synodalność
2021.10.23 15:34

Kołysanka dla polskich katolików, czyli o liście biskupów na początek synodu

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.plZ góry dziękujemy.

Synod o synodalności rozpoczął się na dobre, także w Polsce. Po wysłuchaniu, a potem dodatkowej lekturze listu polskich biskupów na ten temat, nie widzę możliwości by się do niego nie odnieść. Trzeba postawić naszym pasterzom zasadnicze pytanie czy ów list, czytany w kościołach 17 października br., a podpisany 8 października, rzeczywiście trafnie przybliża katolikom w naszym kraju model synodalności proponowany przez Papieża Franciszka i jego współpracowników? Czy to, co wyczytałem w synodalnym Vademecum oraz papieskim przemówieniu inauguracyjnym znajduje odzwierciedlenie w słowach polskiego episkopatu? Rzecz jasna nie stawiałbym pytania o adekwatność listu polskich biskupów, gdybym nie miał co do tego pewnych wątpliwości.

Przejdę zatem od razu do wątków i cytatów, które powinny być interesujące dla wierzących katolików.

List w pierwszych akapitach wzywa m. in do rachunku sumienia, do przemyślenia tego jakie świadectwo dajemy światu swoim chrześcijańskim życiem. Wydaje się, że pod względem duchowym jest to najbardziej wartościowa część tego dokumentu, szczególnie jeśli biskupi formułując zawarte w nich słowa myśleli także o swoim własnym gronie. Stale powtarzany rachunek sumienia jest jedną z podstaw duchowości jezuickiej, który może niejednemu z nas pomóc na drodze pogłębiania życia religijnego.

List na temat nawrócenia mówi choćby w taki sposób:

Cierpliwość w słuchaniu i gotowość do nawrócenia, czyli nie tylko do zmiany własnych przekonań, ale do przemiany serca, są w takiej wspólnej drodze nieodzowne.

Można odnieść wrażenie, gdy list mówi, że nawrócenie oznacza nie tylko gotowość do zmiany poglądów, jakby jego autorzy z czymś polemizowali. I rzeczywiście. Vademcum kilkukrotnie wspomina o nawróceniu, ale wydaje się, że jest ono w tym dokumencie powiązane z szczególny sposób właśnie z wezwaniem do zmiany poglądów. Punktem odniesienia tej postulowanej zmiany, według Vademcum ma być Duch Święty. Zresztą jest On traktowany przez autorów Vademcum właśnie przede wszystkim jako duch zmiany, mówiący przez uczestników synodu. Weźmy dwa sąsiadujące ze sobą fragmenty Vademecum:

Dialog prowadzi nas do nowości: Musimy być gotowi do zmiany naszych opinii w oparciu o to, co usłyszeliśmy od innych.

Otwartość na nawrócenie i zmianę: Często możemy mieć opór przed natchnieniami Ducha Świętego, który próbuje pobudzić nas do działania. Jesteśmy wezwani do porzucenia postawy samozadowolenia i komfortu, które prowadzą do podejmowania decyzji wyłącznie na podstawie tego, jak sprawy miały się w przeszłości.

Znamy już nieco sposób mówienia i działania Papieża Franciszka, a także kręgu jego współpracowników. Gdy mówią o zmianie, mają na myśli zmianę jakieś ważnego punktu nauczania katolickiego czy aspektu Kościoła z zakresu duchowej formy. Gdy mówią o nawróceniu, mają przeważnie na myśli “nawrócenie duszpasterskie”, którego symbolem jest mniej “sztywne”, czyli bardziej relatywistyczne podejście do katolickich zasad. Jeśli mówią, że Duch będzie ich zdaniem działać poprzez uczestników synodu, to należy odczytywać te słowa bez dodatkowych interpretacji. Kościół potrzebuje zdaniem Papieża jakiegoś rodzaju nowej konstytucji duchowej, która powstanie bez zbytniego oglądania się na “przeszłość”. To szerokie pojęcie utrudnia nam zrozumienie czy chodzi o jakiś rodzaj anachronicznej część spuścizny dawnych epok w życiu katolików czy także o nadprzyrodzoną tradycję Kościoła. Druga odpowiedź jest bardzo prawdopodobna. Tradycji - często to widzimy za pontyfikatu Franciszka - Papież nie traktuje jak dziedzictwa, zobowiązania, ale najwyżej jako zbiornik kulturowych nawiązań, które w dowolny sposób można wykorzystywać w przypisach do nowych zarządzeń. Brak rzetelności w papieskich dokumentach był już niejednokrotnie zauważany. Na naszych łamach nadużycia wobec tekstów św. Tomasza w adhortacji Amoris laetitia zrekonstruował Piotr Kaznowski w obszernej rozprawie Św. Tomasz i Amoris laetitia. Zwracaliśmy też uwagę na słabe uzasadnienie zmiany treści katechizmu w sprawie kary śmierci. Obszerną i szczegółową analizę tekstu motu proprio Traditionis custodes, którego intencją jest likwidacja tradycyjnego rytu rzymskiego, przygotowuje w redakcji “Christianitas” Paweł Grad - już na etapie roboczym stało się jasne, że Papież chętnie posługuje się “prawdą narracyjną”, która niekoniecznie ma związek z “prawdą po prostu”.  

Skoro powiedzieliśmy, że podczas Synodu o synodalności to jego uczestnicy mają być swego rodzaju medium Ducha Świętego, zobaczmy teraz co piszą o nich nasi biskupi, a co Papież Franciszek poprzez tekst Vademecum:

[Papież] Do pójścia wspólną drogą rozeznania woli Bożej zaprasza wszystkich – bo wszyscy przez chrzest i bierzmowanie otrzymali Ducha Świętego, a w Eucharystii karmią się jednym Ciałem Żyjącego Pana - piszą polscy biskupi.

To prawda, jednak Vademecum synodalne mówi coś więcej: 

Jednocześnie w pełnym uczestnictwie w akcie rozeznawania ważne jest usłyszenie przez ochrzczonych głosów innych ludzi w ich lokalnym środowisku, w tym osób które porzuciły praktykowanie wiary, osób innych tradycji wiary, ludzi niereligijnych itd.

Tą kwestią list czytany w naszych Kościołach już się nie zajmuje. Być może dlatego, że biskupom nie wydało się pewne jak powinni taką zachętę rozumieć. Oczywiście możemy tu sformułować pewien rodzaj poprawnej interpretacji, w której głosy ludzi niepraktykujących, czy w ogóle niewierzących, stanowią przede wszystkim rodzaj materiału poznawczego do pracy duszpasterskiej. A jednak polscy biskupi chyba nie byli pewni, że właśnie o to chodzi. Czy bowiem Papież zbudował z wiernymi katolikami taki rodzaj porozumienia, w którym mogą oni mieć pewność, że głosy z przedsionka Kościoła, głosy apostatów, wyznawców innych religii, agnostyków czy ateistów nie okażą się ważniejsze w rozeznawaniu synodalnym niż głos wiary Kościoła, której przez wieki i tysiąclecia towarzyszył opiekuńczo Duch Święty? List nie podejmuje w tym względzie próby przeanalizowania złożoności tekstu Vademecum, które jest przecież rodzajem synodalnego regulaminu. Możliwa wątpliwość została pominięta.

Przejdźmy do kolejnych trzech cytatów z listu biskupów, tym razem tych poświęconych rozmowie: 

W czasie synodu mamy przyjrzeć się temu, w jaki sposób razem, duchowni i świeccy, budujemy wspólnotę Kościoła, począwszy od najmniejszej parafii. Czy i jak w Kościele ze sobą rozmawiamy?

[...]

Synodalne podejście musi zachowywać wrażliwość na włączenie do rozmowy wszystkich, nie wiadomo bowiem, przez kogo Duch Święty zechce przemówić.

[...]

Nie trzeba jednak czekać na wytyczne organizacyjne, by zacząć rozmawiać. Można zacząć od wspólnot rodzinnych i dialogu małżeńskiego. Można porozmawiać z sąsiadami, czy koleżankami i kolegami z pracy. Można już włączyć pytanie o to, jak wspólnie szukamy woli Bożej, w tematy spotkań wspólnot parafialnych, zakonnych, diecezjalnych.

Vademecum kilkakrotnie mówi o dyskusjach w procesie synodalnym, a kilkadziesiąt razy o dialogu. Jednak nie za każdym razem te słowa są używane w taki sam sposób. Np. w poniższym fragmencie widzimy, że dyskusja jest przedstawiona jako możliwa przeszkoda dla rozeznawania synodalnego.

Podążając drogą Synodu, musimy być ostrożni: podczas gdy dyskusje mogą być zakrojone szeroko, sam proces synodalny musi utrzymać cel rozeznawania, do jakiego podążania razem wzywa nas Bóg. Żaden pojedynczy proces synodalny nie rozwiąże wszystkich trosk i problemów. Synodalność jest postawą i podejściem do podążania naprzód w sposób współodpowiedzialny, który jest otwarty na wspólne przyjmowanie Bożych owoców w czasie.

W innym miejscu kwestia dyskusji jest postawiona bardzo stanowczo:

Nie chodzi o angażowanie się w debatę po to, by przekonać innych. Jest to raczej przyjmowanie tego, co mówią inni jako sposobu, w jaki objawia się Duch dla wspólnego dobra.

Zatem tam gdzie w Vademcum jest mowa o dialogu chodzi raczej o wspólnotowe monologowanie, które ma pozwolić na pozadyskursywną zmianę poglądów - zapewne ze “sztywnych” na “otwarte”. W Vademecum czytamy, że 

celem Synodu nie jest tworzenie dokumentów, ale to, by "zrodziły się marzenia, powstały proroctwa i wizje, rozkwitły nadzieje, umocniła się ufność, zostały opatrzone rany, nawiązały się relacje, wstał świt nadziei, by uczono się od siebie nawzajem i budowano pozytywną wyobraźnię, która oświeci umysły, rozpali serca, przywróci rękom siły". 

W teorii każdy ma zatem swobodnie mówić co czuje, ma być wysłuchany, a jego głos ma być wzięty pod uwagę. Czy jednak możemy się spodziewać, że po synodzie nie powstanie żaden dokument, żadne podsumowanie, żadna propozycja konkretnych zmian, które papież zadekretuje? Można w tym dostrzec fałszywy ton. Może zatem synod ma się zakończyć kościelną rewolucją uwolnionych marzeń? Rozpadem katolicyzmu na wielość kongregacji różnych nadziei? A może, jak powiedział niedawno kard. Duka, ogłoszeniem otwarcia nowego Soboru? 

Wróćmy do metody monologowania, o którym wspomniałem. Vademecum formułuje jego regulamin dość precyzyjnie choćby w opisie tzw. Rozmowy Duchowej:

Można zastosować odpowiednią metodę dialogu w grupie, która będzie zgodna z zasadami synodalności. Na przykład, metoda Rozmowy Duchowej promuje aktywne uczestnictwo, uważne słuchanie, refleksyjne mówienie i rozeznawanie duchowe. Uczestnicy tworzą małe grupy składające się z około 6-7 osób z różnych środowisk. Metoda ta zajmuje co najmniej godzinę i składa się z trzech rund. W pierwszej rundzie każdy po kolei dzieli się owocami swojej modlitwy w odniesieniu do pytań i refleksji, które zostały wcześniej rozdane [...]. W tej rundzie nie ma dyskusji, a wszyscy uczestnicy po prostu słuchają w skupieniu każdej osoby i zwracają uwagę na to, jak Duch Święty działa w nich samych, w osobie mówiącej i w całej grupie. Po tym następuje czas ciszy, aby zanotować swoje wewnętrzne poruszenia. W drugiej rundzie uczestnicy dzielą się tym, co najbardziej uderzyło ich w pierwszej rundzie i co poruszyło ich w czasie ciszy. Może pojawić się również dialog, przy zachowaniu tej samej duchowej uważności. Ponownie po tym następuje czas ciszy. Wreszcie w trzeciej rundzie uczestnicy zastanawiają się nad tym, co wydaje się mieć oddźwięk w rozmowie i co ich najbardziej poruszyło. Odnotowuje się również nowe spostrzeżenia, a także nierozwiązane kwestie. Spontaniczne modlitwy wdzięczności mogą zakończyć rozmowę. Zazwyczaj każda mała grupa będzie miała moderatora i osobę sporządzającą notatki.

Metoda ta bardziej przypomina warsztat psychologiczny niż chrześcijańskie rozeznawanie duchowe. Poza tym ma silnie antyintelektualny akcent, tak jakby logos miał wyparować z chrześcijaństwa proponowanego przez Franciszka. Skonfrontujmy się z konkretnymi pytaniami wobec powyżej zarysowanej metody. Czym są wspomniane w cytowanym fragmencie “poruszenia”? Czy jest to intuicja? Co gwarantuje, że te poruszenia pochodzą od Ducha Świętego? Jakie jest odniesienie tych poruszeń do łaski i stanu osobistej wiary uczestników rozeznawania? Nie trzeba być psychologiem by wiedzieć, że “poruszenia” jakich doświadcza człowiek mogą mieć rozmaity charakter: emocjonalny, związany z wyznawanymi ideami, czy jeszcze innymi rozmaitymi uprzedzeniami. Bardzo często są po prostu “duchem tego świata”, który przelewa się przez nasze umysły, i któremu musi przeciwstawić się rozumne sumienie oparte o fundament tradycyjnej wiary. Trzeba dodać w tym miejscu, że źródło wiary - Objawienie - ma charakter, po pierwsze: zewnętrzny, a po drugie jest poznawalne i przekazywalne rozumowo. Wiara jest dyskursywna, jej formuły rodziły się w sporach, a nie psychologicznym oswajaniu. Wiara katolicka nie kryje się w zakamarkach quasi-mistycyzmu, a i prawdziwy mistycyzm zawsze w Kościele podlegał zewnętrznej weryfikacji. Czy jeśli w rozeznaniu będą brać udział ludzie dalecy od Kościoła, kwestionujący nauczanie katolickie to w ich poruszeniach w równym stopniu będzie działał Duch Święty? Czy jeśli kobieta marzy by być księdzem to jest to znak Ducha Świętego? Czy jeśli żonaty mężczyzna marzy o poślubieniu innej kobiety, to jego ‘poruszenie’ by zmienić naukę moralną pochodzącą z Dekalogu, od Chrystusa i św. Pawła też przypiszemy Duchowi Bożego? Czy taki rodzaj psychologizowania procesu rozeznania nie spowoduje, że przy podejmowaniu decyzji rzeczywiste źródła wiary - Pismo i Tradycja -  zastąpione zostaną przez proces badania stanów emocjonalnych we wspólnocie synodalnej?

By pokazać, że powyższy sposób rekonstrukcji zasad synodalnych nie jest oderwany od rzeczywistości warto przywołać słowa abp. Józefa Kupnego z wywiadu opublikowanego na portalu Katolickiej Agencji Informacyjnej. Arcybiskup tłumaczył w czasie tej rozmowy jak Papież rozumie działanie Ducha Świętego w czasie synodu:

Franciszek wyjaśnił to na przykładzie poprzedniego synodu, poświęconego Kościołowi w Amazonii. Przyznał, że większość uczestników tego spotkania przyjechała z gotowym planem, w którym między innymi znajdowało się dopuszczenie do święceń prezbiteratu żonatych mężczyzn. W czasie obrad jednak zaczęły pojawiać się takie kwestie jak obecność katechistów w Kościele w Amazonii, a właściwie ich brak. Następnie padło pytanie o działalność stałych diakonów. Znowu okazało się, że takowych nie ma. W kolejnych dniach podjęto problem powołań kapłańskich z tzw. miejscowej ludności i funkcjonowania seminarium duchownego, który by ich przygotowywało. Na każdym z tych etapów – mówił papież – Duch Święty podpowiadał nam, że mamy wiele do nadrobienia i trzeba inaczej rozłożyć akcenty: położyć nacisk na przygotowanie świeckich katechistów, posyłać do posługi diakonów czy w końcu założyć seminarium dla kandydatów z terenów samej Amazonii. Później – podkreślił Franciszek – jakby Duch Święty zamilkł, bo o ile wcześniej rozwiązania wyłaniały się w toku spotkań i rozmów o tyle, kiedy podjęto temat święcenia żonatych mężczyzn – powiedział papież – nie otrzymał żadnej wskazówki. Stąd, pomimo dużych nacisków, ostatecznie Franciszek tego tematu nie zaakceptował.

Najważniejsze są ostatnie fragmenty, z których wynika, że Papież kieruje się jakiegoś rodzaju intuicjami w sprawach o utrwalonej tradycji, a nawet więcej - opierających się na Objawieniu. Czy podstawą do tych intuicji są znane z jezuickiej praktyki medytacje wyobrażeniowe? Jeśli tak to jaki jest fundament tych medytacji, czy są to teksty Ewangelii, Ojców, Doktorów, Katechizmu, czy może - według “nowego paradygmatu teologii”, o którym pisałem w tekście na temat Vademecum - opinie amorficznie rozumianego Ludu Bożego? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie trzeba zasygnalizować jedną rzecz - powołaniem Papieża nie jest tworzenie nowego objawienia, które miałoby się opierać na osobistych przesłankach, ani nawet potwierdzanie tego prawdziwego, według tak określonych zasad.

To jednak jeszcze nie wszystkie problemy tego - tak je nazwijmy - neojezuickiego rozeznawania, którego program znajdziemy w Vademecum. Zwróćmy uwagę, że Rozmowa Duchowa nie jest po prostu ankietowaniem tych wszystkich osób zaproszonych do udziału w synodzie, a np. kwestionujących katolickie obowiązki czy w ogóle nauczanie. Czy włączenie ich “poruszeń” w nurt synodalnej świadomości nie jest zaproszeniem do tworzenia jakiegoś rodzaju odcieleśnionej formy religii, w której mieszczą się wszyscy chętni? I to niezależnie od przyjmowanego wyznania światopoglądowego i - mówiąc kolokwialnie - stylu życia? Jeśli by tak jest może się okazać, że źródłem “poruszeń” w umyśle Papieża są nawet nie opinie Ludu Bożego, ale po prostu ludu, ducha tego świata. Znakiem potwierdzającym - przynajmniej w pewnym stopniu - powyższe niepokoje jest np. udział w watykańskiej inauguracji synodu protestanckiej teolog Cristiny Inogés Sanz, która jak podawały media wspiera ordynację kapłańską kobiet. Czy budowanie bardziej ewangelicznego katolicyzmu ma się obywać bez katolickiego odczytania Ewangelii, ale za to poprzez koncesje wobec kolejnych, niekoniecznie czystych, ludzkich “marzeń” i “proroctw” na temat tego czym ta Ewangelia powinna być snutych przez też tych, którzy Kościół porzucili lub go po prostu nie rozumieją?

Pominąłem jeszcze jedną fundamentalną sprawę - przeprowadzenie w tak krótkim czasie, złożonego procesu synodalnego z zachowaniem neojezuickiej metodologii jest utopią. Co oznacza w praktyce, że episkopaty otrzymają głównie stanowiska zaktywizowanych inteligenckich i akademickich środowisk, które zastąpią głos Ludu Bożego. Zestaw tych głosów na pewno nie będzie reprezentatywny, a co jeszcze gorsze, może być też zdominowany przez opinie rewolucyjne. Dalsze rozeznawanie - od poziomu kontynentalnego - sprowadzi się do syntetyzowania tych opinii pochodzących z poszczególnych krajów przez ludzi Papieża w kluczu ich własnych “poruszeń”. Te zaś, jak sądzę, dziwnym trafem będą odpowiadały agendzie zmiany liberalnej części kleru. Tam gdzie za bardzo - zamiast roztropności - akcentuje się mistycyzm zwykle wygrywa cyniczna polityka. Pomaga w tym bardzo “nowy paradygmat teologii”, który jest przede wszystkim furtką otworzoną ideologom tylko czekającym by zainfekować Kościół swoimi koncepcjami. O tym trafnie pisał 7 października br. Marek Jurek w felietonie dla “Gościa Niedzielnego”:

[...] trzeba mieć świadomość, że zasadę słuchania wszystkich w Kościele można też rozumieć [...] w sposób populistyczny, jako podążanie za większością, jako „towarzyszenie” ewolucji opinii i obyczajów. To drugie podejście znane jest właśnie ze wspomnianej historii reformacji. To wtedy Luter i Kalwin sformułowali wizję Kościoła ludu, choć ten pierwszy szybko przestraszył się konsekwencji swoich poglądów i – zgodnie z tradycją rzymskiego cezaryzmu – uznał, że w osobie władcy lud ma wystarczającego reprezentanta i trybuna. Reformacja zaczynała się od fundamentalizmu sola Scriptura, od zaufania do gorliwości indywidualnej lektury Pisma Świętego, a potem, towarzysząc ewolucji nowożytnej kultury – przynajmniej w swych najstarszych, oficjalnych wspólnotach – zaczęła kolejno kwestionować nawet te prawdy chrześcijańskie, które wcześniej zachowała.

W podejściu populistycznym to nie głos „każdego” się liczy, ale przeciwnie – głos każdego może łatwo zginąć w kreowanym przez media zgiełku, uznawanym za głos „wszystkich”. Doświadczenie zaś owych oficjalnych „wszystkich” może bardzo łatwo stać się motywem do zakwestionowania ważności (jako przestarzałych, niepraktycznych, „abstrakcyjnych”) prawd i zasad. Tym większa więc waga indywidualnej odpowiedzialności i – głosu każdego z nas.

Powyższy wątek podsumuję innym cytatem. Pochodzi on z tekstu pt. Nawet Papież powinien być posłuszny, który opublikowałem już prawie cztery lata temu, w styczniu 2018 roku na portalu Christianitas.org:

[...]Pokusa papiestwa jest dziś przede wszystkim pokusą władzy nad Ewangelią, nad Słowem Bożym, nad tradycją, którą tu rozumiemy jako udział w realizacji dziejów zbawienia, przekazywanie i wypełnianie nauczania Pana Jezusa. Okazuje się – możemy wyobrazić sobie taką sytuację domykając konsekwentnie szkicowany tu model kryzysy władzy duchowej – że całe nauczanie Kościoła opiera się na wyczuciu jednej osoby – Papieża. Byłby to prawdziwy horror teologiczny.

Wygląda, że ukazuje się on naszym oczom.

Wróćmy do polskich biskupów i przyjrzyjmy się zauważalnym konsekwencjom metody synodalnej. Najpierw przytaczę cytat z listu czytanego 17 października br.:

I jeszcze jedno pytanie, które Ojciec Święty podkreśla szczególnie: czy z naszej rozmowy o Kościele nie wykluczamy tych, których głos łatwo zignorować, bo są z jakiegoś powodu słabsi, zmarginalizowani i mniej obecni w „głównym nurcie” życia Kościoła?

Jak rozumieć to wezwanie, które z pewnością jest bardzo w duchu Papieża Franciszka? Dotychczasowe doświadczenia niestety przekonują, że tego typu deklaracje służyły - niekoniecznie jeszcze w Polsce - do rozmywania granic pomiędzy prawdziwą religią, a jej podróbkami i jezuickim liberalizmem. Chciałbym dla zobrazowania sytuacji przywołać dwie wypowiedzi biskupów warszawskich, które pojawiły się w krótkim czasie po watykańskiej inauguracji synodu. W wywiadzie z 16 października kardynał Kazimierz Nycz mówił o sytuacji tradycjonalistów po dokonanym przez Papieża w motu proprio Traditionis custodes geście deprecjacji.

Niewątpliwie, w każdej z kongregacji takie ważne tematy będą. Na przykład, żeby to zilustrować, w kongregacji “ds. liturgii” na pewno będzie bo musi być omawiana sytuacja po motu proprio papieża Franciszka Traditionis custodes o rycie trydenckim. Ten list apostolski przyszedł do nas, do diecezji, jako pewna dyspozycja, wydana po konsultacji z biskupami ale to motu proprio budzi czasem pytania, czasem wątpliwości i o nich będziemy rozmawiać.

I chwilę dalej kardynał dodał:

Papież Franciszek dostrzegł w Kościele problem i chce, żeby rzeczywiście, jeszcze bardziej upodmiotowić katolików świeckich. Żeby wierni świeccy nie tylko mówili, byli słuchani, ale zostali usłyszani w Kościele i żeby ich głos był uwzględniany przy podejmowaniu decyzji. Bez tego Kościół będzie uboższy.

Pomijając fakt, że uderzenie przez Papieża w tradycjonalistów tuż przed - jak się zdaje - najważniejszym synodem tego pontyfikatu, jest bardzo wymowne znakiem wykluczenia ich stanowisk - to głos kardynała można potraktować jako zaproszenie do rzeczywistej pracy na rzecz komunii kościelnej.

Dzień później jednak, biskup pomocniczy warszawski Piotr Jarecki powiedział:

Jeżeli środowiska LGBT wyrażą wolę zaangażowania w synod, nie wykluczymy ich. Niech przepracują te tematy i niech prześlą wyniki dyskusji do nas. Nikogo nie wykluczamy.

Czy tu także mamy do czynienia z zaproszeniem do komunii kościelnej? Środowiska określające się mianem LGBT - w odróżnieniu od katolików o skłonnościach homoseksualnych - co do zasady przecież dążą do wprowadzenia w Kościele własnych reguł moralnych sprzecznych z Pismem Świętym, Tradycją i prawem naturalnym. Gdyby kierować się gestami i słowami Papieża Franciszka, to można by przyjąć, że polityczny ruch homoseksualny będzie miał znacznie więcej do powiedzenia na synodzie niż obrońcy tradycji katolickiej. To tęczowi aktywiści w zgodzie z duchem tego świata są namaszczonymi “zmarginalizowanymi”. Czy list polskich biskupów pomaga nam wyjść z tych trudności? Przeczytajmy kolejny jego fragment. 

Synodalne podejmowanie decyzji nie jest łatwe, bo zakłada, że głos Ducha wychodzący od jednego członka wspólnoty zostanie potem rozpoznany przez pozostałych, w których działa przecież ten sam Duch. Cierpliwość w słuchaniu i gotowość do nawrócenia, czyli nie tylko do zmiany własnych przekonań, ale do przemiany serca, są w takiej wspólnej drodze nieodzowne. Tym właśnie synodalny styl podejmowania decyzji różni się zarówno od władzy absolutnej, gdzie rację ma sprawujący władzę, jak i od demokracji, gdzie zwycięża ten, kto jest w stanie zdobyć choćby minimalną większość. W Kościele rację ma Duch Święty, a wszystkie ludzkie struktury władzy muszą służyć temu, by rozpoznać Jego tchnienie i mu się poddać.

List który można było usłyszeć w kościołach niemal wbrew Vademecum odwołuje się do dość klasycznego pojęcia synodalności. Ogranicza jego uczestników do tych, którzy “przez chrzest i bierzmowanie otrzymali Ducha Świętego, a w Eucharystii karmią się jednym Ciałem Żyjącego Pana.” Można zatem sądzić, że gdy list mówi o nawróceniu wskazuje na nawrócenie jakim jest odwrócenie się od grzechu. Raczej nie chodzi o tzw. “nawrócenie duszpasterskie” , które - jak w przypadku Komunii dla cudzołożników - oznacza relatywizację zasad moralności katolickiej. Gdy jest mowa o Duchu Świętym, można przyjąć, że chodzi o Trzecią Osobę Trójcy Świętej, o Tego, który ma przekonywać świat o grzechu, a nie go błogosławić. Wygląda, że również w sprawie np. moralnej oceny homoseksualizmu moglibyśmy przyjąć, że polscy biskupi są po stronie Objawienia, choć oczywiście głos bp Jareckiego musi powodować ostrożność. Jeśli jednak taka jest wymowa listu polskich biskupów to na pytanie czy “trafnie przybliża on polskim katolikom model synodalności proponowany przez Papieża Franciszka”, trzeba odpowiedzieć, że nie. Można powiedzieć, że autor - lub autorzy - listu starali się psychologiczno-coachingowej metodzie zawartej w Vademecm nadać katolicki rys. Czy to dobrze? Wydawać by się mogło że tak, skoro biskupi w Polsce są odpowiedzialni za formę wiary swoich Kościołów partykularnych. Ale można też taką ocenę podważyć.

Ocena negatywna mogłaby być uzasadniona opinią mówiącą, że biskupi podsuwają nam złudzenie, a list jest kołysanką śpiewaną polskim katolikom w chwili prawdziwej mobilizacji sił destrukcyjnych w Kościele. Jak trafnie zanotował Marek Jurek w cytowanym już tekście “[...]zwycięstwo [reformacji] miało najczęściej charakter ‘klerykalny’: katolikom odgórnie zmieniano religię, zanim wielu z nich zdołało się zorientować.” Synod o synodalności także może okazać się aktem zamachu na wiarę przez kontrolujący proces synodalny najwyższy kler. Jeśli tak się stanie, to problemy Kościoła dopiero się zaczną. 

Tomasz Rowiński

----- 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; wydał m. in "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa" oraz "Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych". Mieszka w Czarnym Lesie.