Felietony
2019.05.03 23:24

Konstytucja

17 września 1787 r. Konwencja Konstytucyjna obradująca w Filadelfii uchwaliła konstytucję Stanów Zjednoczonych. Niecałe cztery lata później obradujący w Warszawie Sejm Wielki uchwalił konstytucję 3 maja.

Wypominając Amerykanom młodość ich kraju i ich kultury często zapominamy, jak bardzo wiekowe są ciągle działające ich instytucje ustrojowe. Narody europejskie szczycące się tysiącami lat dziejów po każdym wstrząsie społecznym na nowo ustalały zasady, zgodnie z którymi organizowały się jako wspólnoty polityczne. Reformacja, Wiosna Ludów, obie wojny światowe, niepokoje 1968 r., koniec zimnej wojny i upadek ZSRR. Instytucje unijne, o których nie słyszeliśmy 15 lat temu decydują o codziennym kształcie naszego życia i wydają się tak naturalnie obecne, jak powietrze. Francja zasadniczą reformę konstytucyjną przechodziła w 2000 r., Wielka Brytania w 2004 r.

Na tym tle instytucje powołane do życia przez amerykańską konstytucję (kongres, urząd prezydenta, Sąd Najwyższy) ponad dwieście trzydzieści lat temu są pokryte czcigodną patyną. Gdy powstawały, gdy Ludwik XVI ciągle był absolutnym monarchą z Bożej łaski. Stanisław August nie zwołał jeszcze Sejmu zwanego potem Czteroletnim. Edward Jenner dopiero dekadę później miał po raz pierwszy zastosować szczepionkę przeciwko ospie. Karol Darwin miał się urodzić dopiero dwadzieścia lat później - powszechnie przyjmowanym przez chrześcijan (a także Żydów czy muzułmanów) poglądem było istnienie świata od kilku tysięcy lat. W najbardziej cywilizowanych społeczeństwach europejskich ciągle łamano kołem, palono żywcem na stosie czy wbijano na pale.

Amerykańska konstytucja trwająca w zasadniczych zrębach po dzień dzisiejszy wydaje się historią sukcesu. Polska konstytucja, która nigdy w zasadzie nie weszła w  życie i która do grobu zeszła na trzy lata zaledwie przed państwem którego władze miała konstytuować wydaje się historią porażki. Amerykańska konstytucja otwierała kraj na przyszłość, polska konstytucja mocnym, reformatorskim akcentem zamykała jednak ważną część polskich dziejów.

Sam fakt, że amerykańską konstytucję uchwalono tak dawno, niemal równocześnie z naszą, majową sprawił, że wiele wyzwań, na które ustrojodawcy w obu krajach starali się swoimi ustawami zasadniczymi odpowiedzieć było podobnych, a same odpowiedzi nie były stereotypowo postępowe w przypadku Ameryki i stereotypowo zachowawcze w przypadku Polski.

Tytułem przykładu wspomnę o jednym z takich wyzwań: o równości obywateli wobec prawa. To zagadnienie pierwotniejsze i bardziej nawet podstawowe niż kwestia tego, komu przysługuje pełnia praw politycznych. Pomysł, że rządzeni współuczestniczą w rządach, a co dopiero, że sami sobie rządzących wybierają był wówczas nowy. Amerykańska konstytucja po prostu na ten temat milczała. Zakładała oczywiście, że rozmaite stanowiska będą obsadzane w drodze wyboru, ale komu prawo wybierania przysługuje - o tym decydować miały samodzielnie i we własnym zakresie stany. Dla wszystkich było oczywiste, że pełnia praw politycznych będzie przywilejem nielicznych, do których wstęp dawać będą rozmaite cenzusy.

Kwestia tego z kolei, czy wszyscy podlegają temu samemu prawu (przynajmniej w zakresie prawa karnego) budziła znacznie więcej emocji. Z jednej strony polska konstytucja utrzymywała zasadę państwa stanowego: każdy stan rządzi się swoimi prawami, ma swoje sądy. Uroczyście deklarowano utrzymanie dotychczasowych przywilejów szlacheckich, a więc również poddaństwa osobistego chłopów. Dziedzic nadal był jedynym sędzią dla chłopa. Nadal mógł skazać go na śmierć. Z drugiej strony konstytucja znosiła poddaństwo osobiste mieszczan w miastach królewskich. Mieli oni mieć dostęp do sądów państwowych jak każdy szlachcic. Z kolei wszelkie nowe układy między chłopami a dziedzicami opierać się miały na zasadzie obustronnego kontraktu, którego przestrzegania przez obie strony pilnować miała władza państwowa. Konstytucja nie ustanawiała równości wobec prawa, nie znosiła podziału na stany. Z drugiej strony w systemie tym czyniła wyłomy. Konstytucja ciążyła w kierunku równości, choć jej nie ustanawiała.

Amerykańska konstytucja, choć do zakończenia wojny secesyjnej nie zawierała w swoim tekście wprost sformułowanej zasady równości wobec prawa, to jednak zasadę tę niejako implikowała: zakazywała tak rządowi federalnemu jak i stanom nadawać tytułów szlacheckich, a w dodanej w 1791 r. Karcie Praw przyznawała je wszystkim, nie rozróżniając żadnych kast czy stanów społecznych. Z drugiej strony do 1808 r wprost uznawała istnienie niewolnictwa, co więcej, nie pozwalała ograniczyć bądź zakazać tak barbarzyńskiej praktyki jak przywóz niewolników z Afryki. Człowiek mógł być własnością innego człowieka, można było oderwać małe dzieci od matki i sprzedać je jak towar (poddaństwo osobiste chłopów zakładało jednak przywiązanie do ziemi i uznanie małżeństw chłopskich za obowiązujące i rodzące uprawnienia moralne, takie jak prawo do wychowywania własnych dzieci). Rodziło to takie absurdy, jak konieczność stawiania niewolnika, który dopuścił się morderstwa swojego pana przed ławą przysięgłych, a proces, przynajmniej w teorii, powinien toczyć się według konstytucyjnych gwarancji poprawnej procedury.

Kwestia równości wobec prawa w polskiej konstytucji to przykład umiarkowanego, ale jednak otworzenia się na przyszłość. Równość wobec prawa w konstytucji amerykańskiej to z jednej strony jej formalna proklamacja, a z drugiej strony gwarancje dla instytucji w sposób najbardziej drastyczny tę zasadę łamiącej.

Polska konstytucja upadła, niemal równocześnie z Polską. Nie wiemy, w jaki sposób Polska rozwiązała by kwestię całkowitej likwidacji przywilejów stanowych, gdyby miała taką szansę.

Wiemy, że Amerykanie nie potrafili znieść niewolnictwa bez krwawej wojny domowej. Wiemy, że mimo wpisania po zakończeniu tej wojny do konstytucji zakazu dyskryminacji ze względu na kolor skóry jeszcze przez następne dziesiątki lat próba faktycznego skorzystania z tych praw kończyła się linczem, którego uczestnicy byli przez lokalne sądy uniewinniani. Jeszcze w latach sześćdziesiątych policja federalna musiała siłą wyważać drzwi szkół, by czarnoskóre dziecko mogło zasiąść w szkolnej ławce obok białego kolegi.  

Mimo zachowawczości konstytucji 3 maja w tej kwestii polskie społeczeństwo przezwyciężyło nierówność jednak nieco szybciej.

Michał Barcikowski

----- 

Drogi Czytelniku, skoro jesteśmy już razem tutaj, na końcu tekstu prosimy jeszcze o chwilę uwagi. Udostępniamy ten i inne nasze teksty za darmo. Dzieje się tak dzięki wsparciu naszych czytelników. Jest ono konieczne jeśli nadal mamy to robić.

Zamów "Christianitas" (pojedynczy numer lub prenumeratę)

Wesprzyj "Christianitas"

-----


Michał Barcikowski

(1980), historyk, redaktor "Christianitas", mieszka w Warszawie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij