Felietony
2019.04.05 13:36

Innowacyjność nie zatrzyma upadku kultury

Kilka dni temu zaintrygował mnie tytuł opublikowany na portalu forsal.pl. Brzmiał on tak: Polska szkoła zabija myślenie. Winny jest system i podstawa programowa. Okazało, po zajrzeniu do tekstu, że w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii we współpracy z Ministerstwem Edukacji powstał raport zatytułowany Szkoła dla innowatora. W Dzienniku Gazecie Prawnej z kolei przeczytałem na temat tego samego raportu, że zdaniem autorów dziewiętnastowieczny model szkoły funkcjonujący dziś w Polsce całkowicie się zdezaktualizował.

To mnie zaintrygowało jeszcze bardziej, ponieważ trzeba mieć sporą wyobraźnię i innowacyjność właśnie, żeby dostrzec podobieństwa, nie mówiąc już o realnych związkach, pomiędzy współczesną polską szkołą, a dziewiętnastowiecznym systemem edukacji. Można by się pytać, jaki dziewiętnastowieczny model szkoły miał na myśli dziennikarz tej gazety, czy może myślał o szkole pruskiej, czy o szkolnictwie angielskim opartym na ustawie Forstera? Wydaje się jednak że odpowiedź na to pytanie nie ma sensu, prawdopodobnie ów autor postanowił napisać o XIX wieku jako o symbolu mrocznej przeszłości, w której panowała, czy też panować musiała, ciemnota i zacofanie. Dotychczas w polskiej publicystyce głównego nurtu rolę tę pełniło wprawdzie średniowiecze, ale cóż, czasy się zmieniają, a moi koledzy dziennikarze też bywają innowacyjni.  

W rzeczywistości pruskie gimnazjum klasyczne, które zaprojektowane zostało w XIX wieku, było wbrew pozorom pewną próbą odrodzenia, wprawdzie mocno zmodernizowanej, ale jednak edukacji klasycznej, opartej na nauce łaciny, greki i kultury antycznej. Koncepcja ta wyrosła z tak zwanego neohumanizmu i nawiązywała do renesansu jako rozpoczętego kiedyś, a rzekomo niedokończonego procesu. Ośmioletnie gimnazjum klasyczne, po pewnych kosmetycznych zmianach, zostało zaadoptowane przez odradzającą się Rzeczpospolitą i do reformy jędrzejowiczowskiej stanowiło podstawę wykształcenia średniego w Polsce. O tym, że było to wykształcenie rzeczywiście znakomite (przynajmniej w zestawieniu ze współczesnym) świadczyć może poziom jego wychowanków, takich jak Karol Wojtyła, a z nim całe “pokolenie kolumbów”, które zdawało maturę jeszcze przed wojną. Reforma Jędrzejewicza wprowadziła do tego schematu bardzo daleko idące zmiany,  nie będę rozwijał tego tematu, jest on niezmiernie ciekawy i nadaje się na osobny artykuł, to jedynie dygresja do dość zabawnego zestawiania współczesnej szkoły z XIX-tym wiekiem.

Wróćmy więc do wspomnianego raportu. Ekspertyza przygotowana została na zlecenie ówczesnego Ministerstwa Rozwoju, a obecnie przedstawiony on został przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wraz z Ministerstwem Edukacji.

Ekspertyza została wykonana przez dwa zespoły: Scientia Vis oraz Oxford Research. Kierownikiem projektu był dr hab. Jan Fazlagić, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Punkt wyjścia tego raportu dobrze określa pierwsze zdanie wprowadzenia: “Europa potrzebuję więcej przedsiębiorczości i więcej innowacji”. Dalej dowiadujemy się, że XXI wiek wymaga czegoś więcej niż tylko rozwijania umiejętności językowych i matematycznych uczniów. Znajdujemy zestawienie czegoś, co nazwano kompetencjami proinnowacyjnymi.

Przyznać trzeba, że jest tam wiele sformułowań, które budzą pewną nadzieję. Otóż w raporcie napisano między innymi: “model edukacji, w którym wprowadzono standaryzowane testy, sprawdzające pewne kompetencje uczniów, jest jedną z głównych przeszkód rozwoju kompetencji proinnowacyjnych, nie tylko w Polsce, ale też w innych krajach promujących ten rodzaj oceniania”.

Z jednej strony chciałoby temu przyklasnąć i powiedzieć, że ktoś wreszcie to zauważył i nazwał po imieniu. Z drugiej jednak trzeba pamiętać, że cały ten raport powstał z jednego tylko punktu widzenia - innowacyjności właśnie. Ale krytyka testów, jest tu mocna i słuszna, dalej czytamy: “egzamin testowy zdawany przez ucznia, to bardzo nienaturalna sytuacja, która nie odzwierciedla realnego zachowania i zdolności do radzenia sobie przez ucznia z problemami”. Trzeba jednak pamiętać, że krytyka ta jest prowadzona z punktu widzenia utylitarystycznego, czyli przydatności absolwentów o wysokiej kreatywności.

Tu właśnie zdaje się tkwić sedno problemu. Innowacyjność i kreatywność to słowa klucze, których dokładnej definicji podać nie sposób. Spróbujmy jednak przyjrzeć się ich podstawowemu znaczeniu.

Innowacja słownikowo pochodzi od łacińskiego innovatio czyli odnowienie. Oznacza zrobienie czegoś inaczej, w sposób, jakiego jeszcze nie było. Takie znaczenie przypisują temu terminowi współcześni teoretycy zarządzania. Na przykład dla Petera F. Druckera „innowacja jest szczególnym narzędziem przedsiębiorców, za pomocą którego ze zmiany czynią oni okazję do podjęcia nowej działalności gospodarczej lub świadczenia nowych usług” (Innowacja i przedsiębiorczość. Praktyka i zasady, Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1992). W opinii tego teoretyka przedsiębiorczości „innowacja nie musi być techniczna, nie musi być nawet czymś materialnym” (tamże, podkreślenia moje - MJ).

To określenie i teza, jeśli dokładnie je przeczytamy, są tak naprawdę zadziwiające. Przedsiębiorca przecież prowadzi działalność na rynku i odnosi sukces, gdy sprzedaje określone dobra. Czytając przytoczone przed chwilą zdania można się zastanawiać co kupuje klient. Czy kupuje określone dobro, które jest mu potrzebne, czy kupuje zmianę? Odpowiedź dla Druckera, jak się zdaje, nie byłaby wcale taka oczywista. Jednakże pozostańmy przy tym, że jednak skoro człowiek czegoś potrzebuje, to zawsze jawi mu się to jako pewne dobro. Tak to zresztą trafnie sformułował Arystoteles, że dobro to cel wszelkiego dążenia. To więc czego człowiek potrzebuje, to wytwarza i z całej tej koncepcji wyłania się pewne rozumienie człowieka, charakterystyczne dla wszelkiego utylitaryzmu, ale przecież znane od niepamiętnych czasów: ujęcie człowieka, jego definicji i jego natury poprzez jego wytwory. Te wytwory mają być jego charakterystyką, w której sam człowiek może się odnaleźć. W nich ma zobaczyć kim jest i odkryć swoje możliwości. Wcale zresztą nie chodzi tylko o płytki praktyczny materializm. Człowiek przecież tworzy takie dobra jak dzieła literatury. Istnieje więc pokusa, czy wręcz cała teoria na niej zbudowana, by rozumieć człowieka przez pryzmat jego działań i ich rezultatów. W ten sposób rozumują na przykład niektórzy historycy. Znamy określenia: człowiek epoki kamienia, brązu, żelaza, pary wodnej, wreszcie człowiek epoki komputerów i wirtualnej rzeczywistości. Homo faber - człowiek jako wynalazca, rzemieślnik, twórca narzędzi. To już mój wniosek - w samym tekście ekspertyzy go nie znajdziemy.     

Znajdziemy tam jednakże bardzo wiele podobnych odniesień. Na przykład mówi się o „kształtowaniu u uczniów akceptacji dla innowacyjności i przedsiębiorczości, jako naturalnej aktywności człowieka”. Ciekawy jest tutaj kontekst i występowanie słowa „naturalna”. Co znaczy „natura” w rozumieniu klasycznym i tutaj?

W rozumieniu filozofii klasycznej przecież naturę człowieka pojmuje się inaczej i zdecydowanie głębiej. Ujmuje się, że człowiek jest bytem rozumnym i używa rozumu, jest zdolny do poznawania prawdy o sobie i na świecie. Ma tę zdolność jako jedyny z bytów widzialnych i jako taki jest “homo sapiens”.

Wciąż jeszcze odczuwamy skutki błędów ekonomicznych, wprowadzonych przez marksizm, doprowadzających do nędzy pojedynczych ludzi, jak i całe rodziny czy społeczeństwa. Mało kto jednak chce pamiętać, że błędy te wynikały właśnie z nietrafnej koncepcji człowieka.

Dlatego cały ten raport jest finalnie ogromnie niepokojący. Widzimy jak edukacja i system szkolny przeprowadza nas z jednej utopii, z jednej ideologii w drugą. Homo sovieticus ma być zastąpiony przez homo faber lub w najlepszym razie homo oeconomicus.  

Mówi się o naturalnym działaniu człowieka (i to nawet w kontekście testów, że ich rozwiązywanie nie jest aktywnością naturalną). Zapomina się natomiast, że człowiek jest bytem społecznym, urodzonym w rodzinie, w narodzie, że dobrze zorganizowane państwo powinno istnieć dla człowieka, dla dobra wspólnego.

Absolutyzowanie niektórych aspektów człowieczeństwa jest błędem typu pars pro toto. Powtarza on się niestety u tych myślicieli, którzy jedynie uzasadniają ideologie. W rozumieniu klasycznym naturą człowieka jest działanie rozumne. Nową naturą jest myślenie innowacyjne. Może trywializując trochę należałoby powiedzieć, że myśl ludzka zatoczyła koło i po wielkiej przygodzie z Platonem, Arystotelesem, Tomaszem z Akwinu i całym szeregiem myślicieli nowożytnych wróciła do... Heraklita, u którego „wszystko płynie”. Nieustająca innowacja.

Niestety w raporcie powielono także wiele mitów tak zwanej nowoczesności. Wyliczono bowiem negatywne tendencje, które mają hamować innowacyjność i kreatywność. A contrario możemy stąd się dowiedzieć, że dla kreatywności konieczna jest spontaniczność, a dyscyplina ją zabija. Samodzielność jest przedstawiona jako cnota nad cnotami a odrzucenie schematów i znanych rozwiązań z przeszłości jawi się jako nowa docta ingnorantia. Dowiadujemy się też o wyższości kreatywności nad inteligencją. To oczywiście prawda, że osoby najinteligentniejsze nie są tymi, które odnoszą największe sukcesy, ale obawiam się, że autorzy raportu wyciągają z tego wnioski uproszczone, a ci którzy będą je przerabiać na szkolenia dla nauczycieli, zwulgaryzują to wnioskowanie jeszcze bardziej.

Trzeba się chyba jeszcze raz po lekturze “Szkoły dla innowatora” zastanowić, co jest celem kształcenia. Czy jest nim “wyprodukowanie” kompetentnych pracowników dla przedsiębiorczości, czy jest nim po prostu dobro człowieka kształconego i usprawnienie w nim tych potencjalnych umiejętności, które wynikają z bycia osobą, z istnienia jako bytu rozumnego?

Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że przecież ostatecznie wszystko to przyniesie i tak dobro człowiekowi, bo rozwój przemysłu, rozwój gospodarki będzie z korzyścią dla całego społeczeństwa. Trzeba by tu pewnie odpowiedzieć że to jednak ekonomizowanie człowieka, bardzo jednowymiarowe spojrzenie. Zamiast tego przytoczę jednak argument bardziej praktyczny. Kilka razu w życiu zawodowym widziałem już sytuacje, w których bardzo poważne wdrożenia o włos by się załamały, bo świetni fachowcy, naprawdę wybitni i kreatywni, nie potrafili się porozumieć, przekazać sobie, czego tak naprawdę wzajemnie od siebie potrzebują i oczekują. Brakuje umiejętności poprawnego posługiwania się językiem ojczystym, nie mówiąc już o języku obcym, poprawnego formułowania myśli w taki sposób by można było przekonać współpracownika lub choćby tylko poprawnie określić cele i metody działania.

Nieprzypadkowo kształcenie klasyczne zaczynało się od kultury języka. Upadek języka ojczystego, nieumiejętność jego poprawnego użycia, nawet wśród elit jest porażająca. A cóż dopiero mówić o rozpoznawaniu, co jest dla człowieka dobrem, nie mówiąc już o tym, by umieć odróżnić dobro użyteczne, godziwe i przyjemne. Stąd też, z braku edukacji - językowej, filozoficznej, logicznej, na elementarnym poziomie - bierze się głęboki upadek kultury.

Czekałbym więc na raport, który to zauważy i zaproponuje terapię.

Takie tezy, które wyciągam na marginesie wspomnianego raportu nie są “politycznie poprawne”. Ale przecież autorzy raportu piszą, że kreatywność i innowacyjność polega na tym, by nie przesądzać z góry o poprawności jakiegoś rozwiązania. Nieprawdaż?    

Michał Jędryka

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas

-----


Michał Jędryka

(1965), z wykształcenia fizyk. Był nauczycielem, dziennikarzem radiowym i publicystą niezależnym. Jest ojcem czwórki dzieci. Mieszka w Bydgoszczy.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij