Recenzje
2019.09.20 18:52

Zasady organicznego rozwoju

Przez ostatnie dziesięciolecia zagadnienie właściwego sposobu celebrowania liturgii w coraz większym stopniu stawało się jednym z punktów, wokół których koncentrowały się spory związane z Drugim Soborem Watykańskim – z jego oceną i recepcją w życiu Kościoła.

Istnieją nieprzejednani zwolennicy reformy, dla których fakt, że celebracja Eucharystii według ostatniego wydania Mszału sprzed Soboru – czyli z roku 1962 – została pod pewnymi warunkami ponownie dozwolona, jest nieznośną kompromitacją. Oczywiście liturgię uważa się zarazem za semper reformanda, tak iż ostatecznie „liturgią zgromadzenia [wiernych]” jest cokolwiek, w czym bierze ono udział, w czym się ono wyraża. Protestanckie „Kompendium liturgiczne” (red. C. Grethlein, Ruddat, 2003) przedstawiło ostatnio kult [liturgiczny] jako „projekt reformy” (ss. 13-41), tym samym wyrażając sposób myślenia wielu liturgistów katolickich.

Z drugiej strony istnieją zgorzkniali krytycy reformy liturgicznej – nie tylko jej praktycznego wdrożenia, ale również jej soborowej podstawy. Upatrują oni ratunku jedynie w całkowitym odrzuceniu reformy.

Między tymi dwoma grupami, między radykalnymi reformatorami a ich radykalnymi oponentami, giną często głosy tych, którzy uważają liturgię za coś żywego, a zatem wzrastającego i odnawiającego się zarówno pod względem recepcji, jak też ostatecznej formy. Jednak ci ostatni, wychodząc od tego właśnie argumentu, obstają przy twierdzeniu, że wzrost jest niemożliwy o ile nie jest zachowana tożsamość liturgii. Następnie podkreślają, że właściwy rozwój jest możliwy tylko wtedy, gdy zwraca się pilną uwagę na wewnętrzną strukturalną logikę tego „organizmu”: tak jak ogrodnik dbający o żywą roślinę w miarę jej rozwoju zwraca uwagę na moc wzrostu i życia wewnątrz tej rośliny oraz na reguły, którym ona podlega, tak też i Kościół powinien w ciągu wieków otaczać liturgię pełną szacunku opieką, rozróżniając działania pomocne i leczące od działań gwałtownych i niszczycielskich.

Jeśli tak wygląda stan rzeczy, to musimy ustalić wewnętrzną strukturę rytu oraz reguły, którymi rządzi się jego życie, tak aby odnaleźć właściwy sposób zachowania, wzmocnienia i odnowienia jego siły życiowej w zmieniających się czasach.

Książka dom Alcuina Reida sytuuje się właśnie w tym nurcie myśli. Przebiegając przez historię rytu rzymskiego (mszy i brewiarza), od jego początków do przedednia Drugiego Soboru Watykańskiego II, stara się ustalić zasady liturgicznego rozwoju, a przez to wywieść   z historii – z jej upadków i wzlotów – standardy, na których musi się opierać każda reforma. Książka jest podzielona na trzy części. Pierwsza, bardzo krótka, bada historię reformy rytu rzymskiego od jego początków do końca XIX wieku. Część druga poświęcona jest Ruchowi Liturgicznemu do roku 1948. Trzecia, najdłuższa część, dotyczy reformy liturgicznej za pontyfikatu Piusa XII, aż do przedednia Drugiego Soboru Watykańskiego. Ta część jest najbardziej użyteczna, ponieważ w znacznej mierze zapomniano już tę szczególną fazę reformy liturgicznej. A przecież w tym okresie – podobnie jak w historii Ruchu Liturgicznego – dostrzegamy odbicie wszystkich kwestii dotyczących właściwego przeprowadzenia reformy, dlatego też możemy wywieść z tego kryteria naszych osądów. Autor podjął mądrą decyzję zatrzymując się na progu Drugiego Soboru Watykańskiego. Dzięki temu unika wchodzenia w kontrowersje związane z interpretacją i recepcją Soboru, a jednak mimo to może ukazać jego miejsce w historii oraz interakcję różnorakich tendencji, w oparciu o które trzeba formułować pytania o standardy reformy.

Pod koniec książki autor wylicza niektóre zasady właściwej reformy. Musi być ona otwarta na rozwój i uwzględniać ciągłość Tradycji – we właściwej równowadze. Cechuje ją świadomość obiektywnej tradycji liturgicznej, dlatego też dba o to, aby zapewnić istotową ciągłość. Następnie, zgadzając się z Katechizmem Kościoła Katolickiego, autor podkreśla, że „nawet najwyższy autorytet w Kościele nie może dowolnie zmieniać liturgii; może to czynić jedynie w posłuszeństwie wiary i w religijnym szacunku dla misterium liturgii” (KKK nr 1125). Dalej czytamy o kryteriach posiłkowych jakimi są prawowitość lokalnych tradycji oraz troska o duszpasterską skuteczność.

Z mojego osobistego punktu widzenia chciałbym w jeszcze większym stopniu zaakcentować niektóre, spośród krótko tutaj przedstawionych, z kryteriów odnowy liturgicznej. Zacznę od owych dwu ostatnich kryteriów głównych.

Wydaje mi się niezwykle ważne to, że Katechizm, nadmieniając o ograniczeniu uprawnień najwyższej władzy w Kościele odnośnie reformy, przypomina o istocie prymatu nakreślonej przez Pierwszy i Drugi Sobór Watykański: papież nie jest monarchą absolutnym, jego wola nie jest prawem. Jest on strażnikiem autentycznej Tradycji, a co za tym idzie pierwszym gwarantem posłuszeństwa. Nie może robić wszystkiego, co mu się spodoba, dlatego też może przeciwstawić się tym, którzy z kolei chcą robić cokolwiek przyjdzie im do głowy. Jego rządy nie są władzą arbitralną, ale władzą posłuszeństwa w wierze. Oto dlaczego, gdy chodzi o liturgię, ma on zadanie ogrodnika, a nie technika, który buduje nowe maszyny, a stare wyrzuca na złomowisko. „Ryt”, ta forma celebracji i modlitwy, która dojrzała w wierze i życiu Kościoła, jest skondensowaną formą żywej tradycji, formą, w której sfera wykorzystująca ten ryt wyraża pełnię swojej wiary i modlitwy. Tym samym braterstwo pokoleń staje się czymś, czego możemy doświadczyć, braterstwem z ludźmi, którzy modlą się przed nami i po nas. Tak więc ryt jest dobrodziejstwem dla Kościoła, żywą formą paradosis,przekazywania tradycji.

W związku z tym ważne jest, aby poprawnie interpretować „istotową ciągłość”. Autor wyraźnie ostrzega nas przed błędną ścieżką, którą może nas poprowadzić neoscholastyczna teologia sakramentalna oderwana od żywej formy liturgii. Bazując na niej można zredukować „istotę” do materii i formy sakramentu, i powiedzieć: chleb i wino są materią sakramentu, słowa ustanowienia są jego formą. Tylko te dwie rzeczy są naprawdę konieczne, reszta może podlegać zmianom. W tym punkcie moderniści i tradycjonaliści się zgadzają: tak długo, jak długo obecne są dary materialne, a słowa ustanowienia są wymawiane, wszystko inne wolno swobodnie usunąć. Na nieszczęście wielu kapłanów działa dziś według tego motta, a teorie wielu liturgistów podążają niestety w tym samym kierunku. Chcą sforsować stałe i nieprzesuwalne granice rytu oraz konstruować wytwory swojej fantazji (rzekomo „duszpasterskie”) wokół owej resztki, owego oszczędzonego rdzenia, który w konsekwencji jest odsuwany w sferę magii lub traci jakiekolwiek znaczenie.

Ruch Liturgiczny był w rzeczywistości próbą przezwyciężenia tego redukcjonizmu, produktu abstrakcyjnej teologii sakramentalnej. Próbował nauczyć nas rozumienia liturgii jako żywej sieci tradycji, która przybrała konkretną formę, której nie można rozerwać na kawałki, ale którą trzeba postrzegać i doświadczać jej jako żywej całości. Każdy, kto, tak jak ja, był poruszony tym ujęciem w czasach Ruchu Liturgicznego oraz w przededniu Drugiego Soboru Watykańskiego może tylko stać, głęboko zasmucony, nad ruinami właśnie tych rzeczy, które [Ruch i Sobór] otaczały troską.

Pragnąłbym również krótko skomentować inne dwa ujęcia pojawiające się w książce Dom Alcuina Reida. Archeologiczny entuzjazm i duszpasterski pragmatyzm – który, tak czy owak, jest często duszpasterską formą racjonalizmu – są równie błędne. Można by je określić jako bezbożne bliźnięta. Pierwsze pokolenie liturgistów stanowili w większości historycy. Dlatego też skłaniali się ku archeologicznemu entuzjazmowi: próbowali odkopać najstarszą formę     w jej pierwotnej czystości. Używane w danej chwili księgi liturgiczne, wraz z zawartymi     w nich rytami, uważali za przejaw następującego na przestrzeni historii bujnego rozrostu drugorzędnych odrośli, odrośli będących wynikiem ignorancji i nieporozumień z przeszłości. Starano się zrekonstruować najstarszą liturgię rzymską i oczyścić ją ze wszystkich późniejszych dodatków. W znacznej mierze było to słuszne, ale reforma liturgiczna różni się od archeologicznych wykopalisk. Nie wszystkie efekty rozwoju rzeczy żywej muszą być logiczne według standardów racjonalistycznych czy historycznych. Jest to też przyczyna, dla której – jak zupełnie słusznie zauważa autor – nie można pozwolić, aby w dziedzinie reformy liturgicznej ostatnie słowo należało do ekspertów. Eksperci i duszpasterze mają do odegrania swoje własne role (podobnie jak w polityce, gdzie specjaliści i decydenci reprezentują dwa różne plany). Wiedza naukowców jest ważna, jednak nie może być ona bezpośrednio przemieniana w decyzje duszpasterzy, ponieważ duszpasterze mają jeszcze swoje własne sfery odpowiedzialności: wsłuchiwanie się w głos wiernych, towarzyszenie ze zrozumieniem tym, którzy robią to, co pomaga nam dziś celebrować ten sakrament z wiarą oraz to, co w tym nie pomaga. Jedną ze słabości pierwszej fazy reformy po Soborze było to, że w znacznej mierze słuchano niemal wyłącznie specjalistów. Po stronie duszpasterzy pożądana byłaby tu większa niezależność.

Ponieważ często jest aż nazbyt oczywiste to, że wiedza historyczna nie może być tak po prostu wyniesiona do rangi nowej normy liturgicznej, ów archeologiczny entuzjazm był bardzo łatwo łączony z duszpasterskim pragmatyzmem. Przede wszystkim decydowano się wyeliminować wszystko, czego nie uznano za pierwotne, a przez to nie będące częścią „istoty”. Następnie te „archeologiczne pozostałości”, jeśli nadal wydawały się niewystarczające, uzupełniano elementami zgodnymi z „intuicjami duszpasterskimi”. Ale cóż to znaczy „duszpasterski”? W tych kwestiach profesorowie-intelektualiści często formułowali osądy pod wpływem swoich racjonalistycznych założeń. Nierzadko były one nietrafione jeśli chodzi o to, co naprawdę podtrzymuje życie wiernych. Dlatego też dzisiaj, po tym jak we wczesnej fazie reformy liturgia została szeroko zracjonalizowana, ludzie chciwie poszukują form uroczystych, „mistycznej” atmosfery i sakralności. Ponieważ jednak – w sposób konieczny, i coraz bardziej jasny – opinie odnośnie tego, co jest duszpastersko skuteczne, są dalece rozbieżne, aspekt „pastoralny” stał się punktem, w którym „kreatywność” załamuje się, niszcząc jedność liturgii i bardzo często konfrontując nas z czymś żałośnie banalnym. Nie zaprzeczam w ten sposób, że Liturgia Eucharystyczna, podobnie jak Liturgia Słowa, jest często celebrowana z szacunkiem i „pięknie” w najlepszym znaczeniu tego słowa, w oparciu o wiarę ludu. Skoro jednak szukamy kryteriów reformy, to musimy również wspomnieć o zagrożeniach, które w ostatnich kilku dziesięcioleciach niestety w żaden sposób nie pozostawały li tylko urojeniami tradycjonalistów sprzeciwiających się reformie.

Chciałbym powrócić do sposobu, w jaki kult został zaprezentowany we wspomnianym kompendium liturgicznym, czyli do ukazania go jako „projektu reformy”, jako warsztatu, w którym ludzie cały czas przy czymś się krzątają. Inną sugestię, acz związaną z powyższą tezą, przedstawiają niektórzy liturgiści katoliccy. A mianowicie: powinniśmy wreszcie dostosować reformę liturgiczną do „antropologicznego zwrotu” nowych czasów i skonstruować ją w stylu antropocentrycznym. Jeżeli jednak liturgia jawi się przede wszystkim jako warsztat dla naszej aktywności, to zapominamy o czymś istotnym: o Bogu. Bowiem w liturgii nie chodzi o nas, ale o Boga. Zapomnienie o Bogu jest najrealniejszym zagrożeniem naszego czasu. Przeciwstawiając mu się liturgia powinna stanowić znak obecności Boga. A co się dzieje, gdy nawyk zapominania o Bogu zadomawia się w liturgii jako takiej, i jeśli w liturgii myślimy już tylko o nas samych? W każdej reformie liturgicznej i w każdej celebracji liturgicznej najpierw i przede wszystkim trzeba mieć na uwadze prymat Boga.

Wykroczyłem w ten sposób poza temat książki Dom Alcuina. Myślę jednak, iż jest teraz jasne, że pozycja ta, oferująca bogactwo materiału, uczy nas niektórych kryteriów i zaprasza do dalszej refleksji. Dlatego mogę ją zarekomendować.

Józef kardynał Ratzinger

26 lipca AD 2004

 

Tekst pierwotnie ukazał się jako recenzja, a potem przedmowa książki Alcuina Reida OSB, Organiczny rozwój liturgii, Ignatius Press, 2005. W "Christianitas" publikowaliśmy go w numerze 23-24, RP 2005.

 

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

-----

              


Josef Ratzinger

(1926), teolog, kardynał i papież Kościoła katolickiego (2005-2013) jako Benedykt XVI.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij