Postchrześcijaństwo
2019.03.13 18:37

Postchrześcijaństwo — niezbędne sprecyzowania wstępne

Artykuł jest drugą częścią cyklu o postchrześcijaństwie.

 

Nazwa „postchrześcijaństwo” zdaje się zawierać w sobie sugestię, że nazywany fenomen musi ukazywać się „po” chrześcijaństwie, tak jak epoka przychodzi po epoce, a panowanie jednego kulturowego eonu — po innym i w jego zastępstwie. Takiego sensu nabiera słowo „postchrześcijaństwo”, gdy użyjemy go wyłącznie jako roboczej etykietki dla tego nie-wiadomo-czego, co wyłania się na oczach ostatnich pokoleń na terenach wielowiekowego panowania religii chrześcijańskiej i christianitas, jakby w ich miejsce. Jest normalne, że wobec fenomenu zarazem tak bliskiego — czasowo i kulturowo — oraz wciąż in statu nascendi, analitycy pozostają bezsilni, i dlatego tymczasowo zadowalają się zbieraniem różnych elementów do wielkiego worka opisanego jako „to, co idzie po chrześcijaństwie”.

Jednak można też inaczej — i tutaj pójdziemy tą inną drogą. W dalszych analizach i namysłach postchrześcijaństwo uzyskuje sens równocześnie szerszy i choć trochę bardziej sprecyzowany niż w przypadku wspomnianym wyżej. Sens jest szerszy — ponieważ postchrześcijaństwa nie zawężamy do ostatnich dziesięcioleci widocznej detronizacji chrześcijaństwa w życiu Zachodu; sens terminu odłączamy od myślenia w kategoriach dziejowego następstwa formacji społeczno-kulturowo-religijnych.

W przyjętym tu rozumieniu postchrześcijaństwem jest natomiast formacja (lub formacje), która — w jakimkolwiek czasie, a więc i w starożytności czy średniowieczu itd. — powstaje z przetworzenia chrześcijaństwa. Jest to warstwa materialna naszego określenia: postchrześcijaństwem jest to, co powstaje na chrześcijańskim gruncie i z chrześcijańskich elementów (choć oczywiście może następnie przerzucać się gdzie indziej oraz mieszać z innymi wpływami). W sensie nieco szerszym będzie też zaliczało się do postchrześcijaństwa to, co może i nie jest już wprost modyfikacją żywego chrześcijaństwa, ale jest nadal efektem odniesienia do niego lub na tyle mocno dziedziczy wpływ chrześcijański, że nie da się bez tego poprawnie objaśnić.

Do tego dochodzi niezbędne sprecyzowanie formalne, które jest o wiele trudniejsze do uchwycenia. Pytamy: przez co chrześcijaństwo zostaje przetworzone na tyle, że nie jest już sobą, lecz czymś jedynie bardziej lub mniej łudząco podobnym? Przy pierwszym podejściu do tematu powiedziałem, że ta metamorfoza zmierza do pozbawienia chrześcijaństwa tego, co czyni zeń religię prawdziwą i chciany przez Boga sposób oddawania mu chwały, czyli ortodoksję. Jednak nie zawsze jest to efekt natychmiastowy, a nawet nie zawsze jest on przewidywany i zamierzony. Sprawa jest skomplikowana.

Dotkniemy istoty kwestii, gdy powiemy, że chrześcijaństwo staje się postchrześcijaństwem nie przez tę czy inną usterkę doktrynalną lub moralną (czyli przez typową herezję czy kryzys obyczajowy), lecz w wyniku zupełnie zasadniczej blokady w warstwie życia teologalnego: wiary, nadziei i miłości. Rzecz będzie wymagała dokładniejszego prześledzenia w toku dalszych wglądów historycznych — jednak z pewnością nie będzie pomyłki w domyśle, że nie ma postchrześcijaństwa bez uaktywnienia się czynników takich jak niewiara-apostazja, desperacja, zniechęcenie-acedia. To sprawia, że zachowują się i są nadal „w grze” całe struktury świadomości chrześcijańskiej, lecz oderwane od swego teologalnego centrum i sensu, a następnie z reguły przetwarzane według reguły etsi Deus non daretur, „jakby Boga nie było”.

Wspomniane wyżej: niewiara, desperacja i zniechęcenie, to między innymi nazwy używane w traktatach teologów dla oznaczenia grzechów przeciw trzem cnotom boskim: wierze, nadziei i miłości. W sensie ścisłym mówimy o tych grzechach tylko w odniesieniu do zachowań konkretnych osób, jednostek. To przecież konkretni ludzie tracą wiarę bądź poddają ją prywatyzującej selekcji, niedomagają w nadziei lub stają się niezdolni do czerpania radości z tego co przybliża ich do umiłowanego Boga. My natomiast mówimy obecnie o owych deficytach i szkodach w wymiarze społecznym i historycznym — na podstawie założenia, że chociaż chorują poszczególni ludzie, czasami układa się to w epidemię.

Jednak postchrześcijaństwo nie jest tylko utrwalonym zapisem niewiary, beznadziei i acedii. One stoją za całym problemem postchrześcijaństwa, lecz są w nim raczej ukryte niż manifestowane. Albowiem postchrześcijaństwo jest próbą „poradzenia sobie” z kryzysami wywołanymi chorobami dusz, które wymieniliśmy. Jest więc, w swoich różnych wersjach, próbami zasklepienia ran i wyrw, które powstają w chrześcijaństwie poddanym dyktatowi niewiary, desperacji i zniechęcenia. W tym sensie postchrześcijaństwo bywa po prostu takim „chrześcijaństwem”, które da się zaakceptować przez kulturę przyjmującej jako stan domyślny ludzkiej kondycji pewne postacie grzechów przeciw wierze, nadziei i miłości. „Chrześcijaństwem”, które jest lub zmierza do tego, by stać się czymś pożytecznym i wartościowym nawet jeśli żadnego znaczenia nie miałby w nim związek z Bogiem.

Przyglądając się sprawie w aspekcie wiary i niewiary, można więc powiedzieć, że przetworzenie chrześcijaństwa polega na zasadniczej zmianie racji, dla której jest ono akceptowane lub odrzucane. Dla chrześcijaństwa tą racją, którą się ono legitymuje, jest roszczenie prawdziwości, nierozdzielnie związane z pojmowaniem samego siebie jako objawienia danego przez Boga i jako drogi zbawienia wiecznego. Krótko mówiąc, chrześcijaństwo uznaje się za poprawnie przyjęte jedynie gdy przyjmujący robi to z przeświadczeniem o jego prawdzie, a praktykowanie owej religii prawdziwej uznaje za wierność Bogu samemu i swoje zdążanie do życia wiecznego. Natomiast modyfikacja tworząca postchrześcijaństwo powstaje wtedy gdy te najwłaściwsze racje akceptacji chrześcijaństwa (lub sporu z nim) zostają — w środowisku znajdującym się nadal pod jego wpływem, choćby przez istniejące dziedzictwo — zastąpione czymś innym (do wyboru: szlachetnością moralną, pożytkiem społecznym, pięknem ideałów…).

Na tle tych doprecyzowań staje się, mam nadzieję, zrozumiałe, dlaczego w poprzednim tekście wprowadzającym napisano, że nie każda herezja jest postchrześcijaństwem. O ile bowiem każda herezja jest umniejszeniem chrześcijaństwa (wyborem lub raczej wyrwaniem jakiejś części z całości, albo może przyjęciem „całości” pozbawionej jakiejś części), o tyle jedynie formacje postchrześcijańskie umniejszają je — i de facto unieważniają — przez usunięcie samej racji generalnej jego znaczenia. Zaryzykujmy analogię, zgodnie z którą jeśli inne herezje są jak pierwsze lepsze grzechy (niektóre ogromnie ciężkie, lecz wciąż pozostawiające niezatartą drogę do nawrócenia), o tyle herezja postchrześcijaństwa jest jak tajemniczy grzech przeciw Duchowi Świętemu — który odcina drogę nawrócenia, gdyż unieważnia sam problem nawrócenia. W przypadku postchrześcijaństwa mielibyśmy więc nie jedno czy drugie odstępstwo od prawdy chrześcijaństwa, lecz w ogóle unieważnienie przyjmowania go w aspekcie prawdy. Nasza analogia nie oznacza oczywiście, że apostazja czy herezja postchrześcijańska jest od pierwszego kroku zatraceniem bez szans nawrócenia — lecz ma ukazać skalę problemu: istotą postchrześcijaństwa jest zachowywanie pozorów trwania w chrześcijaństwie, przy odebraniu mu właśnie tego, co jest w nim religią, wiarą i zbawieniem.

Jako kwestia wymagająca uważnej analizy będzie do nas wracać pytanie o to jaki udział w wytwarzaniu postchrześcijaństwa mają poszczególne z wymienionych deficytów duchowych, odnoszących się do wiary, nadziei i miłości. Wydaje się, że najbliższa pełniejszego naświetlenia jest relacja postchrześcijaństwa i niewiary — gdyż łatwiej nam obserwować relację między ideami, konceptami rozumowymi i rozumowym komponentem wiary religijnej. Udział aktów desperacji i zniechęcenia jest zapewne co najmniej równie ważny, lecz jest trudniejszy do uchwycenia lub po prostu wymaga stanowiska obserwacyjnego innego niż to, które zajmuje historyk idei. Tego innego punktu widzenia nie powinno zabraknąć w dalszych przybliżeniach do analizy źródeł postchrześcijaństwa.

Zatrzymując się teraz przy etapie antyteologalnego „wielkiego wybuchu” — bez którego nie rozpoczynają się dzieje żadnej formacji postchrześcijańskiej — nie możemy tracić z oczu tego, że nie jest to koniec historii: tak jak w różnych momentach i miejscach świata chrześcijańskiego może, przez jakiś zwrot niewiary, wystartować taka czy inna forma postchrześcijaństwa, tak może ona następnie ewoluować, zwykle wraz z wykruszaniem się z niego kolejnych warstw dziedzictwa religijnego. Dzieje formacji postchrześcijańskich idą różnymi szlakami, z których dwa pierwszorzędnie ważne to z jednej strony odrzucanie poza „istotę chrześcijaństwa” tych elementów, których konieczność nie jest widoczna w świetle nowego paradygmatu postchrześcijańskiego; z drugiej strony — likwidacja form życia związanych z tymi elementami „niekoniecznymi”.

W sposób naturalny dzieje się to również w konfrontacji z innymi postchrześcijaństwami. Pamiętajmy więc, że każde z postchrześcijaństw zawiera równocześnie resentyment względem chrześcijaństwa Kościoła oraz — niekiedy ukryte — pożądanie bycia „czystym chrześcijaństwem” albo czymś-lepszym-niż-chrześcijaństwo, oczywiście wedle kryteriów dalekich od ortodoksji. Zatem dużą rolę w każdym postchrześcijaństwie odgrywa zarówno logika zerwania (w stosunku do autorytetu i dominacji Kościoła), jak i żądza bycia „prawdziwą ewangelią”.

W końcu należy też uwzględnić ogromnie ważny fenomen adaptacyjny: im cięższa jest masa postchrześcijańskiej kultury laickiej zbudowanej na otwartym dystansie (apostazji) względem chrześcijaństwa religii prawdziwej, tym silniejsza jest we wspólnotach tego ostatniego tendencja do upodobnienia do tego pierwszego. Prowadzi to do krystalizowania się wewnątrz ortodoksyjnej społeczności kościelnej swoistego postchrześcijaństwa ludzi wierzących, na obraz i podobieństwo laickiego postchrześcijaństwa apostazji. Krótko mówiąc, wpływowe postchrześcijaństwa apostatów rzadko istnieją bez swoich homologów wewnątrz wspólnoty ludzi wierzących.

W którym miejscu dziejów powinniśmy rozpocząć nasze próby uchwycenia procesów wytwórczych postchrześcijaństwa? Z tego, co powiedziano wyżej, wynikałoby, że procesy te są, w jakiejś skali, współczesne całej erze chrześcijańskiej. Jednak możemy przyjąć założenie, że badanie rozpoczyna się raczej tam gdzie dochodzi do wytwarzania się wielkich rozłamów, które — właśnie w logice postchrześcijaństwa — ucieleśniły się w wielkich strukturach cywilizacyjnych. Dlatego naszą opowieść zaczniemy nie wcześniej niż w dobie późnego renesansu, w przeddzień rewolucji religijnej na Zachodzie.

Paweł Milcarek

 

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

----- 


Paweł Milcarek

(1966), założyciel i redaktor naczelny "Christianitas", filozof, historyk, publicysta, freelancer. Mieszka w Brwinowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij