Recenzje
2020.08.19 12:47

The Nightingale, czyli ballada o złym świecie

The Nightingale, reż. Jennifer Kent, Australia, 2018

 

Filomela, bohaterka pewnego okrutnego mitu greckiego, przetwarzanego przez Williama Shakespeare’a, Jana Kochanowskiego oraz wielu innych poetów, uciekła od cierpień tego świata zamieniając się w jaskółkę. Wcześniej jednak została zgwałcona przez Tereusa, króla oraz syna boga wojny, który następnie odciął jej język oraz dłonie, aby nikt nie mógł się dowiedzieć, kto był sprawcą tego nieludzkiego bestialstwa. Ironią złowrogiej Fortuny było to, że imię Filomeli oznaczało dosłownie „przyjaciółkę pieśni”. Teraz pieśni ucichły, nie mogąc już wyrażać nawet żalu. Duchową siostrą Filomeli byłaby Clare, irlandzka imigrantka w Australii, którą poznajemy jako śpiewaczkę obdarzoną pięknym głosem. Wykonuje ona przed pijanymi angielskimi żołnierzami stare ludowe piosenki o sielskim życiu, oczekiwaniu dziewczyny na wracającego z oddali chłopca oraz miłości pasterza do pastuszki. Tak, jak Filomela zamieniła się w jaskółkę, tak też Clare nazywano „skowronkiem”. Wkrótce widz dowiaduje się jednak o wielokrotnych gwałtach, jakich dokonywano na młodej Irlandce, aby mogła spłacić dług wobec pewnego brytyjskiego oficera. Próba sprzeciwu budzi ze snu ludzką bestię. Ginie mąż Clarice, następnie jej nowonarodzone dziecko, a ona sama jest zmuszona uciekać w głąb buszu, gdzie z rozwianym włosem i dzikim szaleństwem w oczach, poprzysięga zemstę na sprawcach rzezi.

Na strukturę surowego naturalizmu The Nightingale, będącego filmowym traktatem o wielkim cierpieniu świata, składają się, jak sądzę, trzy poziomy literackich inspiracji. Twórczyni obrazu, Jennifer Kent, już jako autorka Babadooka udowodniła, że jest mistrzynią opartego na elementach onirycznych portretu psychologicznego, zwłaszcza jeśli dotyka skrajnie traumatycznych wydarzeń czy wspomnień. Także tutaj dostajemy szereg sekwencji snu obnażającego demony skłębione w głowie głównej bohaterki. Zmarli bliscy, osoby, które za życia kochały i były kochane, powracają w koszmarach jako ociekający krwią towarzysze oprawców, a płacz mordowanego dziecka rozlega się po nocnym buszu Tasmanii, nie dając się uciszyć ani ukoić. Clarice staje się wówczas jedną z „szalonych niewiast”, które znamy z romantycznych ballad o „pani, która zabiła pana”. Aby uwypuklić charakterystyczny rys tych mrocznych postaci, warto przywołać fragment dość już zapomnianego utworu Romana Zmorskiego:

 

Hej! tam za borem,
Nad białem jeziorem (...).
Rękoma po łożu chwyta,
Pierśmi robi, zęby zgrzyta,
Usta zbladły mu jak ściana,
Z ust się sina toczy piana.

Przy nim krwią zbroczona,
Stoi młoda żona,
W ręku ostry nóż ściska,
Oczyma straszno błyska –
I radośnie się śmieje –
Śpiewa – pląsa – szaleje...

 

Wstrząs estetyczny okazuje się tym mocniejszy dzięki wkomponowaniu tej irlandzkiej Filomeli czy Ofelii w brutalny realizm obrazu historycznego. Co więcej, we współczesnym kinie autorskim można dostrzec wyraźne i świadome powroty do XIX-wiecznych narracji w stylu powieści Nathaniela Hawthorne’a, Hermana Melville’a albo Henry’ego Jamesa. Było to ewidentne w przypadku The Witch, bajki ludowej z Nowej Anglii Roberta Eggersa i równie mocno w The Lighthouse tego samego reżysera. Widać to również w wielu innych filmach, na czele ze Sweet Country Warwicka Thorntona, filmie tematycznie i strukturalnie dość podobnym do The Nightingale. A więc po pierwsze ballada wywiedziona z „czarnego romantyzmu” (dark romanticism), po drugie stary, nobliwy realizm amerykańskiej powieści, i wreszcie po trzecie – powieść gotycka, która znalazła już swoje odzwierciedlenie w kulturze amerykańskiej (mowa o nurcie tzw. southern gothic), a teraz ukazuje nieznane, już nie słoneczne, nie gęste od zieleni, ani czerwone od piasku, lecz blade od mgły i ciemne oblicze Australii.

Te trzy poziomy estetycznej inspiracji zaskakują w przypadku twórczyni tego typu, co Jennifer Kent. Zasłynęła ona bowiem jako reżyserka i scenarzystka wspomnianego już Babadooka, kameralnej przypowieści o depresji i rodzicielstwie, a przy tym jednego z najbardziej błyskotliwych debiutów filmowych ostatnich kilku, a nawet kilkunastu lat; dzieła rzeczywiście kultowego, które zaraz po premierze trafiło do kanonu klasyki kina grozy (czy raczej gatunku zwanego elevated horror, a więc ambitnej, wysokoartystycznej realizacji filmowego horroru). Kolejny film Kent, owa snuta dziewiętnastowiecznymi technikami narracji opowieść o bezwzględnej brutalności świata, jest już czymś innym. Można jednak wskazać na jeden element, który łączy oba te dzieła. Jest nim próba odnalezienia się głównych bohaterek, Amelii w Babadooku i Clarice w The Nightingale, w świecie, który jawi się jako „łez padół”. Obie doświadczyły bezsensownej straty oraz niesprawiedliwości. Krzywdy nie zostały jednak w żaden sposób zrekompensowane przez życie, lecz przeciwnie – pozostawiając po sobie przeraźliwą pustkę, jednocześnie zaczęły wciągać niewinne ofiary w ciemność, na którą przecież nie zasłużyły jako „ludzie dobrej woli”. O ile jednak Amelii ostatecznie udało się ujarzmić demona depresji, o tyle powzięty przez Clarice plan zemsty nie przynosi ukojenia. Gwałciciel i morderca, oficer Hawkins, ginie bowiem nie z jej własnej ręki, lecz z ręki innego reprezentanta uciskanej mniejszości, Aborygena Mangany. Śmierć oprawcy nie wyrównuje krzywd, nie ściąga na ziemię sprawiedliwości, nie łagodzi rozdzierającego, bolesnego krzyku, którym rozbrzmiewa cała Tasmania. Słońce, jak pokazuje zakończenie filmu, świeci gdzie indziej.

Świat wykreowany w filmie The Nightingale to przestrzeń aż po brzegi wypełniona cierpieniem. I nie chodzi tu jedynie o kolonizowaną w XIX wieku Australię, ani o tę jedną, konkretną historię Clarice. Kent od samego początku czyni bowiem z konkretnej przestrzeni geograficznej czy historycznej raczej egzemplifikację – nawiązując do języka Biblii – całego stworzenia, które aż dotąd jęczy i wzdycha, choć nie do końca wiadomo, czy są to na pewno bóle rodzenia (Rz 8,22). Może cierpienie jest całkowicie bezsensowne, czy też – mówiąc dosadniej – po prostu jest, i na tym kończy się jego tajemnica. Obraz dostarcza jednak pewnej konsolacji, wprawdzie gorzkiej, lecz może najbardziej sprawdzonej: doświadczenie zła i cierpienia jest tym, co jednoczy ludzi, niezależnie od wieku, pochodzenia czy koloru skóry. Dla oprawcy tyle samo znaczy tubylec, co zadłużony bądź wyjęty spod prawa imigrant z Europy. Wszyscy zrodzili się pod tym samym prawem zepsucia. Każdy też dźwiga swoje jarzmo. Widać to zwłaszcza w scenie ukazującej te same łzy wszystkich, kiedy to Clarice, sama będąc osobą uprzedzoną w stosunku do rdzennych Aborygenów, jednoczy się z jednym z nich w człowieczeństwie, gdyż zauważa w jego życiu to samo wykluczenie i przemoc, której ofiarą stała się ona sama. I jeszcze jedno pocieszenie: pieśń o Filomeli – czego nie przewidział Tereus – rozbrzmiewała nawet wówczas, gdy ona sama, pozbawiona języka, nie mogła śpiewać o sobie.

Michał Gołębiowski

----- 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.

 


Michał Gołębiowski

(1989), filolog, historyk idei oraz literatury dawnej, doktorant UJ. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Do tej pory wydał „Małżeństwo Józefa i Maryi w literaturze i piśmiennictwie staropolskim doby potrydenckiej” (Kraków, 2015) oraz „Niewiastę z perłą. Szkice o Maryi Pannie w świetle duchowości katolickiej” (Kraków, 2018). Stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego. 

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij