuskich doświadczyło traumy czyszczenia ich kościołów z “przedsoborowia”. Trudno sprowadzać ocenę sytuacji Kościoła do samopoczucia lokalnych wspólnot parafialnych.

III.

Koniecznie trzeba się także odnieść do twierdzenia, “że obecny pontyfikat jest rezultatem wyborów dokonywanych przez poprzednich papieży. Bez ich akceptacji Jorge Mario Bergoglio mógłby być co najwyżej proboszczem w jakiejś argentyńskiej parafii. Dlatego epoka “super-papieży”, jak ich nazywa Rowiński, to nie wypadek przy pracy, ale efekt realizacji planu rozciągniętego na dziesięciolecia”.

Zacznijmy od tego, że Papież Bergoglio jest rezultatem pontyfikatu św. Jana Pawła II a nic nie zawdzięcza Benedyktowi XVI, a tym bardziej wcześniejszym Papieżom. Wszystko odbyło się w ciągu dziewięciu lat pomiędzy rokiem 1992 a rokiem 2001. W 1992 ks. Bergoglio SJ został biskupem pomocniczym, w 1998 arcybiskupem, a w 2001 kardynałem. Oczywiście można mówić o pewnego rodzaju dziedzictwie stylu, który był coraz bardziej rozwijany przez Papieży. Trzeba jednak zapytać czy każdy proces w Kościele zawsze był dobry, czy nie było nigdy w Kościele procesów, które okazywały się pułapką? Do tego trzeba brać pod uwagę, że głosy krytyki rozwoju nowoczesnego stylu papieskiego pojawiają się od dawna i niosą ze sobą bardzo różne argumenty - od ekumenicznych, czyli dotyczących jedności wszystkich chrześcijan, aż po te które wynikają z dokładnej lektury konstytucji Soboru Watykańskiego I Pastor Aeternus, czy po prostu znajomości dziejów papiestwa i jego teologii.

Jako krytyczną próbę korekty nowoczesnych tendencji trzeba zatem traktować pontyfikat Benedykta XVI, który był krytykowany np. za to, że nie przywrócił mocą swojej władzy Mszy trydenckiej w każdej parafii i każdym seminarium. Kościół poddany coraz większej woli mocy kolejnych Papieży może być skazany na nieustanną szamotaninę pomiędzy ideami, które uznają oni za najważniejsze - nieraz pewnie niezależnie od tego co w danych sprawach mówi nauka katolicka. Czym to się będzie różnić od szarpaniny doktrynalnej choćby protestantyzmu? Papież Benedykt XVI zaś zaczął swój pontyfikat słowami, którymi jasno określił, że nie przyszedł na ten urząd by realizować swoje idee. I była w tym twierdzeniu głęboka prawda, którą przecież traktowano w duchu pewnego rozczarowania.  

IV.

Chciałbym zakończyć cytatem z pochodzacegfo z 2004 r. listu kard. Ratzingera do biskupów amerykańskich, która dobrze oddaje katolickiego i nieautorytarnego ducha dotychczasowego nauczania Kościoła, ducha, którego brakuje w decyzji Papieża Franciszka:

Podczas gdy Kościół zachęca władze cywilne do szukania pokoju, nie do wojny, a także do zachowania dyskrecji i miłosierdzia w nakładaniu kar na przestępców, nadal może być dozwolone posiadanie broni, aby odeprzeć agresora lub uciekanie się do kary śmierci. Może istnieć uzasadniona różnorodność opinii nawet wśród katolików na temat prowadzenia wojny i stosowania kary śmierci, ale nie w odniesieniu do aborcji i eutanazji.

Czy kardynał Ratzinger na rok przed swoim wyborem żyrował jakiś szczególny “sojusz tronu z ołtarzem” i przyznawał “rządzącym państwami nadzwyczajne uprawnienie” jak zdwałby się sądzić mój polemista? Czy usprawiedliwiał ludobójstwa totalitaryzmów XX wieku i rzezie nieskończonej ilości konfliktów konfliktów etnicznych i religijnych? Czy niegodziwe wykorzystywanie każdego narzędzia realizacji sprawiedliwości powinno się skończyć jego całkowitą eliminacją co do zasady z życia społecznego?

Tomasz Rowiński

Warto przeczytać także:

O postępach turbopapiestwa - Tomasz Rowiński

Ukryty sens pontyfikatu Papieża Franciszka - Filip Łajszczak

A czy Ty hejowałeś już dziś Papieża Franciszka - Maciej Tryburcy

Franciszek w Poroninie - Michał Barcikowski

Jarmark światowości - Michał Barcikowski


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; ostatnio wydał "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa". Mieszka w Piastowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij