Świadectwa
2014.06.26 09:43

Trydent w cerkwi

ikona

Moim prawosławnym przyjaciołom i znajomym zawdzięczam bardzo wiele i tym wpisem chcę im za to całe dobro, jakie od nich otrzymałam, podziękować.


Jeszcze kilka lat temu byłam typowym posoborowym katolickim lemingiem, przekonanym, że Kościół był cool przez kilka pierwszych wieków, a potem był okres błędów i wypaczeń trwający 1500 lat, po czym dopiero zajaśniał nam Sobór Watykański II, który powrócił do korzeni i znowu jest cool. W międzyczasie właściwie nic nie było, poza wojnami religijnymi, prześladowaniem inaczej myślących i wierzących, krańcowym klerykalizmem, poniżaniem wiernych świeckich oraz fatalną, niezrozumiałą liturgią, czczą, bezduszną i odpychającą ludzi od Boga.


Pociągała mnie piękna liturgia i duchowość, brakowało mi tych wartości, potrzebowałam ich. A zatem, zgodnie z tym, co powiedział jakiś czas temu papież Franciszek, ex Oriente lux, ex occidente luxus — zaczęłam wymykać się do cerkwi, wychwalać prawosławną liturgię i duchowość, emocjonować się, że tam jest prawdziwa świeżość, pobożność, duchowość... że muzyka i sztuka cerkiewna jest piękna... że zachowywane są zasady i kanony... że przetrwała tradycja zachowująca dawne dziedzictwo chrześcijańskie... podczas gdy u nas w Kościele katolickim pustka duchowa, jałowość, kicz, anarchia... wykorzenienie, brak poczucia ciągłości, zanik tradycji...

 

I tak pewnego razu perorowałam w miłym, mieszanym gronie przy dobrej wódce na warsztatach w Węgajtach, gdy nagle — nie pamiętam już kto — albo Marcin Abijski (wybitny śpiewak cerkiewny, jedyny w Polsce kantor bizantyjski po studiach u Georgiosa Chatzichronoglou, melodosa patriarchy Konstantynopola), albo ks. protodiakon Dymitr Tichoniuk z parafii przy monasterze Zwiastowania Pańskiego w Supraślu walnął tubalnie:

 

To co ty robisz u nas w cerkwi? Przecież wy też mieliście piękną liturgię, sztukę, muzykę, tradycję kościelną. Tylko żeście to wszystko zniszczyli. Nie komuniści, jak w Rosji, tylko wy sami. Przestań wycierać kąty cerkwi, idź do siebie i zajmij się odtwarzaniem i pielęgnowaniem własnych tradycji.

 

Najpierw się trochę obraziłam, że ci prawosławni tacy niegościnni. A potem do mnie dotarło, że mają rację. I posłusznie zaczęłam czynić to, co mi polecili. W ten sposób powstał projekt „Ryt dominikański” i kilka innych fajnych rzeczy. (I w ten sposób się także przekonałam, że klerykalizm, pogarda dla wiernych świeckich i prześladowanie inaczej myślących współbraci nie skończyły się wraz z Soborem Watykańskim II, ale to już zupełnie inna historia i nie rozwijajmy jej tutaj.)


Potem w moim życiu pojawiła się krakowska parafia prawosławna, jej proboszcz ks. Jarosław Antosiuk, jego przemiła żona Ksenia, moja pani od malowania ikon i wielu innych nowych prawosławnych znajomych. Były kolejne długie rozmowy i trudne pytania, zachęcanie do pielęgnowania własnych łacińskich tradycji liturgicznych, duchowych, muzycznych, nauka twardego stania przy własnych poglądach oraz unikania fałszywego irenizmu i „ekumenizmu” polegającego na rezygnowaniu z własnej tradycji, tożsamości i poglądów, by uniknąć wszystkiego, co może „dzielić” i „różnić” od jakiegokolwiek innego odłamu chrześcijaństwa...


Potem zaczęło dochodzić do mnie od różnych znajomych zaangażowanych w pielęgnowanie tradycyjnej liturgii katolickiej, że od tych czy innych kapłanów czy zakonników prawosławnych słyszeli: „My uznajemy prawdziwy ryt świętego Grzegorza” (znaczy, papieża Grzegorza VII — tą nazwą określają ryt rzymski). I że gdy w trakcie rozmowy okazywało się, że delikwent zajmuje się właśnie pielęgnowaniem „rytu świętego Grzegorza”, ich początkowo sztywne zachowanie się zmieniało, przestawali wymieniać listę zarzutów wobec katolików, gratulowali i dodawali odwagi do działania.


Nie od jednego prawosławnego słyszałam, że wprowadzenie Novus Ordo Missae oraz posoborowa reforma liturgiczna są jednym z ważniejszych problemów w prowadzeniu dialogu ekumenicznego, jedną z istotnych trudności przeszkadzających w pojednaniu Kościołów katolickiego i prawosławnego. Nie tylko Filioque i złupienie Bizancjum w 1204 roku...


Kilka dni temu przeczytałam, że Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny zrezygnował z kilkudziesięcioletniego eksperymentu liturgicznego polegającego na próbie wprowadzenia kalendarza gregoriańskiego w celu, nazwijmy to, „aggiornamento” — i oficjalnie powrócił do kalendarza juliańskiego. Eksperyment unowocześniania liturgii po prostu się nie sprawdził. Naruszył spójność całego systemu liturgicznego, generował mnóstwo problemów, na przykład powodował, że w niektórych latach postu piotropawłowego w ogóle nie było. W efekcie część parafii nigdy się reformie nie podporządkowała, a gdzie indziej (jak w Krakowie) święta były obchodzone dwukrotnie, według obu kalendarzy. W końcu polscy biskupi prawosławni oficjalnie przywrócili stary, sprawdzony i dobrze działający kalendarz.


Gratuluję i zazdroszczę odważnej decyzji, że skoro reforma się nie sprawdziła, to należy ją wycofać.


Długi wdzięczności mam zresztą nie tylko wobec prawosławnych. Inny mój znajomy, pastor luterański Irek Lukas, dyrektor biura Polskiej Rady Ekumenicznej, opowiada mi z kolei o przywiązaniu polskich luteran do ich tradycji liturgicznej, o zachowywaniu tych samych śpiewów od XVI wieku, o kultywowaniu pierwotnych nabożeństw... Od niego także wiem, że wśród luteran różne „nowinki” liturgiczne, jakie pojawiły się w kilkudziesięciu ostatnich latach (z grubsza podobne do tych, co w Kościele katolickim) są coraz mniej popularne, że coraz więcej ludzi pragnie powracać do starych tradycji, przypominać dawne zwyczaje liturgiczne i formy pobożności...


Nie ma się co bać braci z innych Kościołów chrześcijańskich. Bać się trzeba „kościelnych bolszewików” (niezależnie od denominacji). Przez „kościelnych bolszewików” rozumiem ludzi, których cechuje tak silnie przywiązanie do swoich jedynie słusznych poglądów i interpretacji, że usiłują uniemożliwiać współbraciom w wierze stosowanie innych rozwiązań, nawet jeśli ich Kościół na nie zezwala; typowe cechy bolszewii to według mnie skrajny ideologizm, wykorzystywanie władzy i siły do narzucania własnych poglądów, pogarda dla ludzi i prawa, a wszystko podlane piękną retoryką o dobru i sprawiedliwości, i innymi wielkimi słowami stojącymi w jaskrawej sprzeczności z metodami działania. 

 

Dominika Krupińska

 

za: Myśli spod chustki

 


Dominika Krupińska

Dominika Krupińska (1970), doktor teologii i historyk. Mieszka w Podłężu.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij