Komentarze
2016.10.27 19:38

Współczesne „prawa”, a utrata wolności obywatelskich

Nasza retoryka polityczna nie jest już dłużej kształtowana przez pryzmat cnót i wad, ale z punktu widzenia „praw”. Cnota wymaga uważnego spojrzenia na siebie. Intuicyjnie wiemy, że potrzebujemy jakiegoś wglądu w nasze aktualne skłonności i w to, dokąd one nas prowadzą. Potrzebujemy kontrolować i ukierunkowywać nasze pragnienia. Inni ludzie często szczerze mówią nam o złych  konsekwencjach naszych pokrętnych  działań, których my sami nie chcemy widzieć. Dlatego konieczne jest aby wykształcić w sobie zwyczaj kontrolowania uczuć i namiętności tak, by postępować w sposób rzetelny, odważny, powściągliwy i rozważny w naszych relacjach z innymi. Pomocą (lub przeszkodą) w tym mogą być dla nas prawa i zwyczaje, które wskazują nam co jest dobre, a co złe w naszym postępowaniu. Jesteśmy chwaleni lub ganieni za to, jak postępujemy. Wada jest po prostu wykształceniem nawyku nieuporządkowanego postępowania aż do momentu, kiedy już dłużej nie postrzegamy go jako złego. Nawyki (przyzwyczajenia), zarówno dobre jak i złe, pokazują co postrzegamy jako dobre dla nas -  to zasada naszych kluczowych działań.

 

“Prawo” prawdopodobnie może być zdefiniowane jako to, co się komuś/czemuś należy, ze względu na to, kim/czym jest. Ten pogląd zakłada, że różne rzeczy istnieją w pewnym porządku. Rzeczy istniejące powinny być tym, czym są. Różnice, które zachodzą pomiędzy nimi przyczyniają się do dobra wspólnego, co umożliwia odmiennym rzeczywistościom (bytom) osiągnięcie najlepszego sposobu funkcjonowania. Nic nie istnieje w kompletnej izolacji. Nasze myśli przynoszą zasadniczo oczekiwane rezultaty, ale tylko wtedy, kiedy zdecydujemy się je wprowadzić w życie. Mamy zatem „prawa człowieka”. Mamy „prawo” do życia, do obrony, do wolności, do własności, wolności religijnej i wolności słowa. Nasze kodeksy prawa zawierają setki, nawet tysiące „praw”. Człowiek może być zdefiniowany jako posiadacz  praw.

 

W Los Angeles, w lipcu, odbyła się Narodowa Konferencja Praw Zwierząt (National Conference on Animal Rights). Nie jestem pewien, czy insekty również mają swoje prawa. Ale jestem przekonany, że komar, jako gatunek, ma swoje „prawo” do bycia, nawet jeśli zabiję tego, który mi siądzie na ręce. Wszakże komary są pożywieniem dla gadów, płazów i ryb. Dobrze, że są, chociaż może niekoniecznie na naszych oszklonych werandach. Mówi się, że rośliny i drzewa również mają „prawa”. Nie możemy tak po prostu wykarczować ich czy ściąć nawet jeżeli jesteśmy właścicielami gruntu, na którym rosną. Drzewa również się starzeją, możliwe jest posadzenie lasu i obserwowanie jak rośnie.

 

Termin “prawo do zasobów mineralnych” (ang. „mineral rights”) zazwyczaj oznacza, że właściciel jakiegoś obszaru ziemi ma prawo do zasobów mineralnych znajdujących się pod jej powierzchnią, jak węgiel, ropa czy złoto. Jednak wiele państw rozgranicza w prawie pozytywnym tych, którzy są właścicielami powierzchni ziemi od tych, do których należy to, co znajduje się poniżej. Nie powinno być jednak niespodzianką, że często okazuje się, iż w efekcie końcowym to rząd jest tym, który kontroluje ropę lub inne cenne zasoby mineralne. Kontrola wody jest prawdopodobnie kolejnym wielkim krokiem w zakresie kontroli społeczeństwa. Możemy również mówić o „prawie” żelaza do bycia żelazem, czy wulkanu do bycia wulkanem. Ale ta terminologia oznacza nie więcej niż to, że żelazo czy wulkan jest tym, czym jest. Nie przypuszczam, żeby ktokolwiek doszedł do wniosku, że jest wbrew „prawom” żelaza jego wydobycie, czy przetopienie na składnik stali, chociaż wiele teorii dotyczących ograniczonych zasobów zmierza w tym kierunku.

 

Słyszy się również o „prawie” do aborcji, do płacy minimalnej, do pracy, do opieki zdrowotnej, do migracji, do organizowania się, do bezpłatnej edukacji i do wyboru naszej własnej płci. Mówi się o „prawie” do śmierci, a nawet o „prawie” do zmarłego dziecka (a „right” to a dead child) po nieudanej aborcji. Zrobiwszy przegląd tych wszystkich znajomo brzmiących terminów, staje się jasne, że koncepcja i retoryka „praw” jest czymś w rodzaju intelektualnego pola minowego. „Prawa” są, bez żadnych wątpliwości, rosnącym przemysłem w liberalnych demokracjach, gdzie nowe prawa są wciąż nieustająco ogłaszane czy wprowadzane w przepisach ustawowych.

 

Niegdyś, nawet jeśli przyznawaliśmy, że „wolna wola” jest częścią naszej zasadniczej struktury, mówiliśmy o „zdobywaniu” wolności. Znaczyło to, że wolność w wymiarze publicznym była  czymś, na co trzeba zapracować, a nawet – co trzeba było sobie wywalczyć. Nie była po prostu nam dana. I lepiej było, że pracowaliśmy na nią, czy nawet cierpieliśmy za nią. Termin „emancypacja” oznaczał jednak, że ktoś, kto w świetle prawa nie był wolny – został wyzwolony od więzów. Jakby przyznane mu to zostało przez kogoś, kto miał władzę tak uczynić. Terminy  „prawa” i „wolności” często były używane zamiennie: „prawo” do wyznania - „wolność” wyznania, „prawo” głosu (a right to speak)  – „wolność” słowa (a freedom to speak).

 

W tym sensie można było mieć „prawo” bez „wolności” do jego realizacji. Można nawet wyobrazić sobie „wolność”, która nie jest oparta na prawie, jak w Ewangelicznej przypowieści o właścicielu winnicy. Właściciel wypłacił taką samą zapłatę robotnikom, niezależnie od tego jak długo czy krótko pracowali w ciągu dnia. Był sprawiedliwy dla jednych, ale hojny dla innych, którzy nie mieli „prawa” do jego hojności (Mt 20, 1-16). I rzeczywiście – hojność wiąże się z jakimś obszarem rzeczywistości znajdującym się poza prawem i sprawiedliwością. I to właśnie ten obszar jest tym, który współczesna praktyka „praw” pomija, jako że implikuje on coś poza zasięgiem państwowej kontroli, która dziś rości sobie prawo do wyłączności również w zakresie hojności. Każdy ma „prawo” do wszystkiego i „niesprawiedliwe ” jest, jeżeli komuś brakuje tego, czego chce.

 

Idea, która kryje się za pojęciem wolności jako emancypacji brzmiała  tak, że „urodziliśmy się” wolni, ale znaleźliśmy się w okowach, parafrazując sławne słowa Rousseau („urodziliśmy się wolni, a umieramy w okowach”). Ktoś zabrał nam to – powiedzmy, naszą własność – co było nam dane przez naturę. Politycy zaś odnaleźli sposób zwrócenia nam naszych „praw” i chronienia ich podczas gdy my je odzyskujemy. Nasza uwaga przeniosła się ze zdobywania „praw” do „otrzymywania” ich. To pierwsze zastosowanie (zdobywanie „praw”) oznacza pracę, żeby zdobyć coś, czego jeszcze nie mamy. Drugie – oznacza otrzymywanie od rządu tego, co on nam da, w oparciu o oszacowania co jest dostępne dla wszystkich, według pewnej formuły wartości względnej.

 

Lecz jeśli zaprzeczymy, tak jak robimy to dzisiaj, że istnieje wiążąca nas, czy zobowiązująca, (lecz jednocześnie wyzwalająca) „natura”, która wyznacza normy, nie możemy odwoływać się do zasady czegoś obiektywnie nam „należnego” ze względu na to, kim jesteśmy. Ogólnie mówiąc ludzie przeczą temu, że istnieje prawo naturalne nie dlatego, że brakuje dowodów na jego istnienie, ale dlatego, że  moralnie powstrzymuje nas ono przed robieniem tego, na co mamy ochotę. Właśnie w tym kontekście słowo „prawa” nabrało swojego praktycznego i operacyjnego znaczenia w naszym społeczeństwie, jakie ma dzisiaj. To jest to, co Hobbes sformułował w sposób najjaśniejszy. „Prawa” nie mają żadnego obiektywnego znaczenia ani treści. Żadna obiektywna i wykrywalna rzeczywistość nie może być uznana poza naszymi pożądaniami. Na pierwszy rzut oka ten pogląd zdaje się być nową i ożywczą wolnością. Nie musimy już odpowiadać przed nikim, poza nami samymi. Wolno nam nawet zrobić coś, co kiedyś uważane było za złe. Nasze „prawa” są wszystkim, co wydaje się nam potrzebne do życia i rozkwitu. Nie jesteśmy zobowiązani do unikania zła jeżeli możemy użyć go do osiągnięcia tego co chcemy, czy potrzebujemy.

 

Jedyny kłopot z tym wyraźnie egzaltowanym poglądem jest taki, że każdy ma dokładnie te same prawa, co my. A ponieważ nie istnieje wspólne porozumienie co do tego, co kto powinien mieć, potrzebujemy instytucji, która rozstrzygnie, co możemy mieć, w przeciwnym wypadku będziemy w nieustannej wojnie każdego z każdym. I nagle „prawa” zmieniają się z tego, co rzekomo chcemy i potrzebujemy dla nas, w oparciu o nasze oszacowania naszych potrzeb, w to, co państwo nam pozwoli mieć, na podstawie rządowych oszacowań możliwości. „Prawa” stają się listą państwowych regulacyjnych rozporządzeń, które są ustanawiane po to, by powstrzymać nas od walki i zabijania się nawzajem w imię sprzecznych ze sobą  „praw”. Jednostki żyjące w państwie stają się niejako surowcem do modelowania czy przemodelowania obywateli w takie konfiguracje lub na takie sposoby, który rząd uzna za właściwe z punktu widzenia rządu (viable).

 

„Prawo” do religii, w tym typie myślenia, oznacza - przynajmniej w sensie negatywnym - że państwo definiuje, która religia nie może być wyznawana w ramach obowiązującego ustroju politycznego. I ani tak zwana „wolność religijna”, ani „wolność słowa”, nie są nadrzędne względem prawa pozytywnego. Jeśli w ogóle istnieją, to tylko jako ustępstwa względem pozytywnego, stanowionego przez człowieka, zmiennego prawa. Religia staje się rzeczą obywatelską, nie – transcendentną. I żadna religia, której doktryna jest sprzeczna z narzuconym prawem publicznym nie może być zaakceptowana, uznana ani wspierana.

 

Religia taka jak chrześcijaństwo musi być postrzegana jako wroga dla państwa, jeśli uzasadniając swoje wierzenia i moralność odnosi się do transcendencji. Gdy jakieś „prawo” jest oficjalnie zatwierdzone przez państwo, każdy chrześcijański sprzeciw wobec niego uznawany jest za stwarzający podziały i nietolerancyjny, jeśli sprzeciw ten oparty jest na jakiejkolwiek wyższej czy naturalnej prawdzie. „Prawo naturalne”, czy niezmienna natura ludzka, nie istnieje w prawie publicznym. Nie istnieje żaden wyższy autorytet, do którego ktoś mógłby się odwołać w przypadku konfliktu. Spisana Konstytucja nie jest już dłużej kryterium czy standardem. Zastępowana jest żyjącą konstytucją, definiowaną przez opinię publiczną, prawo ustawowe lub określane przez sądy jak również przez doraźne prezydenckie dekrety i zarządzenia.

 

Koran posiada osobowość prawną i jest wdrażany w życie w państwach muzułmańskich, lecz Biblia nie ma takiego statusu prawnego w żadnym państwie zachodnim. Nawet jeżeli Biblia inspirowała wiele z tego, co znamy dziś jako konstytucjonalizm, formalnie nie jest uznawana za źródło informacji o ludzkich wartościach. Jeżeli zawiera zasady czy prawa przeciwne do prawa stanowionego – jest niezdatna dla obywateli, którzy zawsze mogą otrzymać to, co chcą, pod warunkiem, że państwo usankcjonuje to prawem pozytywnym i jego karami. Państwo oficjalnie nie „prześladuje” chrześcijan czy innych wyznań. Zaproszeni są oni do życia w pokoju, o ile nie próbują krytykować czy przeciwstawiać się prawu pozytywnemu odwołując się do jakiegoś domniemanego „wyższego naturalnego czy boskiego prawa”.

 

Nie wystarcza jednak po prostu nie sprzeciwiać się prawu państwowemu – nawet pogląd, że jest w nim coś niemoralnego, czy niedorzecznego, uważa się za „mowę nienawiści”. Mówi się nam, że ten krytyczny język wywołuje niepokoje wśród obywateli; tworzy niepotrzebne napięcia. W tym sensie wielkim złem jest przeciwstawianie się czy krytykowanie, powiedzmy, aborcji, klonowaniu, związkom homoseksualnym, jako że cieszą się one statusem ustanowionych praw. Taka mowa uznana będzie za niepatriotyczną, nieludzką i burzącą ład społeczny. To są dzisiaj terminy, które rządzą społecznością obywatelską i jej społecznym dyskursem. Człowiek żyje na tym świecie i dla tego świata. Takie są warunki obywatelskiego kontraktu w jego aktualnym wymiarze. Człowiek nie żyje samym chlebem, ale każdym „prawem” przyznanym mu przez państwo.

 

Kościół Katolicki w większej części swoich oficjalnych dokumentów oraz przeważającej liczbie swoich dzieł apologetycznych, zachowuje mowę „praw”. Próbuje nadać jej jednak inne podstawy , wywodzące się z prawa rzymskiego, czy filozofii greckiej. Stara się znaleźć sposób, żeby zachować terminologię „praw”, ale wyeliminować jednocześnie jakiekolwiek negatywne jej znaczenia. Wielu papieży przypominało okazjonalnie w jaki sposób termin „prawa” otrzymał swoje teraźniejsze znaczenie „przyzwolenia” (zezwolenia, ang. licence). Jednak w praktyce okazało się, że wielu obywateli, którzy upierają się przy identyfikowaniu się jako katolicy zaakceptowało bardziej nowoczesne znaczenie terminu „prawa”. Sprzeciw wobec aborcji, „małżeństwa homoseksualne” czy inne podobne zagadnienia moralne postrzegane są dziś jako stojące w opozycji do dobra wspólnego, które zaczęło być identyfikowane z tym, czego wymaga państwo.

 

Większość katolików akceptuje dziś znaczną część „nowoczesnych praw” (albo przynajmniej się im nie sprzeciwia), przeciw którym niegdyś energicznie oponowano. Czołowi politycy, osobowości medialne i akademicy publicznie podtrzymują poglądy stojące w opozycji do ludzkiej godności. W większej części zachowują przy tym swoją pozycję społeczną jako katolicy w tym sensie, że nie są ekskomunikowani czy w inny sposób karceni, zwłaszcza przez papieży czy biskupów. Większość katolików, jeśli rozpatrywać to z punktu widzenia historii głosowań, nie tworzy już jednego, spójnego ciała obywatelskiego, zgodnego co do pewnych prawd zakorzenionych w prawie naturalnym czy boskim. Dziś możemy przyznać, że dla większości to właśnie współczesne „prawa” naturalne rządzą porządkiem publicznym.

 

Doniosłość nadchodzących wyborów, przynajmniej w tym kraju, dotyczy zaaprobowania przez głosowanie – bezpośrednio przez głosowanie, a pośrednio, przez odstąpienie od głosowania – przez znaczącą większość obywateli identyfikujących się jako katolicy kandydata, który bez najmniejszej wątpliwości reprezentuje te współczesne „prawa” człowieka, postrzegając je jako uregulowane prawo państwowe. Religia będzie musiała teraz dostosować się do państwowego prawa pozytywnego, bez żadnych wyjątków. Żadne odniesienie do sumienia czy prawa wyższego nie będzie prawnie tolerowane. Żadnej znaczącej krytyki tych trendów nie ominą prawne konsekwencje, i dotyczyć to będzie zarówno osób prywatnych jak i publicznych instytucji. Te nowe „prawa” człowieka są prawnie i politycznie nadrzędne w stosunku do każdej religijnej czy filozoficznej opozycji. To jest właśnie, jak myślę, „spuścizna” retoryki „praw” w naszych czasach. W reżimie „praw”, nawet katolicy zaaprobują swoje kajdany, albo przynajmniej zaaprobują tych, którzy narzucają im takie „prawa”.

 

James V. Schall SI

 

tłum. Teofila Bepko

 

Źródło: Catholic World Report,  01.09.2016.

 

Wyrażamy podziękowanie dla ks. James V. Schall, S.J. za zgodę na publikację polskiego tłumaczenia jego artykułu. We express our gratitude to Father James V. Shall, SJ for his kind consent to the translation of his article into Polish. Acknowledgements also to Catholic World Report

 


ks. James V. Schall SJ

(1928), wykładał przez wiele lat filozofię polityczną na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie. Jest autorem licznych książek i esejów na temat filozofii, teologii, edukacji, moralności i innych tematów. Jego najnowsza książka to „Rozsądne przyjemności – dziwna koherencja katolicyzmu” („Reasonable Pleasures: The Strange Coherences of Catholicism” (Ignatius Press). Więcej informacji i tekstów ks. Schall można znaleźć na stronie autorskiej "Another Sort of Learning".

 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij