Komentarze
2017.09.28 18:07

Papież Franciszek, o. Martin i Wiara bez Rozumu

Jak wiadomo każdemu, kto śledzi wydarzenia w Kościele katolickim, w minioną niedzielę, upubliczniono fakt „synowskiego upomnienia” papieża Franciszka. Dokument ten, początkowo podpisany przez czterdziestu uczonych, księży i biskupów, został przekazany papieżowi w lipcu. Wobec braku odpowiedzi sygnatariusze, których liczba wzrosła do sześćdziesięciu dwóch, postanowili podać do publicznej wiadomości siedem punktów, co do których papież rozmyślnie lub bezwiednie, dopuścił się, bądź też pozwala na herezję.

Te siedem punktów zostało już omówionych w kilku miejscach. Można, a nawet powinno się je przeczytać, np. tutaj. Znalazły się tam argumenty zasługujące na rozważenie. Wszystkie one wynikają oczywiście z tego, co Amoris Laetitia rzekomo mówi o ludziach rozwiedzionych, a żyjących w ponownych związkach, bez stwierdzenia nieważności ich poprzedniego małżeństwa.

Autorzy „upomnienia” podnoszą, że papież nauczał, a przynajmniej nie potępił twierdzeń takich jak na przykład: łaska Boża jest niewystarczająca, aby w pewnych okolicznościach umożliwić wybór dobrego działania; rozwiedzeni żyjący w ponownych związkach, którzy w pełni rozumieją znaczenie swoich czynów, mogą nie być w stanie grzechu śmiertelnego; wręcz przeciwnie, postępowanie zgodne z prawem moralnym w pewnych okolicznościach może okazać się grzeszne (np. rozstanie się z partnerem w drugim „małżeństwie”); nie istnieją żadne bezwzględne zakazy w prawie Bożym lub naturalnym; Jezus oczekuje, abyśmy porzucili dawną dyscyplinę moralną w odniesieniu do Eucharystii itd.

Te dobre i wierne osoby wykazały się odwagą, podając do publicznej wiadomości swoje przekonania i nazwiska. Niestety, podobnie jak to było w przypadku dubii przedstawionych papieżowi przez czterech kardynałów, szanse na otrzymanie repliki są znikome. A przecież od odpowiedzi na te pytania nie da się uciekać w nieskończoność.

W tym miejscu wychodzi na jaw głębszy problem, którego tych siedem błędnych nauk jest jedynie objawem, a który zaczyna obejmować rozległe obszary Kościoła.

Oto jesteśmy świadkami tego, jak Kościół próbuje zachować Wiarę bez pełnego wsparcia Rozumu. W pewnym sensie jest to zaskakujące, ponieważ zazwyczaj za jedynych chrześcijan porzucających rozum, a przez to niezdolnych do rozumnej debaty uważa się fundamentalistów. Jednak w obecnym momencie dziejowym mamy do czynienia w Rzymie i poza nim z postępową grupą, która zdaje się żywić przekonanie, że Rozum w jakimkolwiek wyrazistym znaczeniu tego słowa, zniekształca Wiarę lub nawet jej przeszkadza.

Członkowie tej grupy są świadomi celu do którego dążą i nie pozwolą, aby zatrzymały ich w tym sprzeczności w rozumowaniu, zauważane przez teologów, filozofów czy zwykłych wiernych.

Stara filozoficzna reguła mówi, że ​​rezygnując z zasady niesprzeczności, można udowodnić cokolwiek. Tutaj mamy tego ewidentny przykład.

Oto ks. Antonio Spadaro SJ z La Civiltà Cattolica twierdzi bowiem, że jako dobry jezuita, Ojciec Święty nie podejmuje problemu poprzez zbadanie jego logicznych konsekwencji, lecz dokonuje raczej bezpośredniego, całościowego oglądu, szukając przy tym inspiracji Ducha Świętego. Być może. (Nie możemy być wszakże pewni, czy znalazłby się ktokolwiek, kto może przedstawić rzeczywiste przekonania Ojca Świętego).

Zważmy jednak na zamieszanie do jakiego prowadzi to w Kościele.

Według Amoris Laetitia, jak mówią nam rozmaici jej interpretatorzy, podtrzymywanie trwałej relacji seksualnej między rozwiedzionymi żyjącymi w ponownych związkach może być w danych okolicznościach najlepszym rozwiązaniem. Natomiast jej zaniechanie może zaszkodzić rodzinie i dobru dzieci.

A oto inny przykład. Pewien przemysłowiec zarabia naprawdę duże pieniądze zanieczyszczając przy okazji lokalne środowisko. Mam na myśli prawdziwe zanieczyszczenie, a nie działania mające rzekomo przyczyniać się do zmian klimatycznych. Czytelnik Laudato Si czyni mu z tego powodu wyrzut. Przemysłowiec odpowiada jednak, że uczynienie jego zakładu „czystym” spowodowałoby dlań olbrzymie straty, prawdopodobnie prowadząc do odejścia żony i dzieci, nie wspominając już o szkodach dla rodzin robotników, których musiałby zwolnić. Zatem najlepszym, co może w tej sytuacji uczynić to wyrazić swój żal z jej powodu, kiedyś, pewnego dnia, postarać się naprawić tę sytuację, ale w międzyczasie nie podejmować żadnego działania.

Podobny brak logicznej spójności widzimy w przypadku duchownego celebryty, o. Jamesa Martina. Mówi on, że „wspólnota” LGBTQ nie „przyjęła” kościelnego nauczania na temat homoseksualizmu i dlatego nie jest ono dla niej wiążące. W teologii rzeczywiście istnieje techniczne pojęcie „przyjęcia” nauczania przez wiernych, ale w tej sytuacji nie znajduje ono zastosowania. Podobnie było w kwestii antykoncepcji. Po wydaniu Humanae vitae próbowano zastosować ten sam argument w równie wadliwy sposób.

Dlaczego okazuje się on bezpodstawny? Otóż jeżeli wynika on z wykładni, na której progresiści obecnie opierają swoje działania, to miliony ludzi, zazwyczaj najbardziej wiernych i aktywnych katolików, nie „przyjęło” i najprawdopodobniej nigdy nie „przyjmie” tego co (powtórzmy) wydaje się być nauczaniem Amoris Laetitia. Czy wobec tego przywołana adhortacja nie jest dla nich wiążąca? A jeśli nie jest, to dlaczego właśnie tych katolików, a nie innych, oskarża się o sztywność, brak miłosierdzia, faryzeizm itd.?

Czy istnieje w ogóle takie nauczanie, które można uznać za uniwersalnie wiążące oraz katolickie, skoro może znaleźć się ktoś, kto go nie „przyjął”? W chwili, gdy wchodzimy na tę drogę, jesteśmy już blisko jakiejś formy radykalnego protestantyzmu.

Nie wiem czy tego chcą papież Franciszek lub o. Martin. Wiem natomiast, że poza bezpośrednim zasięgiem ich idei znajdują się konsekwencje, które mogą być przez nich niepożądane.

Ponieważ żaden z nich nie jest poważnym teologiem ani nawet poważnym myślicielem, postrzegają oni każdego, kto stawia pytania o konsekwencje jako irracjonalnego wroga (sztywniaka, homofoba itd.) zamiast, jak to zawsze miało miejsce w Kościele, uważać go za kogoś, kto próbuje rozwijać głęboki i spójny sposób rozumienia tego, czego od nas oczekuje nasz Pan.

Na zaproszenie do dialogu, które wysłał felietonista New York Times Ross Douthat, o. Martin odpowiedział stwierdzeniem, że Douthat proponuje Kościół „pewników”. To stara i bardzo słaba zasłona dymna; tak jakby niesłychany rozwój chrześcijańskiej myśli, trwający przez wieki, pomniejszał centralne znaczenie „spotkania z Jezusem”.

Wystarczy spojrzeć choćby na Akwinatę, aby zrozumieć, że wszelki wysiłek myśli może zostać wprzęgnięty w służbę lepszego poznania i zrozumienia Ukochanego oraz poszukiwania dróg wypełnienia Jego woli.

Alternatywą dla tej ostrożnej, cierpliwej i kochającej wrażliwości względem Tego, który objawił się w historii, Piśmie Świętym, Tradycji, życiu świętych mężczyzn i kobiet oraz w dziele wielkich myślicieli katolickich jest zastąpienie Jezusa twoimi i moimi poglądami na temat tego, kim On był, czy też kim powinien być.

To rozwiązanie ma już pięćsetletnią historię. Cechuje się nawet pewną (ułomną wszakże) logiką. Ale tej logiki nie można już nazwać katolicką.

Robert Royal

 

tłum. Piotr Chrzanowski

 

This column first appeared on the website The Catholic Thing (www.thecatholicthing.org). Copyright 2017. All rights reserved. Reprinted with permission.

 


Robert Royal

Jest redaktorem naczelnym The Catholic Thing oraz prezydentem Faith & Reason Institute w Waszyngtonie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij