Felietony
2018.11.06 14:07

Czy naprawdę liczy się tylko to, co powiedział Jezus, czyli rudymentarnie o Piśmie i Tradycji

Nie od dziś daje się zauważyć wśród katolików w Polsce (a zapewne nie tylko u nich) tendencje, które silnie kojarzą się z protestancką zasadą sola scriptura („tylko Pismo”). Polegają one na traktowaniu Pisma św. jako jedynego źródła, do którego należy sięgać w kwestiach wiary oraz moralności, a także na przeciwstawianiu go „ludzkim” autorytetom świętych, papieży, soborów itd. Zdaniem w ten sposób biblijnie „oświeconych” katolików, nie ma sensu sięgać do tych refleksji i rozstrzygnięć, ponieważ liczy się tylko to, co jest zapisane w Biblii, a przede wszystkim – w najbardziej rozpowszechnionej bieda-postaci tej teorii – tylko „to, co powiedział Jezus”. Natomiast kościelna Tradycja w najlepszym razie jest niepotrzebna a w najgorszym szkodliwa, ponieważ tylko zaciemnia lub nawet wypacza przekaz biblijny. Robi się z tego dość proste przeciwstawienie Pisma i Tradycji w kluczu przeciwstawienia tego, co Boskie i tego, co ludzkie. Chciałbym tutaj, pokazać (nie wchodząc specjalnie głęboko, raczej w oparciu o pewne zdroworozsądkowe spostrzeżenia), że to podejście zwyczajnie nie ma sensu. Są to absolutne rudymenta, które jednak najwyraźniej wymagają przypomnienia.

Zasadnicza sprawa to fakt, iż rozróżnienie pomiędzy boskim Pismem i ludzką Tradycją jest zwyczajnie błędne. Odnośnie tego, „co mówił Jezus” jest oczywiste, że gdyby nie ludzie, którzy spisali Ewangelie, a potem całe pokolenia tych, którzy je dalej przekazywali, interpretowali i uczyli rozumieć (a więc uczestniczyli w łańcuchu przekazu, traditio) nie mielibyśmy dzisiaj pojęcia o tym, co On powiedział. Nie bylibyśmy w stanie nawet sformułować tezy, że „ważne jest to, co powiedział Jezus". W tym kontekście ona jest po prostu nieprawdziwa. Pismo samo jest częścią Tradycji, czyli tego, co mówi Kościół; powstało w jej obrębie i tylko w niej znajduje swój właściwy sens. Natchnienie rozumiane jako bezpośrednia relacja pomiędzy Duchem Świętym a indywidualnym aparatem poznawczo-twórczym danego autora biblijnego (a więc trochę jakby w modelu koranicznym, gdzie anioł Gabriel przekazuje treść objawienia wprost do umysłu Mahometa), zupełnie bez udziału uprzedniego przekazu ustnego bądź pisanego wewnątrz wspólnoty wierzących jest sprzeczne z tym, co wiemy na temat procesów powstawania tekstów biblijnych.

Zasada sola scriptura miałaby sens tylko wówczas, gdyby Pismo spadło sobie pewnego dnia z nieba, w gotowej formie i składzie. Idąc tym tokiem rozumowania musielibyśmy przyjąć, że przez pierwsze dwadzieścia lat po śmierci i zmartwychwstaniu Pana Jezusa, chrześcijanie wierzyli i postępowali z zupełnym pominięciem tego, co płynie z wiary w Chrystusa, bo nie mieli jeszcze Nowego Testamentu. Pierwsze jego teksty, tj. listy Pawłowe, powstają w pierwszej połowie lat 50. I wieku. A przecież od ich spisania aż do uznania za pełny zbiór tekstów natchnionych była jeszcze długa droga. A bez tego uznania przez Kościół (!) nie mielibyśmy (także my, dzisiaj) Pisma Świętego. A więc wrócę do mojego wcześniejszego argumentu, podchodząc tylko do tematu od innej strony: to, że można dzisiaj formułować tezę, że Pismo jest jedynym autorytetem jest możliwe wyłącznie dlatego, że w ciągu pierwszych czterech wieków swojej historii Kościół doszedł do tego, że pewne teksty cieszące się autorytetem pochodzenia od apostołów albo ich współpracowników (jak Łukasz czy Marek), tworzą, razem z pismami żydowskimi rozumianymi jako Stare Przymierze, zbiór pism natchnionych. Nie chodzi oczywiście o to, że teksty biblijne stały się natchnione dopiero wówczas, kiedy Kościół je za takie uznał. Chodzi o to, że my dzisiaj Pismo Święte w ogóle możemy czytać dlatego, że ten zbiór tekstów rozumianych jako natchnione, w określonej formie, od poprzednich pokoleń dostaliśmy. A dostaliśmy nie dlatego, że spadły komuś z nieba na głowę, tylko dlatego, że były przekazywane od wspólnoty do wspólnoty, że czytali je, cytowali i komentowali Ojcowie Kościoła; że były odczytywane i śpiewane w czasie liturgii, że odróżniano je od wielu innych tekstów, które również funkcjonowały w obiegu chrześcijańskim, że takie a nie inne składy tekstów (kanony) przyjęły synody i sobory (w starożytności: Rzym w 382 r., Kartagina w 397 r., Laodycea, koniec IV w.; w nowożytności na Soborze we Florencji w 1442 r. i na Soborze Trydenckim w 1546 r.). Innymi słowy, natchnienie Pisma zakłada działanie Ducha Świętego w Kościele, który to natchnienie rozpoznaje i potwierdza. Inaczej temat nie ma sensu, i nie jest to kwestia takiej czy innej opinii.

Pismo jest już, jeśli chodzi o jego zawartość, zamknięte. Skąd o tym wiemy? Od Kościoła, oczywiście. Układ ksiąg, tak samo jak tekst, nie spadł z nieba, ale ustalił się na zasadzie tradycji. W końcu sam Kościół dokonał oficjalnego zamknięcia kanonu po tym jak Luter i inni reformatorzy, odrzuciwszy tradycję sięgającą czasów apostolskich, zgodnie z którą jeśli chodzi o Stary Testament opierano się na kanonie aleksandryjskim (Septuagincie, gdyż to ta przede wszystkim wersja jest cytowana w tekstach nowotestamentalnych), za obowiązujący uznali kanon hebrajski. Swoją drogą dość szczególne pojęcie o "niezmienności" Pisma musieli mieć ci reformatorzy, skoro pozwolili sobie na podstawie własnych decyzji i w oparciu o ówcześnie funkcjonujące teorie wyrzucić z kanonu teksty od prawie 1,5 tysiąclecia uznawane w całym chrześcijaństwie za natchnione. Wszyscy protestanci są spadkobiercami tych decyzji - może dlatego aktualnie spora część z nich w kwestiach moralności (np. rozumienia grzeszności homoseksualizmu) jawnie odchodzi od tego, co jasno i wyraźnie mówi na ten temat Pismo.

Zamknięcie spisanej części objawienia aż do czasów prereformacyjnych (Wycliffe'a i Husa) nigdy nie było w Kościele rozumiane w kategoriach jego wyłączności, ale zawsze w nurcie Tradycji i jako jej centralna część. Można powiedzieć, że Tradycja jest ciągłym i żywym komentarzem do Pisma, z tym że ów komentarz zaczyna się już w samym Piśmie - wystarczy wskazać na proroctwa, które przywołują Ewangelie. W ogóle w porządku objawienia najistotniejsze jest to, że jego pełnią nie jest tekst a Osoba - Jezus Chrystus, nasz Pan. Stare Przymierze (Prawo i Prorocy) nie zapowiadało tekstu Nowego Testamentu, lecz Nowe Przymierze w osobie wcielonego Boga. Nowy Testament to nie objawienie typu Koranu, ale zapis przekazu Kościoła na temat życia, słów, śmierci i zmartwychwstania wcielonego Słowa oraz ich przedłużenia w życiu Kościoła. W tym sensie nie ma sprzeczności pomiędzy Pismem a komentarzem, powstającym w Kościele, w którym – jako w Ciele Chrystusa – działa Duch Święty.

Tomasz Dekert

 


Tomasz Dekert

(1979), mąż, ojciec, z wykształcenia religioznawca, z zawodu wykładowca, członek redakcji "Christianitas", współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij