Opowiadania
2014.05.10 09:36

Monologi św. Marcina

Monolog pierwszy
Powiem sobie teraz coś co zawsze chciałem sobie powiedzieć, co być może tkwiło na dnie mojej duszy, ale do dna tego nie miałem dostępu; nie potrafiłem tego odkryć bez Boga, który jako jedyny mógł mi zesłać mądrość i wiedzę o samym sobie.


Mówię do siebie tak: „Popatrz więc, Bóg jest jak morze” i choć to nie jest dostateczne przecież porównanie, to dla ludzkiego rozumu i potrzeb słów zdaje się być wystarczające po wsze wieki.


Czy nie jest tak, że gdy staję na brzegu tego, czy tamtego morza, widzę tylko powierzchnię i choć wiem jak jest to w rzeczywistości niezwykły ogrom, nie tylko po horyzont, ale i w głębinę, to tak naprawdę nie dostrzegam nic; nie obejmuję umysłem, ani nawet, zdawać by się mogło nieskończonym w ludzkiej naturze wyobrażeniem, całego bezmiaru wody.


Zapytam się zatem: „Co z Bogiem wtedy?” I tak też odpowiem sobie drugim pytaniem: “Jak można wyobrazić sobie bezmiar miłości?”


Czyż nie muszę umieć pływać, i to pływać doskonale, by utrzymać się na pełnym morzu? Tonie ten, kto nie potrafi dać unieść się sile żywiołu i zaufać jego potędze. Tonie ten, kto odrzuca miłość Boga i jak tonący w morzu, miast się ratować tym co daje ratunek, coraz bardziej pogrąża swoją duszę gwałtownymi ruchami przywołującymi panikę i śmierć, miast nadziei. Jeśli zaś nauczę się pływać, będę czerpał tak z morza jaki i z miłości pełnymi garściami wiele spokoju, a żadna fala mnie nie przerazi. Choćby sztorm rzucał mną o skały będę wiedział, że ten co ma ufność i umie pływać w morzu miłości, nigdy w nim nie utonie.


Monolog drugi
Każdy z nas jest Zacheuszem. Każdy jest celnikiem i zdrajcą, każdy jest marną, pokrętną i haniebnego wzrostu naturą. A jednak nie każdy z nas potrafi to wykorzystać i dostrzec, że tylko zapominając o sobie i rezygnując z własnej woli, a oddając się temu co w Bożym umyśle powstało możemy marność swojego życia obrócić w wiarę i życie wieczne.


A nędzę swą obrócić w wiarę to tyle co wejść na wysoki krzew by zobaczyć Chrystusa, ponieważ wiara to pogarda dla pychy i unikanie podziwu innych, który to podziw osłabia i duszę i umysł. A w jakiej pogardzie trzeba mieć swoją istotę by wejść na drzewo po to tylko by przewyższyć tłuszczę, która zasłania widok.


Jakże często dla mnie, ważniejsze jest zdanie innych niż łaski niebios.


Jest jednak tak, że gdy duszę pali żar i widzi ona szansę na ukojenie w chłodnym morzu to nie zważa na to, iż ludzie wokół za nierozsądne uznają gwałtowne wbiegnięcie do zimnej wody, czy wdrapanie się na krzew, przez statecznego męża, jak uczynił Zacheusz szukając ulgi w widoku Zbawiciela. Mówią ludzie wtedy z drwiną: „Człowiek zbyt rozgrzany”. Szaleństwa tego jednak starcza zwykle człowiekowi tylko na tyle by zanurzyć stopy. By pójść dalej konieczne jest inne szaleństwo, którego człowiek sam pojąć nie zdoła. Musi to być szaleństwo wiary, a tę można otrzymać jedynie od Boga. Dlatego też Chrystus każdemu kto pojmie, jak wielką łaską i szansą na łaski jeszcze większe, jest zanurzyć w morzu choć stopy, mówi, jak i mnie pewnego dnia powiedział: „Zacheuszu zejdź prędko albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Bo pragnie byśmy tej wielkiej szansy nie utracili. Zacheusz: celnik i zdrajca, ogarnięty przez miłość Chrystusa rzuca się w jej nieskończoność. Ten złodziej, jak dziecko, idzie za swoim Ojcem. A gdzie jestem ja? Czy w swojej pysze nie pozwoliłem na odrzucenie miłości, czy nie zacząłem się topić, a gdy morze wyrzuciło mnie na brzeg, opowiedziałem wszystkim, że Boga nie ma, bo jakiż miłosierny Bóg stawia na naszej drodze bałwany? A Bóg stawia te bałwany, wypełniając nasze życie cierpieniem, byśmy zaufali, że w morzu Jego Miłości, wystarczy ufać tej Miłości, by nie utonąć, a wtedy żaden bałwan, ani żadne cierpienie nas nie zatopi, ponieważ ufność to jedyna metoda pływania, jakiej pragnie Bóg, jakiej my powinniśmy się nauczyć by obumrzeć dla siebie i zyskać zbawienie.

 

Monolog trzeci
Gdy jednak zdarzy mi się, nie ze swojej woli przecież, ale z łaski Pana Najwyższego, utrzymać choć przez moment na powierzchni morza Miłości, jakże często zaczynam ćwiczyć różne sztuki pływania wynikające z mojej ludzkiej natury, tak skorej do rozproszenia, tak skorej do innych spraw, które nie mogą współistnieć z ufnością, które coraz dalsze są od Woli Boga. Pływanie ufnością to rodzaj pływania, którego bez ustanku muszę się uczyć; w każdej chwili na nowo, bo przecież też w każdej chwili zapominam ciągle tej sztuki: taka jest natura synów Adama, wypędzonego z raju. Taka też jest moja natura. Zapominanie jest jednak wielką łaską. Zapominając, zawsze na nowo musimy sobie przypominać to cośmy zapomnieli. To konieczność, jeśli chcemy ocalić swe życie. Gdybyśmy zaś, przeciwnie, nie zapominali o ciągłym odnawianiu ufności w sobie do tego, który jest morzem Miłości, moglibyśmy, zapatrzeni we własne, doskonałe, bo ufność to doskonałość najwyższa, gdy jest się na powierzchni morza, zdolności pływackie, zapomnieć o Bogu. Zapytam się może: „Czy zatem właśnie nie jest tak, że Boga potrzebujemy jedynie by zdobyć to co nazywam pływaniem ufnością?” Odpowiem sobie zatem: „Nie, ponieważ ufnością mogę pływać tylko wtedy, gdy ufam Bogu, czyli Miłości. Gdybym zechciał ufać bez Miłości, to znaczy, że nie miałbym komu ufać, ponieważ ufając Miłością, samej Miłości ufam. Bóg jest Miłością, Bóg jest Morzem, gdy więc nie ma Morza, czyli Miłości, jak chcę pływać? Znowu będę na brzegu, na pustyni tuż przy wodach życiodajnego Morza, które najpierw mnie zatrwoży, potem pokaże mi, że moje zaufanie we własne siły i z tej siły jedynie, a nie z ufności Bożej, wynikające zdolności w pływaniu, niczym są w Morzu Miłości. Dlatego też jak mówiłem wcześniej: zachłysnę się, fala wyrzuci mnie na brzeg, a wtedy zacznę mówić, że nie ma Morza Miłości, że nie ma Boga. Tak będzie jeśli Bogu nie zawierzę wszystkich swoich myśli, słów i czynów.


Dlatego nie zrażam się, gdy szum fal zagłuszy szept, jakim jest głos Boga przy bezwietrznej pogodzie. Wydaje mi się wtedy wprawdzie, że Bóg milczy, ale on właśnie wtedy chce bym go jak najuważniej słuchał. Sztorm przyniesie mi to czego nie da mi łagodna tafla wody. Poczuję własną bezsilność na środku oceanu, bo żaden sposób pływania, poza trwaniem w ufności Bogu, przy sztormie, mi nie pomoże. Ratunek przyniesie ufność i wiara.

 

Monolog czwarty
Wszystko to zanim sobie samemu wyłożyłem rozważałem w cichości duszy i serca, Pana Boga mając jedynie na względzie. Przychodzili też wtedy do mnie różni ludzie mówiąc mi : „Powiedz Marcinie słowo jakie bo daleka droga przede nami”. Miałem też wtedy ochotę im odpowiedzieć: „Niemądrzy! Pragniecie posilić swego ducha spojrzeniem i słowem drewnianej figurki przy drodze, gdy nieboskłon cały nad wami, a na nim Bóg wiekuisty. Do niego wołajcie! Jego Wola

niech będzie waszą drogą, nie ten piaszczysty gościniec”.

 

I choć gościniec, ledwo się zboże skończy, już do lasu umyka, to czy mogę mieć pewność, że choć cienie pierwszych drzew będzie dane, wszystkim tym co u mnie byli, oglądać. Bo już nie jeden nim kilka kroków uczynił upadał i zabierali go na cmentarz.

 

Nie wszystkie drogi tej ziemi są gościńcami Pańskimi.

 

Monolog piąty.
Jeśli więc będę milczał zniechęcą się może moją marną figurą przydrożnego bożka, jak i tymi wszystkimi rzeczami, które tak cenią, a które w równym stopniu ze mną nie odzywają się do nich. I może posłuchają wtedy głosu Morza, które wiecznie szumi i przyzywa ich swoim nieustannym miłosnym szeptem.


Monolog szósty.

Wytrwałość....

 

Monolog siódmy.
Jednak jest szansa dla każdego kto pragnie nie ustawać w swoim jednoczeniu się z Bogiem, to szansa dla tych, którzy pragną Miłości bardziej niż powietrza. Utrzymywanie się na powierzchni morza to przecież dzielenie swej osoby na dwoje: część duszy pozostaje odsłonięta, a część jest zanurzona. Niechby kto spróbował tak Bogu zaufać, by pogrążył się cały w Oceanie Miłości, by dla Bożej Miłości nauczył się nie oddychać; a przecież wydaje mi się dziś, że bez powietrza żyć nikt nie może. A jednak ja, Marcin, stojąc przy gościńcu podejmę tę próbę. Choć każda kruszyna farby jaka oddziela się od mojego drewnianego kadłuba, to ból niezmierny, bo trudno jest rezygnować z tego czym się we własnym mniemaniu jest, to przecież wyniszczająca siła żywiołów zgodna jest właśnie z Wolą Boga, a każde cierpienie ogołaca nas z tego do czego najbardziej się przyzwyczajamy, co nie pozwala zapomnieć nam o oddychaniu. Przyzwyczajenie zaś i pokładanie nadziei w czymkolwiek, nawet jeśli jest to oddychanie, oprócz Boga, oddala nas od Niego niezmiernie.


Gdy na powrót stanę się jedynie kawałem drewna, który niczym nie będzie przypominał przydrożnego bożka, wtedy stanie się tak jakbym zanurzył swe ciało w morzu i cały oddał się Bogu. Cały i bez reszty.

 

Niech się tak stanie.

 

Tomasz Rowiński

 

Monologi ukazały się na łamach pisma Fronda LUX nr 70


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; ostatnio wydał "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa". Mieszka w Piastowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij