Felietony
2019.07.18 15:02

Lekcja trzech renesansów

Wielka historia kultury notuje trzy renesansy: karoliński (mający też kontynuację ottońską), XII-wieczny - i nowożytny, który przychodzi po średniowieczu i przeciw niemu. Wszystkie z nich były dziełem wykształconych chrześcijan, i w żadnym nie znajdziemy intencji porzucenia Ewangelii na rzecz pogańskiej klasyki (mimo że taka wymiana realnie zdarzała się, głównie w renesansie nowożytnym). A jednak każdy z tych renesansów oznaczał odmienny manewr duchowy.

Przede wszystkim powinniśmy sobie zdać sprawę z tej oczywistości, której nauczyliśmy się w ogóle nie zauważać: słowo „odrodzenie” ma swoje znaczenie i sens na długo zanim w wersji rinascita okaże się nazwą epoki, która chce być odrodzeniem człowieczeństwa przez powrót do Rzymu i Aten. Zanim nauczyliśmy się je tak kojarzyć - i następnie podjąć spór o to kto pierwszy i bardziej „odradzał” kulturę humanistyczną - słowo „odrodzenie” należało (i należy przecież nadal) do słownika chrześcijan, w ich mowie teologicznej i modlitewnej. Odrodzenie przez łaskę, w Chrzcie - regeneratio, czyliBoże odrodzenie człowieczeństwa, do tej pory umordowanego przez upadek, grzech pierworodny i ciężar grzechów uczynkowych.

Od tego odrodzenia człowieka idzie droga właściwego mu odrodzenia humanitas - człowieczeństwa i kultury ludzkiej. Wiedzą to wszyscy chrześcijanie idący wraz ze świętym Pawłem w świetle Objawienia. Wiedzą to Ojcowie. Wiedzą to najwięksi reprezentanci rzymskich, pokonstantyńskich christiana tempora, sprzed rozkładu cywilizacji rzymskiej na Zachodzie. Jednak pierwszy wielki „renesans” europejski przychodzi dopiero za Karolingów, na drugim brzegu potężnego kryzysu barbarzyńskiego. Jest to renesans mniszy - i jego program „odrodzeniowy” (który my dziś schematycznie pojmujemy jako pierwsze zaczerpnięcie do Cycerona i Owidiusza) ma na względzie odrodzenie kultury według odrodzenia człowieka w Łasce.

Bodaj jedynym znaczącym historykiem, który zdawał sobie sprawę z tej oczywistości, był Walter Ullmann (1910-1983), austriacko-żydowski mediewista z Cambridge, niegdyś prawdziwy dyktator w dziedzinie określania wiedzy o średniowiecznej koncepcji państwa i prawa. Przy całej jednostronności i z trudem ukrywanym antyklerykalnym krytycyzmie to właśnie Ullmannowi udało się zobaczyć jasno, że każdy kto w świecie chrześcijańskim używał słowa „odrodzenie”, musiał mieć zawsze przynajmniej w tyle głowy słowa o odrodzeniu w Chrzcie. Ullmann zdawał sobie sprawę, że pierwsze wieki Christianitas to wielkie świadome staranie, by właśnie to chrzcielne odrodzenie przenikało całą kulturę - od posługiwania się literami i liczbami do budowania instytucji społecznych. Widział tę konsekwencję - od chrzcielnej regeneratio do religijnego odrodzenia struktur ziemskich - lecz w sposób z trudem skrywany angażował się całym swym autorytetem w jej swoiste dezawuowanie. Uznawał bowiem, że odrodzenie chrzcielne - w człowieku i kulturze - zabijało naturę ludzką. Przyjmując tę dialektyczną perspektywę (łaska czy natura?), a „nowego człowieka” uznając za zabójcę „człowieka natury” - Ullmann szedł już dalej jedyną sobie możliwą drogą: każdy objaw emancypacji czy autonomizacji tego, co naturalne i świeckie, jest dla niego rewanżem zgnębionego świata naturalnego (z jego polityką świeckich władców, prawem państwowym, filozofią, literaturą piękną etc.) na dotychczasowej kościelnej tyranii „człowieka nowego” (z prymatem papieskiej zwierzchności nad Chrześcijaństwem, z prawem kanonicznym, z teologizacją wszystkich nauk, z hagiograficznym wzorcem literatury). W konsekwencji mamy więc renesans humanistyczny (zdaniem Ullmanna startujący już w XII wieku, a kwitnący w scholastyce XIII w.), który nie jest według niego niczym innym niż cichą, początkowo niezbyt świadomą apostazją ze świata „społeczeństwa eklezjologicznego” (tak się u naszego historyka nazywa Christianitas), otwarciem drzwi do coraz intensywniejszego zeświecczenia. „Reaktywując stłumione, naturalne cechy człowieka [renesans humanistyczny] przywracał, czy też wskrzeszał, pierwotnego hominem, człowieka grzesznego, a tym samym jego humanitatem. Próżnię, którą pozostawiło odrodzenie przez chrzest, wypełnił z czasem powrót do człowieczeństwa naturalnego, dostrzeżenie wartości istoty nie odrodzonej. Pod wieloma względami można tu mówić o odrodzeniu prawdziwej natury ludzkiej, od długich stuleci uśpionej, zastąpionej — żeby posłużyć się metaforą św. Pawła — „człowiekiem nowym” (homo novus)[1]”.

Ullmann musiał tak widzieć sprawy - skoro wcześniej, poza swymi kompetencjami wybitnego historyka, padł ofiarą całkiem prostackiego pojmowania relacji natury i łaski oraz wyobrażenia o rzekomej zasadzie „społeczności eklezjologicznej“ średniowiecza: „odrodzenie przez chrzest udaremnia rozwój naturalnych cech człowieka“.[2] Wszystko dalej jest tego konsekwencją. Jednak nawet na tle tych niemożliwych uproszczeń nie zapominajmy gdzie Ullmann okazał się wielki, większy niż niejeden autor sławiący chrześcijaństwo i jego humanistyczne owocowanie: to on jako jeden z nielicznych - a może jedyny w swoim czasie? - wiedział, że odrodzenie to przede wszystkim nazwa skutku Chrztu. I że prawdopodobnie przyjęcie tego słowa jako nazwy o innym sensie zawiera w sobie coś z rewanżu lub premedytowanej konkurencji - rewanżu na cywilizacji Łaski i konkurencji w rozumieniu natury. Ullmann był więc genialny w tym, że pojęcie „odrodzenia“ trzymał blisko sporu o rozwój człowieczeństwa (rozwoju przez Łaskę  czy rozwoju przez własny potencjał), zamiast wiązać je z odnawianiem antyku.

I rzeczywiście: karoliński renesans monastyczny był coraz głębszym przetwarzaniem kultury - swoją drogą też elementarnym odradzaniem jej po zapaści - na obraz i podobieństwo człowieczeństwa odrodzonego w Kościele. Efektem była kultura wydobywająca się z modlitwy, z liturgii, z ascezy, z duchowości społecznej, zawsze mocno „ucieleśnionej” w rytuale.

To nie był i być nie mógł koniec drogi. To, co widzimy dzisiaj jako humanizm wieku XII, było jak drugi akt procesu: nowa fala odkryć źródeł klasycznych zbiegała się z wieloma procesami umożliwiającymi coś w rodzaju dojrzewania nowej kultury ludzkiej. Wewnątrz świata opisanego topografią monasterów - z ich liturgią, duchowością, szkołami, pracą literacką i naukową - ujawniały się nowe energie, związane z powołaniami chrześcijańskimi extra monasterium i extra clerum. Nowy żywioł - żywioł chrześcijańskich rycerzy, książąt, nauczycieli  - otwierał dzieje wyłaniania się charakteru świeckiego (charakteru autonomicznego już nie tylko w zawsze istniejącej teorii ewangelicznej, lecz teraz ukazującego się tak również w swej życiowej mocy brania współodpowiedzialności za historię).

Oto więc ów renesans XII wieku. Ullmann ma rację wszędzie tam gdzie po prostu uzmysławia w jakim napięciu różnych interesów i ambicji ukazywała się odrębność charakteru świeckiego wewnątrz świata urządzanego do tej pory trochę tak jakby wszystko miało "mieszkać w katedrze", czyli mieścić się skrupulatnie to wewnątrz obszaru konsekrowanego, to znów w systemie władzy kościelnej. Wydobywanie się z tego schematu było jednak etapem przewidzianym w logice aktu ustanawiającego Christianitas: odrodzenia w Łasce.

Owocowanie tego trudnego procesu widzimy w „złotym wieku scholastyki” - w którym intuicja chrześcijan dość powszechnie widzi jakieś apogeum; nie apogeum sakralizacji, lecz apogeum w wytwarzaniu się pierwszych struktur chrześcijańskiego „świata złożonego”: świata Łaski obejmującej naturę i świata natury oczyszczonej i uniesionej przez Łaskę. Jednak u końca tego wieku widzimy też jak ten „świat złożony” staje wobec pokusy bycia „wieloświatem”; jak jego uniwersum zderza się z pluriwersum; jak trudne staranie o harmonię składników zamienia się w zmaganie o taką czy inną równowagę sił. A wszystko to pod, nieprzypadkowym, patronatem woluntarystycznej teologii Boga-Mocy, filozofii czystego rozumu i odkrywania absolutyzmu władzy (kościelnej i świeckiej).

Czy w wieku XIV następuje już, tymi drogami, łagodne przejście do renesansu humanistycznego - to rzecz bardzo prawdopodobna. Humanizm nowożytny ma już jednak w sobie o wiele więcej tego, co w podręcznikach określa się, dość topornie, jako antropocentryzm. Stopniowo, na tle katastrof w rodzaju epidemii, wojen i schizm, otwiera się proces kulturowy, którego nie da się już w całości wpisać w zasadę odrodzenia chrzcielnego. Rinascita chce być już innym odrodzeniem: odrodzeniem klasyki, pierwszym modernizmem, który podnosi hasło "powrotu do źródeł" przeciw tradycji - aby oddzielić się filologicznie poprawnym Cyceronem i Arystotelesem od „barbarzyństwa” wieku teologów i mnichów. Jednak archeologiczny modernizm rinascita nie wpada w antykwaryzm - jego mocą jest mieszanie kanonów ideowych chrześcijaństwa z kanonami formalnymi klasycyzmu. Stąd jego świeżość, atrakcyjność - łączy pożądaną foremność klasyków z dość pokornym podejmowaniem standardów sakralności. W sumie jednak niewidzialna szala przechyla się powoli w przeciwną stronę: odtąd to chrześcijaństwo stanie się tylko lub głównie wehikułem, a takie czy inne wersje „naturalności” okażą się tego wehikułu najbardziej podziwianym pasażerem. Zobaczymy to w sztukach plastycznych, muzyce, filozofii, sztuce życia, nauce politycznej. Wszędzie z jednej strony będzie się wykorzystywało kanony chrześcijaństwa - lecz bardziej jako pretekst niż jako nadprzyrodzone objawienie; będzie się potem wdzięcznym chrześcijaństwu - za to, że przechowało tyle skarbów starożytności: filozofię Greków, prawo Rzymian… I będzie się jeszcze później jednak sarkało nad tym, że ten chrześcijański przekaz był tak nieczysty i selektywny, że pozbawił oryginały ich - pogańskiej - witalności. Stąd poważne wątpliwości czy renesans nowożytny, rinascita tworzoną zasadniczo przez chrześcijan (często świeckich i księży należących do „klasy zarządzającej”), można uznać za prąd chrześcijańskiego odrodzenia, regeneratio.

Trzy odrodzenia: jedno - karolińskie i mnisze odrodzenie chrzcielne człowieczej kultury; drugie - inny etap tego samego, „gotyckie” odrodzenie natury wewnątrz kultury chrzcielnej regeneratio; i trzecie - humanistyczny i modernistyczny renesans formy klasycznej w świecie Christianitas.

Nasze odróżnienia są ważne dla zrozumienia dziejów — ale także ważne dla rozpoznawania bliższych nam czasowo mniej lub bardziej zaawansowanych „renesansów”, „powrotów do źródeł” etc. Nawet gdy — zwykle mylnie lub powierzchownie — oznacza się je odsyłaczami do minionych epok (np. renesans katolicki końca XIX wieku, epoki Leona XIII, został naznaczony pewnym „mediewalizmem”), rzeczy istotne są głębiej, na poziomie odkrytym przez Ullmanna. I tak, niezależnie od subiektywnych nastawień i ambicji, jedni pracują na rzecz chrzcielnej regeneratio humanitatis, inni — uczestniczą w „rewanżu” natury nieodkupionej; jedni pragnęliby wnikania chrztu Pańskiego w kolejne przestrzenie natury i kultury (i wzbudzonej tym jej nowej płodności), inni — dopuszczają chrześcijaństwo jako wehikuł dóbr naturalnych, które każdy znajdzie gdzie zechce.

Paweł Milcarek 

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

-----

 

 

[1]Walter Ullmann, Średniowieczne korzenie rensansowego humanizmu, tłum. J. Mach, Łódź 1985, s. 20.

[2]Tamże, ss. 20-21.

 

 


Paweł Milcarek

(1966), założyciel i redaktor naczelny "Christianitas", filozof, historyk, publicysta, freelancer. Mieszka w Brwinowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij