Komentarze
2017.09.05 18:10

Kto ukradł Polsce polityczność?

Wydarzenia wokół reformy sądownictwa w Polsce wydają się pod każdym względem wskazywać, że mamy do czynienia z politycznym wzmożeniem, a może nawet odrodzeniem polityczności jako pewnego przeżycia oraz impulsu do zaangażowania w życie publiczne. Jest to prawda, ale jednocześnie, jak sądzę, nie cała. Za oczywistość trzeba przyjąć, że gdy trwa gwałtowny spór o instytucje, o ustrój, o takie czy inne przewagi, polityczność ujawnia się mocniej niż podczas nieznośnie długiej codzienności, kiedy wydaje się, że nie dzieje się nic lub prawie nic. Jednocześnie atmosfera konfliktu może też nieść ze sobą sporo złudzeń.

 

Sprawa, której byliśmy świadkami przed kilkoma tygodniami, nie jest tylko rzecz jasna tylko zwykłą awanturą, ale dość złożonym konfliktem politycznym, w którym racje nie przebiegają jedynie według plemiennych odruchów i emocji społecznych deformujących polską duszę w ostatniej dekadzie. I to deformujących według najgorszych wzorców narodowych waśni. Narzucana nam plemienność jak gdyby się nieco przełamała, jak gdybyśmy ją nieco z siebie strząsnęli niczym bielmo z oczu lub majak, który sprawia, że człowiek jest “nie sobą”, ale kimś obłąkanym, działającym przeciwko sobie, swoim sprawom, a nawet życiu. Mamy w sporze ostatnich tygodni szerokie poparcie społeczne dla reformy sądów, mamy rząd, który próbuje tę reformę przeprowadzić w sposób lekceważący dla szerokiej opinii nie tylko polityków opozycji i tej opozycji wyborców, ale także znacznej części własnego elektoratu. Okazuje się bowiem, że Polakom nie chodzi tylko o to co robi rząd, ale też i jak to robi, jakie przyjmuje standardy, jaka całościowa wizja i jakie zasady z tych sposobów wynikają. Ta polityczna trzeźwość nie jest oczywiście żadną zasadą w życiu politycznym Polaków, zbyt wiele krwi nam popsuto przez ostatnie… wieki, ale i przez ostatnie 25 lat, gdy zmarnowano wiele z ducha Solidarności i chrześcijańskiego fundamentu odnowy społecznej. Nie jest ta trzeźwość nawet zbyt dominująca w obecnej sytuacji. A jednak poparcie dla prezydenckiego weta przekroczyło przecież w sondażach znaną zwykle w polskiej demokracji skalę zupełnie przekreślając tendencję do dwubiegunowości. Równocześnie nie spadło poparcie dla partii rządzącej. Dość prosto wskazuje to na przekroczenie - w skali społecznej - procesu kształtowania się opinii w oparciu jedynie o impulsy emocji i demagogię polityków.

 

W sporze o sądy okazało się, że zawiodły frakcyjne kalkulacje zarówno rządu jak i opozycji - sprzeciw Polaków wobec fatalnie przygotowanych ustaw, które dodatkowo miały skłonić Prezydenta do rezygnacji z części swoich praw, nie był przyzwoleniem na przewrót i zmianę władzy, ale raczej wezwaniem do lepszych rządów, tych którzy zostali wybrani. Tak samo znaczące poparcie dla postulatu zmian w systemie sądownictwa nie okazało się zgodą na wywracanie kolejnych instytucji państwa do góry nogami. Można dość bezpiecznie twierdzić, że Polacy wcale nie lubią rewolucji. Zupełnie. Nie chcą rewolucji liberalnej czy socjaldemokratycznej, którą zdążyli już zapowiedzieć niektórzy manifestujący publicyści - jak choćby redaktorzy pisma “Kontakt” - opowiadający się przeciwko reformie sądów (przynajmniej w proponowanej postaci). Ale nie chcą też jakobińskiej polityki Prawa i Sprawiedliwości.

 

Równocześnie sytuacja polityczna aż nadto narzuca analogie z kryzysem państwowym w wieku XVIII kiedy rodzaj obłąkania partykularyzmami ostatecznie uśmiercił Rzeczpospolitą. Powiedzmy sobie równocześnie wprost, że analogie trzeba traktować z dużą ostrożnością, ponieważ choć są one atrakcyjne intelektualnie, to przy braku właściwego natężenia uwagi uwagi stają się mylące w podsuwanych nam wnioskach. Dodajmy nawet, że umacniają nieraz obecny konflikt o polską politykę i polską duszę narzucając zaangażowanym w niego plemionom narzędzia do określania ostatecznych kryteriów w rozstrzyganiu kto jest przyjacielem a kto wrogiem. Sztandary sprzed dwustu lat (lub jakieś inne, dowolnie wybrane) zaczynają przesłaniać zasady stanowiące o spójności Całości, tej żyjącej dzisiaj Polski i niejako odbierają rozum zapewniając za to rozkoszny konformizm wspólnoty przebranych. “Strój” historyczny okazuje się być synonimem stania dzisiaj po właściwej stronie i to bez angażowania rozumu i woli w pracę nad rozpoznawaniem tego co godne i sprawiedliwe. Czyli dobre dla Polski i Polaków w ich wspólnocie narodowej i państwowej.

 

Tę analogię do wieku XVIII jednak - mimo zastrzeżeń i ostrożności - warto tu w ograniczonym zakresie przywołać. Dlaczego? W końcu konstytucja 3 maja została uchwalona za pomocą fortelu i swoistego zamachu stanu, kiedy to znaczna część posłów - głównie tych, którzy byliby przeciwni temu aktowi - została już odprawiona do domów. Coś z tego zachowania jest w politycznym rozmachu Jarosława Kaczyńskiego, gdy zamiata on po swojemu w kolejnych instytucjach państwa. Co jednak przyszło nam z Konstytucji 3 maja poza symbolem zdolności polskiej polityczności do ducha naprawy? W zasadzie nic. Może poza preambułą, która potwierdziła zasadę ducha polskiego poprzez odwołanie do Boga w Trójcy Jedynego. Konstytucja 3 maja tak naprawdę nie była drugą nowoczesną konstytucją w dziejach polityki choć udajemy, że tak właśnie jest. Owszem była owocem chęci nie tylko by Polskę podnieść, ale i modernizować. Jej kształt zostawmy teraz na boku, ale zwróćmy właśnie uwagę na sposób jej uchwalenia. Pokazuje on, że przede wszystkim Polski nie można modernizować przeciwko niej samej. Konstytucja - potrzebna jako reakcja na gnicie Rzeczpospolitej, przyniosła nam także dopełnienie podziałów jakie przez stulecie upadku tworzyły oświeceniowa partia postępu i partia zachowawcza sterowane z znacznej mierze przez “partię zagranicy”. W jakiejś mierze to Konstytucja przyniosła ostateczny krach. Przyniosła też Targowicę. Krach przyszedł nie dlatego, że reformy nie były potrzebne - przecież były, ale dlatego, jak i kiedy postanowiono je przeprowadzić. Reformatorzy nie pojęli, że suwerenność to nie tylko dążenie do samodzielności, silny głos na forum międzynarodowym czy asertywność, ale rozpoznanie jaka skala samodzielności jest w danym momencie historycznym dostępna.

 

Manifestacja woli reform w postaci ustawy zasadniczej odbiła się większym echem na wrogich nam dworach niż mogły to zrobić reformy z niej wynikające. Suwerenność może łatwo ugrzęznąć w lenistwie lub pysze, polityki nie powinien uprawiać zawadiaka, który nie potrafi zobaczyć dalszych konsekwencji swoich popisów. Pycha kroczy przed niezdolnością rozpoznania tego co sprawiedliwe - w znaczeniu odpowiedniości podejmowanych środków do możliwości, ale także w znaczeniu pietas wobec formy politycznej narodu, który się reprezentuje. Tych odpowiedniości reformatorzy 3 maja nie zachowali. Sądzili, że część może zastąpić całość. Dziś z dużą łatwością niechętnie patrzymy na tych, którzy nie bylo przychylni formie Konstytucji, ale być może ich zignorowanie przyniosło jeszcze większą szkodę.

 

Nieprzypadkowo Jarosław Marek Rymkiewicz, pisarz tak ważny dla jakobinów z PiS ubolewał, że w Polsce nigdy nie było śmiałości by zrobić naprawdę rewolucję, by nadać Polsce nowy kształt na miarę modernite, a wieszanie u schyłku XVIII wieku - opisane fantazyjnie w “Wieszaniu” - stanowiło tylko namiastkę tego, co wydarzyć się “powinno”. Nasze partie od wieków wierzą, że Polskę ma zbawić rewolucja, choć o inne rewolucje chodzi przecież. jednak ich efektem miałoby być wykluczenia jakieś części polskiej Całości. Mamy tu zatem czysty spór nowoczesny, ideologiczny, w którym obie strony ostatecznie odwołują się do radykalnej przemocy wykluczenia i projektu “wymiany” Polski i Polaków według jednego z wzorów idealnych. Dzisiaj spór reprezentantów dominujących sił politycznych w Polsce jest tak naprawdę sporem o kształt nowoczesności i o rolę w tej nowoczesności wyznaczoną suwerenności. Czy ma to być nowoczesność uzależniona od jej formy - nazwijmy to - brukselskiej, czy ma być ona bardziej suwerenistyczna według idei “wiecznej Polski”. W tym miejscu dotykamy złudzenia, o którym była mowa w pierwszym akapicie. Rzeczywistym sporem politycznym jaki prowadzą dzisiaj w Polsce “dwie partie” jest właśnie spór modernizacyjny prowadzony za pomocą rozgrywania emocji Polaków a przeciw ich politycznej chrześcijańskiej formie, ale także przeciwko polskiej racji stanu.

 

“Spór modernizacyjny” oznacza przede wszystkim spór o władzę i o to w jaki sposób Polacy mają stać się kimś innym niż w rzeczywistości są w swoich zwykłym życiu narodu katolickiego. Partia zachowawcza chce wchłonięcia Polski przez Europę brukselską, a partia reformatorska chce wykuć nową Polskę w przekonaniu, że dotychczasowe sposoby naszego istnienia nie są właściwe życiu nowoczesnemu i są powodem naszej słabości. Oba partykularyzmy jednak są nieadekwatne wobec realnej polityki europejskiej i światowej, a w konsekwencji oddają Polskę w ręce obcych interesów agresywnej polityki nowoczesnych podmiotów - państw czy korporacji. Polityka suwerenistów jest bliższa temu czego Polska potrzebuje, jednak równocześnie naznaczona rewolucyjnym wariactwem pozbawionym roztropności w traktowaniu instytucji i lekceważeniem dla niezaprzeczalnej rzeczywistości, że Polska nie ma innej trwałej tradycji - także politycznej - jak chrześcijańska.

 

Forma polskości, która trwa i rozwija się od czasów chrztu Mieszka i której zasadą jest sprawiedliwość będąca fundamentem cywilizacji chrześcijańskiej stanowi przeszkodę dla obu “partii” (formacji) rządzących Polską. Dla jednych polskie chrześcijaństwo jest tylko narzędziem do mobilizacji emocji społecznych przeciwko drugiej partii, dla drugich narzędziem szantażu, w którym to, co ewangeliczne klei się tym co liberalne, europejskie, brukselskie i ma być także wzmocnieniem sprzeciwu wobec przeciwnego obozu modernizacyjnego. Na różne sposoby wykorzystuje się nierozerwalną katolickość i polskość nawet głosząc przygodność tego związku, ale nie realizuje się polskiej formy “całej sprawiedliwości”. Jedynie korumpuje się drugorzędnymi grantami duchowymi i materialnymi katolicki główny nurt życia społecznego w sytuacji braku silnej jego politycznej reprezentacji.. Nie robi się kroku w stronę prawdziwej ochrony nienarodzonych, nie robi się kroku w stronę obrony chrześcijan w świecie - po prostu nie pozwala się by Polska zachowywało się jak państwo chrześcijańskie. Ale zachęca się do nieroztropnego przyjmowania imigracji z innych kręgów kulturowych czy posługuje religijną retoryką dla nowoczesnego suwerenizmu. W tym sensie PiS jest rzeczywiście bliski ambicjom zwolenników Konstytucji 3 maja. Tak jednak partykularyzuje się polskość i osłabia się ją dezintegrując społeczne jądro i możliwy do przypomnienia polski model racjonalności tkwiący w naszej rzymskiej i katolickiej tradycji. Do czego prowadzi obecna sytuacja? Partykularyzm i gorszące podziały sporu modernizacyjnego występujące przeciwko Polsce jako całości już doprowadził ją do zaniku w przeszłości.

 

“Spór modernizacyjny” oznacza także, że w Polsce rządzi jedna frakcja “modernizacyjna” kłócąca się między sobą o środki działania i nie rozumiejąca polskiej formy mającej swoje źródło w chrzcie. Dziś tę frakcję można określić mianem “okrągłostołowej” w odróżnieniu od tych sił politycznych, które z porozumień przy okrągłym stole zostały wykluczone, ale i w odróżnieniu od całego narodu, który znalazł się na uboczu tamtych ustaleń jako ich przedmiot. Od tego czasu - w okresie najnowszym - trwa “kradzież polskiej polityczności”, trwa polityczności pozorna, która toczy się przeciwko samym Polakom, ponieważ z zasady wykluczyła znaczną część polskiej całości - Polski chrześcijańskiej - z obszaru reprezentacji.

 

W sytuacji sporu o sądy widać jedno, że Andrzej Duda mógłby być pierwszym integralnie polskim prezydentem, ponieważ swoją polityką weta wystąpił przeciwko dwóm zasadom rewolucyjnym. Mógłby także, gdyby chciał przywrócić harmonię polskiej reprezentacji politycznej, tworząc ugrupowanie rzeczywiście reprezentujące tych, którzy wciąż w historycznym kieracie głosują na swoich suwerenistycznych lub liberalnych wrogów - katolików i republikanów, wcielenie Polski najpełniejsze, ale i najbardziej jak to możliwe w realnej polityce, otwarte na Całość.

 

Tomasz Rowiński

 

Artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu jaki ukazał się w "Teologii Politycznej Co Tydzień".


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; ostatnio wydał "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa". Mieszka w Piastowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij