Teologia poetów
2019.12.07 14:20

Mistyka na kwasie. Rewolucja psychodeliczna wobec religii

Mówił, że widział coś, co on nazywał: cała jaskrawość. Tu nie chodzi — mówił — ni o życie, ni o śmierć, ni o sens i bezsens, istotę i istnienie, przyczynę i skutek, materię i ducha, serce i rozum, dobro i zło, światłość i ciemność i tak dalej, i tak dalej, ale o coś zupełnie innego. Chodzi — mówił — o to wszystko razem wzięte i podane na tacy.

Edward Stachura, Siekierezada

 

Jestem uzależniony od substancji, która nie istnieje.

William S. Burroughs, Nagi lunch

 

Poezja Jima Morrisona, tego samozwańczego przedstawiciela „pogańskiej Ameryki”, zgłębiała dzikość i irracjonalność, aż po dumny, samobójczy gest. Jej rysem charakterystycznym było bezkompromisowe opowiedzenie się za Dionizosem, a świadomą konsekwencją tego wyboru – samospalenie. Figurą „duszy wyzwolonej” i nadczłowieka był demoniczny Indianin, istnienie poza dobrem i złem, zarówno diabeł, jak i zbawca. Jedyną twórczą siłę przejawiał akt zniszczenia, podczas gdy wszystko, co pozytywne i życiodajne – należało zanegować. Dar był po to, aby go odrzucić w akcie przyznania własnej woli cech boskiej niezależności. Te mroczne ambicje ludzkiej wolności opisał już w dziewiętnastym wieku Lord Byron, autor słynnej tragedii Manfred, a za nim całe pokolenie dekadentów i symbolistów, w tym Tadeusz Miciński:

 

Biją w mą czaszkę, jak w dzwon, głuche grzmoty
i krwawa ręka pisze mi przekleństwo.
Ja wybierając los mój, wybrałem szaleństwo
i porzuciłem raj i zeszłem w czarne groty.

 

I płynę w mrok – i wiem, że oto zgasnę,
jako pęknięte słońce. W imię Ojca, Syna!
mam w sercu głaz, a tu głębina –
jam tułacz – ale będę miał królestwo własne[1].

 

Trudno oprzeć się wrażeniu, że sięgając po Samobójcę Micińskiego docieramy do źródeł i trzewi nowoczesnej mistyki. Niechrześcijańskiej, co prawda, a przy tym ubóstwiającej „ja” (często aż do anihilacji), lecz wciąż będącej pewną realizacją mistycznych dążeń człowieka. Jest czymś oczywistym, że w tym kontekście największym wrogiem pozostaje religia, zwłaszcza zaś religia objawiona, wymagająca posłuszeństwa woli niebios, oparta na dziecięcej ufności do Boga, pokorze i rozumie zdanym na prowadzenie łaski. Problemem było również to, że nauczanie Jezusa Chrystusa przyniosło prawdy, które przewyższają człowieka, a więc wymagają uniżenia się przed tajemnicą oraz uspokojenia zachłannego ludzkiego „ja”. Innego klucza do mistyki usiłowała użyć kontrkultura psychodeliczna, wychodząc już to od ideału oświecenia jako wyjścia ze świata słów, pojęć i intelektu, już to sięgając po substancje, które miały skutecznie oczyszczać umysł od głębokich wpływów kultury, a tym samym utorować „syntetycznej łasce” odpowiednio przygotowaną naturę. Dwóch koryfeuszy ruchu psychodelicznego, Allen Ginsberg oraz Timothy Leary, przypominali zresztą, że do osiągnięcia pełni duchowej wolności potrzeba przede wszystkim tego, aby człowiek „odpadł” (drop out) od wszelkich wymogów, norm i dogmatycznych formuł. Patrząc z tej perspektywy, wszelkie pismo, a zwłaszcza Pismo Święte, uznane zostało za podstawy bałwochwalczego kultu. Ten zaś należało odrzucić w imię „bezpośredniego”, niezapośredniczonego w żadnej rozumowej koncepcji kontaktu z boskością:

 

Bóg nasz, władca ziem,
znowu w proch obraca się.

        

Odwróć wzrok,
z wyżyn swych zstąp,
zstąp tak, jak wszedłeś tam;
dookoła wszędzie trwoga, drżą też namiestnicy Boga,
modły tych, co wierzą w ogień – ogień z nieba spuszczą nam,
aż Bóg nasz, władca ziem,
znowu w proch obróci się (…).

 

Wasze są, władcy, ziemskie rubieże, rządzicie świata bezkresną dalą,
lecz cisi sprawią, że runą wieże, pokorni nowe stosy rozpalą;
błogosławicie cielca ze złota, a wasza chluba we wstyd się zmieni,
gdy Bóg prawdziwy lud swój sprowadzi z powrotem na łono ich matki, ziemi,
bo Bóg nasz, władca ziem,
znowu w proch obraca się[2].

 

Tekst tej piosenki napisany został przez Hamiltona Campa, amerykańskiego barda, który niedługo przedtem zaangażował się w ruch Subud głoszący „prawe życie” (susila) oraz potrzebę oparcia się na „sile wewnętrznej” (budhi). Radykalnie antydogmatyczna postawa założyciela tej grupy, Bapaka Muhammada Subuha, zadecydowała o wymowie Chluby człowieka (Pride of Man), która w przewrotny sposób łączy biblijne imaginarium z buntem przeciwko wszelkiej formie zinstytucjonalizowanej religii. Podobnym przykładem okazuje się piosenka The Who, Baba O’Riley, której bezpośrednim inspiratorem były nauki innego wschodniego guru, Mehera Baby. Utwór ten zaczyna się od wyznania, które przy pewnej dozie dobrej woli można by pogodzić z duchowością katolicką: „Tu, na tych polach zmagam się o pokarm, nareszcie wracam do życia i nie muszę już walczyć, by udowodnić swoją rację”[3]. Lecz już następny wers dodaje słowa, które godzą w podstawową prawdę chrześcijaństwa (aczkolwiek pojawiają się w większości nowoczesnych, „wyzwoleńczych” ruchach religijnych): „Nie potrzebuję żadnego przebaczenia”[4]. Przykład ten udowadnia, że w ramach rozmaitych odmian kontrkultury psychodelicznej nie tyle zmieniły się najgłębsze ludzkie dążenia i pragnienia (te same, na które ostatecznie odpowiedział Jezus Chrystus), co raczej skłócono ze sobą takie duchowe wartości, jak „wolność”, „zawierzenie” oraz „poddanie” samego siebie Komuś wyższemu. W stan oskarżenia poddana została również katolicka racjonalność jako podstawa życia wewnętrznego, odtąd uzależniona od trzepoczących i krzykliwych, rozbieganych na wszystkie strony emocji oraz nadzwyczajnych stanów świadomości. U przedstawicieli „kwasowej awangardy” zapanowała nieufność wobec metafizyki, a ściślej – radykalne przekonanie o nieprzystawalności wszelkiej intelektualnej koncepcji czy komunikatu językowego wobec rzeczywistości (a tym bardziej wyższej rzeczywistości). Wszystko przemawiało za bezcelowością jakiejkolwiek racjonalnej teologii. Punktem odniesienia stało się raczej wewnętrzne, subiektywne wrażenie oświecenia, satori[5], aniżeli istniejąca obiektywnie osobowa Prawda. Stąd też próby dokonania samo-odkupienia i samo-zbawienia, choćby nawet przy udziale Jezusa, który przestał być Chrystusem, czyli Zbawicielem, a stał się uniwersalną figurą niezgody, a zwłaszcza „wyjścia z religii” oraz wszelakich ustanowionych przez świętą teologię granic poznania:

 

Biedna Rosie, była przerażająco pewna, że świat jest realny, a jej strach prawdziwy! A co teraz było rzeczywiste? „W końcu – pomyślałem – ona jest teraz w niebie i już wie”. To właśnie powiedziałem sobie:

– Jestem w drodze do nieba (…). Powiadam wam, że Pan weźmie was pod swoją opiekę, jeśli rozpoznacie nowe pole duchowe (…).

– Racja – odparł Japhy. – Ale nie odpowiada mi to całe dzieło Jezusa, o którym ona mówi.

– Co złego wnosi dzieło Jezusa? Czyś Jezus nie mówił o niebie? Czy niebo nie jest tym samym, co nirwana Buddy (…)? Japhy, miałem powiedzieć Rosie o paru sprawach, ale czułem jakiś podświadomy zakaz, który nie pozwolił mi mówić. Myślę, że powodem jest schizma buddyzmu i chrześcijaństwa, Wschodu i Zachodu. Do czego ta przeklęta różnica prowadzi? Przecież wszyscy jesteśmy teraz w niebie, prawda[6]?

 

Oczywiście nie wszystkie piosenki Quicksilver Messenger nosiły jawnie antyreligijny przekaz. Większość dorobku tej grupy to mantryczne hymny ku czci matki ziemi oraz wyższych stanów świadomości, w których senny jazz wspiera neopogański przekaz tekstowy. Emocjonalny klimat tej twórczości bliski jest powieści Jacka Kerouaca, Włóczędzy Dharmy (The Darma Bums, czyli dosłownie „menele Dharmy”), której głównym problemem pozostaje próba wyrwania się z owego „miasta niewiedzy, jakim jest współczesna metropolia”, czyli racjonalna kultura Zachodu[7]. Oświecenie osiąga się poprzez wyjście poza dogmat, aby osiągnąć doświadczenie oceaniczności i bezkresu (częstokroć wspomagane substancjami halucynogennymi)[8]. O ile jednak Włóczędzy Dharmy, tak jak piosenki Quicksilver, utrzymywały nastrój swego rodzaju medytacji, swobodnie i nieśpiesznie płynąc, sącząc się i drążąc, o tyle wściekle rewolucyjną formę duchowości proponowały teksty oficjalnie pierwszego psychodelicznego zespołu muzycznego, jakim był 13th Floor Elevators. Utwór o znamiennym tytule Królestwo niebieskie jest w tobie (Kingdom of heaven is within you) w niepokojący sposób łączy rozstrojony, „kwasowy” dźwięk (acid sound) z hipnotyzującymi zapewnieniami: „Jesteś tu, przy mnie, a świat błyszczy w twoich szklanych oczach; przyglądałem ci się, gdy serce w tobie łkało, lecz przynoszę Ci wiedzę, myślę, że wypełnił się czas: Królestwo niebieskie jest w tobie”[9]. Piosenkę wypełniają obrazy wewnętrznych witraży, świec, ołtarzy, na które przelewa się płynny ogień (liquid fire). Wszystkie one zdają się wskazywać na „rozszerzające” doświadczenie narkotyczne. W jego ramach osiągana jest sztuczna mistyka przełamująca wszelkie formy „rozeznawania duchów” (zob. 1 J 4,1), a przy tym oparta na ambiwalencji światła i mroku, przerażenia i zachwytu, sytości i głodu, który sprawia zarówno rozkosz, jak i tortury. Inna piosenka Roky’ego Ericksona w jeszcze bardziej bezkompromisowy sposób forsuje szaleńcze, dionizyjskie wyzwolenie oraz irracjonalność jako jedyne reguły doświadczenia duchowego:

 

Pędzę wprost na sufit, nie trzyma mnie już nic,
przebijam się przez niebo, gdy dłoń wypuszcza drzwi,
wśród aeroplanów, ponad miast mrowiskiem,
zjeżdżam w turkot maszyn, chłonę dźwięki wszystkie.
nie chcę skrzydeł, by dotknąć nieba,
nigdy ich ma, gdy potrzeba,
uczynię to teraz samemu sobie,
że stanę się lekki, i to, co zrobię,
to złapię lewitację[10].

 

Bez wątpienia najbardziej pokojowy i pogodny opis doświadczeń wewnętrznych dała w ramach rewolucji psychodelicznej twórczość grupy The Grateful Dead. Stosunek Roberta Huntera do religii nie odznaczał się agresywną rewoltą, a to dlatego, że jego wiersze i piosenki zasadniczo zostały pozbawione odniesienia do transcendencji. Jego duchowość była „naturalna” i „świecka”, ukierunkowana na „czysty” kontakt z doczesną rzeczywistością, jednocześnie zaś nienastawiona wrogo w stosunku do tradycyjnej pobożności. W ogóle można odnieść wrażenie, że komuna skupiona wokół The Grateful Dead nie traktowała religii ze zbytnią powagą. Objawienie chrześcijańskie zostało uznane wyłącznie za depozyt toposów, całkiem zresztą pięknych i przydatnych, dlatego we współpracy Roberta Huntera i Jerry’ego Garcii można dostrzec bodaj najbardziej dojrzałą refleksję nad psychodelicznym rozumieniem satori, czyli oświecenia. Twórcom tym przyświecały ideały eskapizmu oraz swoiście stoickiej postawy. Mowa tutaj o postawie „wystarczy być”, o swego rodzaju „zaparciu się samego siebie”, pod pewnymi względami przypominającą złotą zasadę chrześcijańskiej ascetyki, lecz w istocie zdystansowanej wobec wszelkich tradycji, deklaracji oraz poważnych egzystencjalnych poszukiwań. Brak tutaj patosu czy wzniosłości, jakiej wymaga obcowanie z misterium albo sacrum. Stąd też symbolika chrześcijańska stanowi w poezji Huntera element surrealistycznej ornamentacji, jak to widać chociażby w utworze Święty Szczepan:

 

Święty Szczepan z różą w dłoni
Po ogrodzie hula, goni;
Goni z wiatrem, biegnie z deszczem,
Gdzie się zjawi, budzi dreszcze[11].

 

Pozbawiony powagi stosunek The Grateful Dead do symboli ze sfery religijno-sakralnej przejawiał się również w ikonografii grupy, która bazowała na odpowiednio przetworzonym średniowiecznym motywie „tańca śmierci”. W tym przypadku danse macabre uzupełniony został o elementy psychodeliczne o złożonej proweniencji, takie jak m.in. american beauty („amerykańskie piękno”), czyli symbolizujące eskapistyczne poszukiwania „prawdziwej Ameryki” płatki czerwonej róży, bądź też motywy dalekowschodnie oraz kosmiczne. Nie sposób, oczywiście, pominąć w tym wszystkim kluczowej roli substancji psychoaktywnych. Uznane one zostały, jak już wspomniano, za niezbędny element medytacji „nowych mistyków” z San Francisco. Duchowe fascynacje Huntera i Garcii od zawsze ciągnęły jednak w stronę świata łagodnego country oraz innych odmian ludowej twórczości Stanów Zjednoczonych. Stąd pełno w tej twórczości kontemplacji nieba, rzek i strumyków, melancholijnej, a zarazem wypełnionej światłem zadumy nad przemijaniem, w swoim rdzeniu bliskiej ideałom prozy Rollanda czy Hessego. W tym świecie nawet śmierć (uosabiana chociażby przez „ciężko sunący pociąg” albo tajemniczego wuja Johna), choćby nie wskazywała na narodziny do wiecznego życia, pozostaje piękna sama w sobie jako moment powrotu człowieka, świadomej materii, do odwiecznego cyklu przyrody:

 

Zbliż się, posłuchaj kapeli wuja Johna grającej na falach,
chodź ze mną, a jeśli nie – to idź samotnie,
lecz on tu stanie, by zgromadzić swe dzieci w domu[12].


Michał Gołębiowski

 

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

-----   

 

[1] T. Miciński, Samobójca [w:] tegoż, Poezje, Toruń 2019, s. 30.

[2] Jest to moje autorskie tłumaczenie piosenki Pride of Man z albumu Quicksilver Messenger Service (1968). W oryginale fragment ten brzmi: „Oh God, pride of man Broken in the dust again. Turn around go back down, back the way you came! Terror is on ever sign, though our leaders are dismayed. All those who place their faith in fire, in fire their fate shall be repayed! Oh God, pride of man Broken in the dust again (…). And it shall cause your tower to fall, make of you a pyre of flame. Oh, you who dwell on many waters, rich in treasure, wide in fame, you bow unto your... your god of gold, your pride of might shall be a shame, for only god can lead his people back unto the earth again! Oh god, pride of man Broken in the dust again”.

[3] Jest to moje autorskie tłumaczenie fragmentu Baba O’Riley z albumu Who’s Next (1971). W oryginale fragment ten brzmi: „Out here in the fields I fight for my meals, I get my back into my living. I don't need to fight to prove I'm right”.

[4] W oryginale: „I don't need to be forgiven”.

[5] Zob. Z. Gogola, Dzieje ruchu hippisowskiego, Kraków 2012, s. 78-80.

[6] J. Kerouac, Włóczędzy Dharmy, tłum. M. Obarski, Warszawa 2006, s. 144-145.

[7] J. Kerouac, Włóczędzy Dharmy, jw., s. 144.

[8] Por. T. Sikora, Użycie substancji halucynogennych a religia. Perspektywy badawcze na przykładzie zagadnień rytuału i symbolizacji, Kraków 1999, s. 279-286; B. Dobroczyński, Psychologia Ery Wodnika. Mistyka instant, „Znak”, nr 447, rok XLIV, sierpień (8)/1992.

[9] Jest to moja tłumaczenie piosenki Kingdom of heaven is within you z albumu The Psychedelic Sounds Of 13th Floor Elevators (1966). W oryginale fragment ten brzmi: „Here you are at my place within your glistening eyes, I’m watching your reactions as the thing within you cries and I’m bringing you this message ‘cause I think it’s time you knew that the kingdom of heaven is within you”.

[10] Jest to moje autorskie tłumaczenie piosenki I’ve got Levitation z albumu Easter Everywhere (1967). W oryginale fragment ten brzmi: „Heading for the ceiling, I'm up off the floor, I've broken my horizon, out-distancing my door. High above the ant hills in among the planes, swooping down to hear the sound and movements of the trains. I don't need these wings to guide me, they are hardly ever there! It's the clear I make inside me, makes me feel light as air! I've got levitation”.

[11] Jest to moje autorskie tłumaczenie piosenki St. Stephen z albumu Aoxomoxoa (1969). W oryginale fragment ten brzmi: „Saint Stephen with a rose in and out of the garden he goes! Country garden in the wind and the rain, wherever he goes the people all complain”.

[12] Jest to moje autorskie tłumaczenie piosenki Uncle John’s Band z albumu Workingman’s Dead (1970). W oryginale fragment ten brzmi: „Come hear Uncle John's Band playing to the tide… Come on along or go alone, he's come to take his children home”.


Michał Gołębiowski

(1989), doktor nauk humanistycznych, filolog, historyk literatury, pisarz, tłumacz. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Autor kilku książek, w tym „Niewiasty z perłą. Szkice o Maryi Pannie w świetle duchowości katolickiej” (Kraków, 2018). Obecnie przygotowuje do druku zbiór esejów na temat teologicznej analizy dzieł klasyki literatury pięknej.