Duchowość
2017.09.04 18:05

Schodząca i wychodząca

Po stracie męża i dwóch synów, Noemi powiedziała o samej sobie: „nie nazywajcie mnie już Noemi, to znaczy: miła; mówcie na mnie teraz: Mara, to znaczy: gorzka, bo Wszechmocny napełnił mnie goryczą” (Rt 1, 20). Wszyscy jej dawni znajomi ledwie mogli ją poznać, wyglądała bowiem jak pusta, wydrążona łupina[1]. „Wyszłam stąd z rękami pełnymi, a Jahwe sprawił, że wracam z pustymi” (Rt 1, 21) – lamentowała, budząc wokół żal i trwogę. Jedyną towarzyszką nieszczęścia Noemi była Rut, młoda dziewczyna z Moabu, której imię oznacza «przyjaciółkę» albo «niosącą ochłodę». Powiedziała ona do swej pogrążonej w rozpaczy teściowej: „Pragnę pójść, dokąd ty pójdziesz, i pozostać tam, gdzie ty pozostaniesz” (Rt 1, 16). Dalsze dzieje Rut są dobrze znane. Za sprawą jej zaufania do Opatrzności Bożej los obu kobiet został odmieniony. Mara, czyli gorzka na powrót stała się bowiem Noemi, czyli słodką, a wydrążona łupina jej serca wypełniła się błogosławieństwem. Kobiety betlejemskie ogłosiły jej bowiem: „twoja synowa, która tak cię kocha, porodziła syna; ta, która znaczy dla ciebie więcej niż siedmiu synów” (Rt 4, 15). Noemi „wzięła dziecko” jakby swoje własne, i „piastowała go na własnym łonie i pielęgnowała” (Rt 4, 16). Pan przemienił śmierć w życie, a smutek – w radość. Wszystko to dzięki wierności Rut.

Stary Testament opowiada również historię Rebeki, która za pomocą „świętego podstępu”[2] pomogła swojemu umiłowanemu synowi, Jakubowi, znaleźć łaskę u ojca. Jego starszy brat bliźniak, Ezaw, zlekceważył swoje pierworództwo i nie cenił zbytnio swojej matki, posiadał jednak zręczność w polowaniu, opierał się „na własnej sile i umiejętnościach”[3], dlatego był pewien, że mimo wszystko na nim spocznie błogosławieństwo ojca. Rebeka poleciła więc Jakubowi, znacznie słabszemu i nie posiadającemu tych samych naturalnych uzdolnień: „Idź do najbliższej trzody i przynieś mi stamtąd dwa dorodne koźlątka. Sporządzę z nich smaczną potrawę dla twego ojca, taką jaką lubi, a ty zaniesiesz mu ją i uzyskasz w ten sposób, zanim umrze, jego błogosławieństwo” (Rdz 27, 9-10). Matka pokierowała więc swoim synem, następnie sama w jego imieniu przygotowała posiłek z tego, co przyniósł z gospody, a wreszcie dała zapewnienie: „Wtedy niech owo przekleństwo spadnie na mnie. Posłuchaj mnie tylko i idź, i przynieś mi te koźlęta” (Rdz 27, 13). Dzięki wszystkim tym zabiegom Jakub otrzymał błogosławieństwo ojca, które z racji pierworództwa należało się Ezawowi.

Wśród świętych Kościoła znalazła się również kobieta, która zrozumiała, że wstawiennictwo jest „tajemniczą walką”[4]. Cicha bohaterka Wyznań, św. Monika, przez szesnaście lat modliła się bowiem o nawrócenie syna, miotanego pychą, pokusami cielesnymi i sprzecznościami fałszywej religii. Przez większość tego czasu jej prośby dawały wręcz odwrotny skutek, ona jednak nie dawała za wygraną, dlatego stała się – wedle proroctwa św. Ambrożego[5] – „matką łez” (matre lacrimarum) oraz wzorem cierpliwości w wierze. Wspominał św. Augustyn:

 

[…] prawie całe jeszcze dziewięć lat nurzałem się w owym „błocie głębokim” (Ps 68, 3) i mrokach fałszu, skąd usiłowałem raz po raz wydobyć się  i zapadałem jeszcze głębiej, gdy ta wdowa czysta, pobożna i trzeźwa, jedna z tych, jakie Ty miłujesz, pokrzepiona już nadzieją nie zaniechała płakać i wzdychać, i żalić się nade mną przed Tobą nie ustawała, a prośby jej wznosiły się „przed obliczność Twoją” (Ps 87, 3), a jednak pozwalałeś mi jeszcze grzęznąć i nurzać się w tych ciemnościach[6].

 

Czytając wnikliwie osiem pierwszych ksiąg Wyznań, można się przekonać, że w cieniu ręki Bożej, przeprowadzającej młodego adwokata z Hippony z kraju ciemności do światła, stała pełna wiary kobieta. „Opłakiwała mnie przedtem przez wiele lat, bym mógł być żywy w oczach Twoich – pisał św. Augustyn. – Ręce Twoje bowiem, Boże mój, w Twej tajemnej Opatrzności nie opuszczały mojej duszy. Dniem i nocą z krwi swego serca matka moja we łzach składała Ci za mnie ofiarę”[7]. Całkiem podobnie było w przypadku kobiety kananejskiej, która usilnie błagała Jezusa o uzdrowienie dla ciężko chorej córki, nie zrażając się tym, że jej Wybawiciel początkowo milczał, a wręcz dwukrotnie odmówił jej pomocy (zob. Mt 15, 21-28). Ostatecznie jej wiara, wystawiona na ciężką próbę, została nagrodzona. W historii Kościoła św. Monika zapisała się zatem jako niestrudzona wstawienniczka, jedna z ikon wytrwałej modlitwy, ufności, która nie poddaje się i nie ustaje (por. Łk 18, 1). Bóg spełnił jej prośby po dłuższym czasie, ale za to w nadmiarze: „radowała się, triumfowała i błogosławiła Tobie, który mocen jesteś uczynić daleko więcej, niż prosimy albo rozumiemy, ponieważ widziała, że dałeś jej więcej, niż zwykła Cię prosić dla mnie wśród skarg, łez i jęków”[8]. Jej syn nie tylko porzucił cudzołóstwo, ale wręcz wstąpił na drogę doskonałej czystości; nie tylko nawrócił się i przyjął chrzest, ale wkrótce został wyniesiony do godności biskupiej; wreszcie – nie tylko pojął fałsz herezji, w którym tkwił, ale z czasem stał się jednym z największych w historii Kościoła obrońców prawdziwej wiary.

 

W ciągu wieków Kościół rozpoznał w Maryi drugą Rut i Rebekę. Z jednej strony przychodzi ona do chrześcijan niczym wierna przyjaciółka, aby przemienić wszystkie ich gorycze w słodycz, z drugiej natomiast – pochyla się nad dziećmi Bożymi jako Matka dobrej rady (Mater boni consilii). Otrzymują one błogosławieństwo Ojca właśnie dzięki zabiegom tej jedynej Niewiasty, która sporządza z najmniejszego nawet aktu ich pobożności „smaczną potrawę” (Rdz 27, 9), dokładnie „taką jaką lubi” (Rdz 27, 9) sam Bóg. Oznacza to, że „nasze dobre uczynki”, których symbolem były dwa koźlątka, „przechodzące przez ręce Maryi”, niczym przez Bramę niebios (Ianua caeli), „są stopniowo oczyszczane”[9]. W tym sensie Jakub, umiłowany syn Rebeki, jest – zdaniem św. Ludwika Marii Grignion de Montforta – typem chrześcijanina. Żaden katolik nie może mieć Boga za Ojca, jeśli nie wziął Maryi za matkę. Należy więc pamiętać, że Najświętsza Panna była matką nie tylko Jezusa, ale i wszystkich Jego uczniów. Napisane jest przecież: „moimi braćmi są ci, którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je” (Łk 8, 21). Z tego powodu – zdaniem św. Alfonsa Marii de Liguoriego[10] – pisma Nowego Testamentu nazywają Zbawiciela nie tyle jedynym synem, co raczej „synem pierworodnym” (zob. Łk 2, 7). Dziewica poczęła bowiem jedno dziecko co do duszy i ciała, a następnie mnóstwo dzieci co do ducha. Matce zależy zaś przede wszystkim na tym, aby jej synowie i córki żyli w pełnej zgodzie jako kochające się rodzeństwo. Stąd intuicja Kościoła, która mówi, że Maryja dokłada wszelkich starań, aby pojednać chrześcijan z Chrystusem. Dotyczy to nie tylko grzechu ciężkiego, ale również wszelkiego rodzaju nieufności, nieprzebaczenia, gniewu czy lęku, jakie wierni mogą żywić względem swojego Pana. Zarazem jednak Panna Wniebowzięta – jako wierna przyjaciółka – przynosi najbliższym sobie duszom łaski od Boga, podobnie jak Rut przyniosła głodnej Noemi trochę strawy od Booza: „Zabrała ziarno ze sobą i przyniosła je do miasta. Wszystko to zobaczyła jej teściowa, której Rut nadto dała to, co zachowała z własnego posiłku” (Rt 2, 18).

 

Obie wspomniane role Maryi zaznaczyły się – wedle znaczącej liczby tekstów tradycji – na weselu w Kanie Galilejskiej. Wtedy to okazało się, że po kilku godzinach uroczystości nagle „zabrakło wina”, symbolizującego pomyślność i Boże błogosławieństwo, dlatego też „Matka Jezusa rzekła do Niego” – występując niejako w imieniu zaniepokojonych gości weselnych – że „nie mają już wina” (J 2, 3). Następnie zwróciła się do służby z poleceniem: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam nakaże” (J 2, 5). Całe to zdarzenie stało się okazją do dokonania przez Jezusa pierwszego cudu: przemiany wody w wino. Tym samym zapowiedziane zostało Jego mesjańskie posłannictwo. Aquam vinum factam – mówi Wilgata. Jezus „objawił wtedy swoją chwałę i uwierzyli weń Jego uczniowie” (J 2, 11). Sytuacja ta prawdopodobnie wcale by jednak nie zaistniała, gdyby nie pomoc Maryi, pośredniczącej między biesiadnikami a Synem. Wpierw przedstawiła ona Chrystusowi troskę gości weselnych, a następnie przyniosła im polecenie, „dobrą radę” (consilium bonum) zgodną z Jego wolą. Szereg starotestamentowych figur znalazło więc w Niewieście swoje wypełnienie. Dzięki ufności Rut również nastąpiła cudowna przemiana: gorzka woda stała się słodka. Imię Mara nawiązuje bowiem do źródła, z którego wędrujący po pustyni Izraelici nie chcieli pić, gdyż nie nadawało się nawet do podtrzymania życia (zob. Wj 15, 23; Lb 33, 8-9). „Nie nazywajcie mnie już Noemi, to znaczy: miła – mówiła teściowa Rut po powrocie do Betlejem, nawiązując właśnie do dramatycznych wersetów Księgi Wyjścia – mówcie na mnie teraz: Mara, to znaczy: gorzka, bo Wszechmocny napełnił mnie goryczą” (Rt 1, 20). Ten gorzki, niezdrowy strumień na powrót miał nabrać słodyczy, gasząc przy tym pragnienie i przynosząc obfitość. Podobnie jest w przypadku typologicznej interpretacji Księgi Rodzaju. W słynnym Traktacie o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny św. Grignion de Montfort zauważył pewną analogię, jaka w sensie duchowym zachodzi pomiędzy słowami Rebeki skierowanymi do Jakuba: „Słuchaj teraz uważnie, synu mój, co ci powiem” (Rdz 27, 8), a poleceniem, jakie Maryja dała sługom weselnym: „Uczyńcie wszystko, cokolwiek wam nakaże” (J 2, 5). Oba wersety pokazują Matkę dobrej rady. W szóstej księdze swojego dzieła święty przeprowadził zresztą dokładną mariologiczną interpretację historii Jakuba i Rebeki, zapośredniczoną w wydarzeniu na weselu w Kanie Galilejskiej: „Gwiazda Morza prowadzi wszystkie swoje wierne sługi do bezpiecznej przystani (…). Ona prowadzi ich ścieżką na drodze świętości, podtrzymuje, gdy są narażeni na upadek, i pomaga im powstać, kiedy upadną”[11].

 

Maryja, jako Panna partycypująca w miłości Boga, raz wznosi w imieniu swoich dzieci „smaczną potrawę” (Rdz 27, 9) dla Ojca, innym zaś razem przynosi im posiłek z góry. Można więc powiedzieć, że karmi ich, niczym Rut, tym wszystkim, „co zachowała z własnego posiłku” (Rt 2, 18), jak gdyby rozdając z pełni swoich łask (zob. Łk 1, 28). Dostrzegalna jest tutaj synergia ruchu zstępującego i wstępującego, tak istotna dla każdego powołania chrześcijańskiego. W dawnym piśmiennictwie dewocyjnym sam moment wniebowzięcia Maryi zawierał opisy spadających z nieba dorodnych owoców i kwiatów. Symbolizowały one z jednej strony dojrzałe cnoty, z jakimi Matka Chrystusa wstępowała do chwały, jak i pokarm duchowy, który dzięki temu udzielony został Kościołowi. Można zatem powiedzieć, że skoro pod krzyżem Maryja stała się matką umiłowanego ucznia (a więc również wszystkich chrześcijan), to po wniebowzięciu przyjęła również rolę żywej Drabiny Jakuba. Odtąd dniem i nocą zanosi modlitwy swoich dzieci do nieba, aby następnie ściągnąć dla nich z nieba dobry dar. Aniołowie schodzą i wychodzą po jej szczeblach (zob. Rdz 28, 12), na każde jej polecenie, ponieważ jest ona również Królową Aniołów. Sama zresztą pełni rolę posłańca woli Bożej. „Pewnego razu zapytano szatana, gdy wypędzano go z opętanego, co czyni Maryja – pisał św. Alfons Maria de Liguori. – Szatan odparł: Schodzi i wychodzi”[12]. Na tym jednak nie koniec. W Królestwie Bożym Niepokalana stała się również «wielooką»[13], która stale wpatruje się w życie chrześcijan, widzi i rozumie o wiele więcej, a przez to „lepiej zna nasze biedy, współcierpi z nami i skuteczniej może nam pomóc”[14]. Z tego też powodu św. Liguori odnosi do Maryi słowa, jakimi Booz pochwalił Rut: „Niech cię błogosławi Jahwe, moja córko, bo twoja ostatnia miłość jest większa od pierwszej” (Rt 3, 10). Jej służba wobec chrześcijan przypomina nawiedzenie Elżbiety, ale jest obecnie znacznie doskonalsza.

 

O ile Rut i Rebeka były – według tradycji modlitewnej i pobożnościowej – typem Maryi, o tyle matczyna miłość św. Moniki zobrazowała naturę wytrwałego wstawiennictwa Maryi, Wspomożycielki Wiernych (Auxilium Christianorum). Partie Wyznań mówiące o modlitwie „matki łez” w zasadzie mogłyby zostać odczytane jako ukryty traktat mariologiczny: jest w nich to wszystko, co późniejsi autorzy duchowi odnajdywali w służbie Maryi wobec Kościoła, łącznie z matczyną troską o syna oraz podwójnym jego zrodzeniem, wpierw cielesnym, a później duchowym (tzw. «zrodzenie do wiary»). Dość wspomnieć, że Jezus, wisząc na krzyżu, „powiedział do Matki: Niewiasto, oto syn twój! A potem rzekł do ucznia: Oto Matka twoja!”, a od „tej godziny uczeń wziął ją do siebie” (J 19, 26-27). Matczyna miłość św. Moniki w sensie duchowym uczestniczyła więc w pełni Niepokalanego Serca. Ponieważ zaś Najświętsza Panna jest jednocześnie Królową ludzkich serc, które kształtuje, karmi i rodzi do życia wiecznego[15], a przy tym nieustanną orędowniczką, przez długie wieki katolicy uciekali się do niej, aby prosić ją o pomoc we własnej modlitwie wstawienniczej za swoich bliskich. Św. Grignion Montfort zauważył na przykład, że chrześcijanin pragnący uwolnienia kogoś bliskiego, nie tylko z grzechu, ale również z różnego rodzaju zgryzot, lęków i zniewoleń, powinien zawsze powierzać swoje prośby Maryi. Niech modlitwa wstawiennicza będzie zanoszona u boku Niepokalanej Wstawienniczki, a wszystkie dobre intencje niech dochodzą do Ojca przez jej ręce:

 

[…] możemy okazać miłość bliźniego w ten szczególny sposób, ponieważ dajemy im przez ręce Maryi wszystko, co byłoby dla nas najcenniejsze, to, co jest wynagradzającą i modlitewną wartością wszystkich naszych dobrych uczynków, nie wyłączając nawet najmniejszej dobrej myśli albo najmniejszego cierpienia. Dajemy nasze przyzwolenie, że wszystko, co już zostało nabyte lub co nabędziemy do czasu śmierci, powinno być wykorzystane zgodnie z wolą Matki Bożej w intencji nawrócenia grzeszników lub wybawienia dusz z czyśćca[16].

 

W słynnym Dialogu o Bożej Opatrzności św. Katarzyna ze Sieny z podziwem pisała o tych, którzy „spędzają czas na czuwaniu i ciągłej modlitwie, wśród westchnień i jęków, umartwiają się, aby wyjednać zbawienie grzesznikom”[17]. Modlitwa wstawiennicza pobożnych dusz okazuje się jak gdyby przedłużeniem ręki Bożej Opatrzności, która „dba i troszczy się o zbawienie [zagubionych] i przeto wzmaga i podnieca ogień miłości w duszach sług [Pańskich]”[18]. Orędownictwo osnute jest oczywiście pewną tajemnicą. Bóg nie może przecież złamać darowanej człowiekowi wolnej woli. Niemniej, badając tajniki ludzkiego serca (por. 1Krn 29, 17), jest On w stanie skutecznie dotrzeć do człowieka, bądź to przez odpowiednie okoliczności, bądź też przez głos Ducha (jak w przypadku św. Augustyna), aby ostatecznie sprowadzić zbłąkanego na właściwą drogę. Dlatego Chrystus mówił do św. Katarzyny ze Sieny: „Nieskończone są sposoby, których używam, aby wydobyć duszę występną z grzechu śmiertelnego”[19]. Opatrzność Boża chce użyć do tego celu swoich wiernych, złączonych krwią Chrystusa i wezwanych do budowania więzi miłości; „jesteśmy bowiem pomocnikami Boga” (1Kor 3, 9). Przykład takiej współpracy z Pasterzem szukającym zagubionej owcy dała św. Monika. Ukazała ona zarazem, bliskie podobieństwo do największej Orędowniczki, która nigdy nie ustaje, jedynej Matki Kościoła – Maryi.

Maryja, podobnie jak św. Monika, swoimi modlitwami sprowadza dusze chrześcijan do miejsca prawdziwej wiary. Traktus we mszy na święta Najświętszej Maryi Panny mówi bowiem: „Raduj się, Maryjo Panno: wszystkie herezje sama pokonałaś” (Gaude, Maria Virgo, cunctas haereses sola interemisti)[20]. Sformułowanie to staje się nieco jaśniejsze, gdy tylko weźmie się pod uwagę historię kształtowania doktryny katolickiej. Niemal wszystkie błędne nauki dotyczące Chrystusa (zwłaszcza Jego natury czy tożsamości), jak również spotkania natury i łaski roztrzaskały się przecież o tajemnicę macierzyństwa Bożej Rodzicielki. Wynika to również z samej matczynej miłości Najświętszej Panny, która została wybrana nie tylko na żywy dom dla Dzieciątka, ale również na uosobienie całego Kościoła. Maryja stanęła zatem – jako Wniebowzięta, Królowa i przedstawicielka Izraela – na straży prawdziwej doktryny, ponieważ poznała Jezusa ściślej, niż ktokolwiek inny. Św. Monika również walczyła o nawrócenie syna na prawdziwą wiarę; daje to pewne wyobrażenie na temat jednego z aspektów macierzyństwa Niepokalanej. Toteż „nie ma niebezpieczeństwa – pisał św. Ludwik Maria Grignion de Montfort – aby prawdziwe dziecko Maryi zostało zaprowadzone na manowce przez diabła lub popadło w formalną herezję”[21]. Sam różaniec jako podstawowa forma nabożeństwa maryjnego stanowił przez wieki skuteczną broń przeciwko szatanowi, pełniąc zarazem kluczową rolę w walce z herezją katarów, kalwinizmem oraz szeregiem innych błędnych nauk. Dlatego pisze św. Grignion de Montfort:

 

Ponieważ Maryja sama zniweczyła wszystkie herezje, jak mówi nam Kościół pod natchnieniem Ducha Świętego, oddany sługa Maryi nigdy nie znajdzie się w formalnej herezji lub błędzie, chociaż krytycy mogą jemu to zarzucać. Być może, że czasem istotnie pobłądzi, biorąc kłamstwa za prawdę, lub weźmie złego ducha za dobrego, lecz będzie mniej prawdopodobne, aby on to uczynił niż inni. Prędzej czy później odkryje swój błąd i nie będzie w nim trwał uparcie, lecz naprawi swoje myślenie i porzuci to, co błędnie wyznawał[22].

 

Obecność Rebeki, Rut oraz św. Moniki była pomostem, przez który łaska Boża dotarła do drugiego człowieka. Kościół katolicki – odmiennie od nastawionego indywidualistycznie protestantyzmu – od zawsze pojmował bowiem jedyne pośrednictwo Jezusa Chrystusa na sposób wspólnotowy. Krzyż wyjednał grzesznej ludzkości pełnię błogosławieństwa, lecz na samych chrześcijanach spoczęła odpowiedzialność, aby dzielić się tym darem w miłości i w zgodzie z wolą Bożą. Mówiąc jeszcze inaczej, Ojciec przyciąga do Siebie dzieci, częstokroć wykorzystując do tego ludzkie więzy (por. Oz 11, 4), zaś rozprzestrzenianie się darów duchowych w pewnym sensie zależy od umiejętnego współdziałania wszystkich członków Kościoła (por. 1Kor 14, 32). W obrazowy sposób mówi o tym Ewangelia Mateusza: „Przyszli do Niego uczniowie i powiedzieli: Miejsce tu bezludne i godzina już późna; roześlij ludzi, niech pójdą do miasta i kupią sobie pożywienia. Lecz Jezus odpowiedział: Nie muszą odchodzić. Wy dajcie im jeść. A potem łamiąc chleb rozdawał go uczniom, a ci dawali go rzeszom” (Mt 14, 15-16.19). Stąd idea pośrednictwa ludzkiego, które wcale nie stoi na przeszkodzie jedynemu pośrednictwu Chrystusa, ale przeciwnie – bierze w nim udział. Skoro zatem Bóg staje się w niebie „wszystkim we wszystkich” zbawionych (zob. 1Kor 15, 28), to czyż pomoc ludzka nie partycypuje w Bożej mediacji? Pisał o tym św. Liguori:

 

[…] jeśli Jeremiasz modli się po śmierci swej za Jerozolimę (2Mch 15, 14), jeżeli starcy, o których mówi św. Jan w swym Objawieniu (Ap 5, 8), przedstawiają Bogu modlitwy świętych, jeżeli św. Piotr obiecuje swym uczniom, że będzie o nich pamiętał po śmierci (2P 1, 15), jeżeli św. Szczepan modli się za swych prześladowców (Dz 7, 60), jeżeli św. Paweł poleca Bogu swych towarzyszy (Dz 27, 24), słowem, jeżeli święci mogą się za nas modlić, dlaczego my nie moglibyśmy ich prosić, żeby się za nami wstawiali? Św. Paweł często polecał się modlitwom uczniów: Bracia, módlcie się także i za nas! (1Tes 5, 25); św. Jakub napomina, by jedni modlili się za drugich (…). Któż przeczy temu, że Pan Jezus jest jedynym Pośrednikiem według prawa i że swymi zasługami wyjednał nam  pojednanie z Bogiem? Z drugiej jednak strony nie można zaprzeczyć, że Bóg lubi rozdzielać swe łaski przez wzgląd na wstawiennictwo świętych, a zwłaszcza Matki Maryi, którą Jezus pragnie widzieć kochaną i czczoną przez nas[23].

 

Maryja jest dla Kościoła i każdego wierzącego zarówno matką, jak i przyjaciółką, siostrą, towarzyszką, a nawet służebnicą, byle tylko zbliżyć chrześcijan do źródeł wody żywej. Toteż św. Grzegorz z Nareku, pamiętając o jej nieustannym schodzeniu i wychodzeniu dla ratunku swoich dzieci, modlił się do niej tymi słowami:

 

Zwracam się ku Tobie, święta Matko Boża, Ty byłaś umocniona i osłoniona przez Ojca Najwyższego, przygotowana i poświęcona przez Ducha Świętego, który spoczął na Tobie, upiększona przez Syna, który zamieszkał w Tobie. Przyjmij tę modlitwę i przedstaw ją Bogu. Zawsze wspierany przez Ciebie i napełniony Twoimi dobrodziejstwami, mając u Ciebie schronienie i światłość, będę żył dla Chrystusa, Twojego Syna i mojego Pana. Bądź moją obrończynią, proś, błagaj w mojej sprawie. Jak wierzę w Twoją niewymowną czystość, tak wierzę, że dobrze przyjmiesz moje słowa i prośby. I tak będzie, Matko naszego Pana, jeżeli w moim niepewnym szukaniu Ty mnie przyjmiesz, Ty cała nam dana! W moim miotaniu się i niepokoju Ty mnie uspokoisz, Ty, która jesteś uciszeniem. Zamieszanie moich namiętności Ty w pokój zamienisz, Ty, dawczyni pokoju. Moje gorycze Ty osłodzisz, Ty, która jesteś słodyczą. Moje nieczystości Ty usuniesz, Ty, która pokonałaś wszelkie zepsucie. Moje łkanie Ty uciszysz, Ty, która jesteś radością. Proszę Cię, Matko najwyższego Pana, Jezusa, któregoś porodziła jako Boga-Człowieka, a który jest wielbiony razem z Ojcem i Duchem Świętym, który jest wszystkim we wszystkich rzeczach. Jemu niech będzie chwała przez wszystkie wieki wieków. Amen[24].

 

Michał Gołębiowski 

 

[1] Zob. A. Zornberg, Ukryta alternatywa – rzecz o Księdze Rut, „Midrasz”, nr 5/1999, s. 27.

[2] Rozmaicie próbowano wyjaśnić zastosowaną przez Rebekę intrygę. Jedna z interpretacji mówi, że w Starym Przymierzu obowiązywał inny, aniżeli w Nowym poziom moralności. Wówczas „święty podstęp” nie był jeszcze jawnym złem. Czy św. Ludwik Maria Grignion de Montfort uwzględniał to wyjaśnienie, kiedy tworzył analogię pomiędzy Rebeką a Maryją? Wydaje się, że wziął on pod uwagę komentarz św. Augustyna do Księgi Rodzaju. Tak czy inaczej, Maryja byłaby we wszystkim podobna do Rebeki, za wyjątkiem stosowania podstępu jako środka do pozyskania błogosławieństwa. Od czasu Kazania na górze zaczęły bowiem obowiązywać wyższe standardy moralne, co unaocznia chociażby przywołanie przez Jezusa zasady „oko za oko, ząb za ząb” i zastąpienie jej nauką o nadstawieniu drugiego policzka (zob. Mt 5, 38-42); zob. L.M. Grignion de Montfort, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, tłum. M. Czekański, Kraków 2014, s. 146-158; por. S. Łach, Księga Rodzaju. Wstęp – przekład z oryginału – komentarz, Poznań 1962, s. 418.

[3] L.M. Grignion de Montfort, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, jw., s. 149.

[4] KKK, nr 2577.

[5] Por. Augustyn z Hippony, Wyznania III, 12, tłum. J. Czuj, Kraków 2008, s. 78.

[6] Augustyn z Hippony, Wyznania III, 11, jw., s. 77.

[7] Augustyn z Hippony, Wyznania IX, 12; V, 7, jw., s. 229; 113.

[8] Augustyn z Hippony, Wyznania VIII, 12, jw., s. 203.

[9] L.M. Grignion de Montfort, Traktat II, D, 172, jw., s. 137-138.

[10] A.M. de Liguori, Wysławianie Maryi, tłum. S. Misiaszek, M. Pierzchała, Kraków 2016, s. 27.

[11] L.M. Grignion de Montfort, Traktat o prawdziwym nabożeństwie do Najświętszej Maryi Panny, jw., s. 166.

[12] A.M. de Liguori, Wysławianie Maryi, jw., s. 132.

[13] A.M. de Liguori, Wysławianie Maryi, jw., s. 132.

[14] A.M. de Liguori, Medytacje pasyjne. Medytacje różańcowe, Kraków 2011, s. 206.

[15] Zob. L.M. Grignion de Montfort, Traktat I, B, 37-38, jw., s. 28-29.

[16] L.M. Grignion de Montfort, Traktat II, D, 172, jw., s. 137-138.

[17] Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności, czyli Księga Boskiej Nauki, tłum. L. Staff, Poznań 2015, s. 371.

[18] Katarzyna ze Sieny, Dialog, jw., s. 372.

[19] Katarzyna ze Sieny, Dialog, jw., s. 372.

[20] Mszał Rzymski, Poznań 1963, s. 648.

[21] L.M. Grignion de Montfort, Traktat, jw., s. 166.

[22] L.M. Grignion de Montfort, Traktat, jw., s. 133-134.

[23] A.M. de Liguori, Wysławianie Maryi, jw., s. 95-96.

[24] Modlitewnik zawierzenia Maryi, oprac. E. Myrcha-Jachimczuk OFS, Kraków 2017, s. 302-303.


Michał Gołębiowski

(1989), historyk literatury dawnej, filolog, historyk idei, doktorant UJ. Zajmuje się również patrystyką. Autor książki Małżeństwo Józefa i Maryi w literaturze i piśmiennictwie staropolskim doby potrydenckiej.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij