szkice
2015.03.12 15:41

Jeśli sól utraci swój smak

Dies irae to jedna z najbardziej znanych sekwencji. Sekwencja to forma chorałowa wywodząca się od melizmatycznego fragmentu jakiegoś innego śpiewu np. ostatniej sylaby Alleluja. Pod dźwięki tej sylaby podkładano nowy tekst, tzw. prosa ad sequentiam. Taka jest jedna z teorii na temat początków ich powstawania. Sekwencja stała się jedną z najpopularniejszych form literackich i poetyckich w średniowieczu, a jako forma muzyczna i liturgiczna weszła do proprium missae i wykonywanabyła po Alleluja, przed Ewangelią. Celowo nie używam tu określenia „forma gregoriańska”, gdyż sekwencjom nie przysługuje ono w sensie ścisłym, jednak należą one do repertuaru monodii liturgicznej Kościoła rzymsko-katolickiego.

Do czasu Soboru Trydenckiego powstało kilka tysięcy sekwencji, w tym wiele lokalnych (samych polskich sekwencji zachowało się około 150 tekstów), jednak Sobór uznał tę wybujałą twórczość liturgiczną za nadużycie i, w ramach ujednolicania repertuaru liturgicznego, usunął je niemal wszystkie, pozostawił jedynie: Victimae Paschali laudes (na Niedzielę Zmartwychwstania), Veni Sancte Spiritus (na Zesłanie Ducha Świętego), Lauda Sion (na Boże Ciało) i Dies irae (jako część mszy żałobnej,  tekst tej sekwencji przypisywano Tomaszowi z Celano). W XVIII wieku jeszcze do tego zestawu dołączono Stabat Mater (na Wielki Piątek). Sobór Watykański II jeszcze bardziej ograniczył liczbę sekwencji pozostawiając obowiązkowe wykonanie tylko dwóch pierwszych. Tym samym zaprzestano wykonywania podczas mszy żałobnych sekwencji Dies irae.

Tekst Dies irae – perła poezji średniowiecznej, jest głęboko zakorzeniony w tradycji biblijnej, nie można zatem powiedzieć, że jest wyłącznie wyrazem typowo średniowiecznych lęków dotyczących śmierci i sądu. Jest bezpośrednim nawiązaniem i rozwinięciem proroctwa Sofoniasza:

Dzień ów będzie dniem gniewu,

dniem ucisku i utrapienia,

dniem ruiny i spustoszenia,

dniem ciemności i mroku,

dniem chmury i burzy,

dniem trąby i krzyku wojennego -

przeciwko miastom obronnym

i przeciw basztom wysokim.(Sof 1,15-16)

Wśród nowotestamentalnych inspiracji tekstu Dies irae wymienić można scenę opisu sądu ostatecznego z Ewangelii św. Mateusza, w którym Chrystus mówi o Synu Człowieczym, który zasiądzie na tronie i będzie oddzielał sprawiedliwych i potępionych niczym pasterz, który oddziela owce i kozły (Mt 25, 31-46), oraz wizję sądu z Apokalipsy, który to sąd będzie się odbywać na podstawie tego co jest zapisane o wszystkich ludzkich uczynkach w księdze życia (Ap 20,11-15).[1]

RZEKOMY ANACHRONIZM

Dlaczego ostatni sobór wycofał z użytku liturgicznego ten tekst? Oficjalna „polityka”, teologii posoborowej mówi, że Kościół powinien przestać straszyć wiernych piekłem, bo to może tym bardziej odpychać od niego wiernych, a poza tym, że jest to nauka „anachroniczna”. Podobnie ma się rzecz ze straszeniem Sądem Ostatecznym. A więc Kościół może zachęcać do wierzenia tylko na zasadzie zachęty pozytywnej (tak jakby sama prawda nie wystarczyła do przyciągania).

Sławny współtwórca reformy liturgicznej, kard. Annibale Bugnini pisał o Dies irae, że tekst ten nacechowany jest negatywnym dziedzictwem średniowiecznym, które kładło zbyt duży nacisk na strach i rozpacz związane z wyrokiem. Zastąpiono więc tego  rodzaju teksty (tu Bugnini wymienia obok Dies irae również inny sławny tekst – Libera me) innymi, które lepiej i skuteczniej wyrażają chrześcijańską nadzieję i wiarę w zmartwychwstanie.[2]

Libera me to bardzo podobny w wyrazie do Dies irae  tekst responsorium używanego przed soborem watykańskim II w obrzędach pogrzebowych. Tekst ten wyraża prośbę do Boga o zmiłowanie się w dniu Sądu Ostatecznego. W obecnym kanonie mszy żałobnej tekst ten został zastąpiony pieśnią Przybądźcie z nieba.

Sąd Ostateczny przedstawiany jest we współczesnej teologii jako ostateczne  wypełnienie dziejów. Jednak jak można tak drastycznie amputować całą resztę pokładów znaczeniowych, skoro są one głęboko zakorzenione w Piśmie Świętym,  które bardzo dosadnie go opisuje? Jest to wyraźne zafałszowanie prawdy o tym czym ma być i będzie Sąd Ostateczny.

Usunięcie praktycznie Dies irae z liturgii naruszyło w pewnym sensie tę delikatną równowagę pomiędzy tremendum a fascinosum. Aby zaś mogło zaistnieć fascinosum, musi być także, chociażby dla smaku – element tremendum. Należy pamiętać o zasadzie lex credendi – lex orandi, która mówi o tym, że modlitwa, a więc także i liturgia  odzwierciedla stan naszej wiary. Jak się modlimy, tak też i wierzymy. Jeśli liturgia została pozbawiona tego bardzo istotnego elementu, rzutuje to w bardzo istotny sposób na stan naszej wiary.  Wiara taka może stać się triumfalistyczna, albo z drugiej strony – miałka i pusta. Czy sama wiara chrześcijańska pozbawiona elementu tremendum nie traci przez to smaku? Czyż nie jest wiarą, której wyłamano kły i obcięto pazury? Pominięcie Dies irae w liturgii żałobnej, jest odebraniem śmierci jej wymiaru powagi i grozy, która, co by nie mówić, jest jej nieodłącznym elementem. Jest spłyceniem, zepchnięciem na plan dalszy tego niepokoju, który towarzyszyć ma nam, gdy myślimy o Dniu Pańskim i zapytujemy samych siebie: „czy jesteśmy na niego gotowi?”

Być może w pojęciu reformatorów dokonano usunięcia z liturgii tekstu, który był projekcją średniowiecznych lęków na temat śmierci czy sądu, ale to nie tyle była  projekcja, co raczej rodzaj objęcia sferą sacrum tego zupełnie naturalnego dla ludzi strachu przed nimi. Nie można przecież spychać w niebyt tej bardzo istotnej części ludzkiej egzystencji. Tekst Dies irae był tych naszych egzystencjalnych lęków wyrazem, był również w jakimś sensie odpowiedzią na nie. Jak człowiek współczesny, któremu świat nie zaspokoi tego rodzaju tęsknot za odpowiedzią totalną na jego potrzeby egzystencjalne, może znaleźć ją w Kościele, w którym obecnie wolno mówić tylko: „Alleluja”, i „Jezus cię kocha!”? Przecież to jest płytki triumfalizm. A przecież przez całe wieki Kościół modlił się właśnie w ten sposób, że wyrażał lęk zarówno przed śmiercią (Libera me), jak i przed Sądem, obok jednoczesnej postawy Przyjdź Panie Jezu! (Ap 22,20). Jedna postawa nie wyklucza przecież drugiej. A więc liturgia obejmowała kiedyś całego człowieka, razem z jego zupełnie naturalnymi lękami, bez udawania, że tego lęku nie ma.

Jednym słowem Kościół poniósł tu niepowetowaną stratę, tak jakby wyrzekł się cząstki własnego dziedzictwa w imię jej rzekomej anachroniczności. Strata polega właśnie na  zapomnieniu tego wymiaru Dnia Sądu, o którym sekwencja Dies irae nam przypominała. Dzień Sądu będzie także dniem wypełnienia się rzeczywistości,  ale nie można zapomnieć o tym jego drugim wymiarze. Jeżeli coś znika z liturgii, znika także z naszego horyzontu wiary, odtąd jesteśmy w jakimś sensie ubożsi o ten fragment.

EFEKT ŚNIEŻNEJ KULI

Zasada lex orandi – lex credendi mówi o tym, że reguła modlitwy (porządek nabożeństw, teksty liturgiczne, również wystrój świątyni) jest jednym ze źródeł reguły wiary (doktryny Kościoła). Należy zatem mieć na uwadze, że nawet pozornie drobna zmiana w liturgii, taka jak właśnie usunięcie jakiegoś tekstu liturgicznego, ze względu na zawarte w nim rzekomo negatywne dziedzictwo ciemnego średniowiecza, wywoła swego rodzaju efekt kuli śnieżnej zarówno z wierze Kościoła, jak i w teologii.

Wiara katolicka utraciła, miejmy nadzieję, że nie bezpowrotnie, bardzo istoty element, jakim jest strach przed karą, sądem i piekłem. Właściwie wszystkie te trzy elementy stały się tematem tabu we współczesnym Kościele (podobnie jak we współczesnym świecie takim tematem tabu jest śmierć)[3]. Jest to w dużym stopniu pójście za duchem świata, współczesny świat jest właśnie w ogromnym stopniu epikurejski, nie chce słyszeć o śmierci, więc usuwa myśl o śmierci poza horyzont swojego postrzegania. Należy pamiętać o tym, że epikurejskie podejście do zagadnienia śmierci jest sprzeczne z chrześcijaństwem.

Innym ponurym aspektem tego usunięcia Dies irae z liturgii jest butna postawa reformatorów, którą można wyczytać ze słów kard. Bugniniego: my lepiej wierzymy niż całe pokolenia naszych przodków, lepiej także umiemy wyrażać naszą wiarę w zmartwychwstanie, wobec tego ulepszymy liturgię, by lepiej tę wiarę obrazowała. Czyż nie jest to dokładne zaprzeczenie zasady lex orandi – lex credendi, która mówi o tym, że aby trzymać się prawdziwej wiary, należy polegać na wierze i sposobie wyrażania jej naszych przodków?

Jakiś czas temu uwiadomiłam sobie, że reforma liturgii, w tym także kalendarza liturgicznego i brewiarza zniszczyła tę i tak cienką nić porozumienia międzypokoleniowego, kodu kulturowego; kiedyś wystarczyło powiedzieć "w niedzielę Gaudete" i wszyscy wiedzieli o co chodzi. A teraz to już nie jest dla wielu takie oczywiste. Nie wspominając, że np. dzisiejsze pokolenia mogą mieć kłopoty ze zrozumieniem poematu Missa pagana Edwarda Stachury, bo już nie wszyscy wiedzą co to jest Confiteor, Prefacja itd. Jeszcze pokolenie Stachury, nawet nie znając łaciny dokładnie wiedziało do czego to się odnosi. Dzisiejsze młode pokolenie już nie. Czy reformatorzy zdawali sobie sprawę, że podcinają korzenie nie tylko Tradycji, ale w ogóle cywilizacji zachodniej?

Czy nie jest podobnie również na poziomie muzycznym, że wraz z usunięciem Dies irae, które oprócz tego, że jest perłą poezji średniowiecznej, jest także pewnym toposem muzycznym i w ogóle kulturowym, do czasów reformy liturgicznej – doskonale rozpoznawalnym przez wszystkich, mających choćby mizerną orientację muzyczną. Ilu, przeciętnie wykształconych katolików umiałoby teraz rozpoznać chorałową melodię tej sekwencji? Czy przypadkiem nagle bywalcy sal koncertowych, którzy usłyszą liczne przecież utwory muzyki tzw. klasycznej, cytujące melodię Dies irae, bez pomocy przewodników koncertowych, nie będą potrafili już tego muzycznego cytatu rozpoznać, a więc będą de facto głusi na to, co kompozytor przecież nie bez powodu zawarł w tej muzyce?[4] Czy nie jesteśmy zatem świadkami kolejnego momentu świadczącego o zerwaniu międzypokoleniowego związku kulturowego, o tym, że ta kultura staje się nieczytelna, przestaje ona już rozumieć samą siebie?

ZWIERCIADŁO EPOKI 

Być może dałoby się obronić tezę, że o stosunku do prawdy o Sądzie Ostatecznym danej epoki świadczą opracowania muzyczne sekwencji Dies irae. Moje ulubione opracowanie sekwencji Dies irae, to motet pod tym samym tytułem żyjącego na przełomie XV i XVI w. Antoine’a Brumela, jest on długi i monotonny, ale wyjątkowej urody i dobrze oddający ducha tego tekstu (spokojny i dostojny, bo nie próbujący oddać w sposób dosłowny opisywanych wydarzeń, jak to próbują czynić opracowania romantyczne, np. Verdiego, czy współczesne, jak Pendereckiego czy Jenkinsa, to wiele mówi również o stanie ducha ludzi epoki renesansu, w której powstawały takie właśnie opracowania tego tekstu). Wyjątkowo piękne jest też wykonanie Huelgas Ensemble pod dyrekcją Paula van Nevela z obowiązkowym w jego rekonstrukcjach brzmieniem puzonów, nadającym refleksyjnego charakteru, skierowującym myśli ku rzeczom ostatecznym i przypominającym nieco trąbę, o której tekst wspomina.

Z kolei spośród opracowań barokowych na szczególną uwagę zasługuje opracowanie Jean-Baptiste Lully’ego, który swój motet Dies irae skomponował z wielkim rozmachem i blaskiem, typowo barokowa oprawa pozwala tym bardziej błyszczeć zacytowanej na początku melodii oryginalnej z całą jej mocą.

Chorałowa melodia Dies irae, jako bardzo wyrazista i połączona z tekstem mówiącym o śmierci i rzeczach ostatecznych, pobudzała wyobraźnię wielu twórców i była często wykorzystywana w rozmaitych świeckich utworach. Między innymi zafascynowany jej charakterem Franciszek Liszt wykorzystał ją w swoim utworze  Totentanz na fortepian i orkiestrę. Utwór ten jest cyklem wariacji na temat melodii tej sekwencji. Użyte tu przez kompozytora środki wyrazu, mają wzbudzać grozę, jednak typowa dla romantycznej mentalności emfaza sprawia, że dla dzisiejszego słuchacza piekielne dźwięki sprawiają wrażenie niemal komiczne. To jest mniej więcej ten rodzaj grozy, który wywołują w nas dzisiaj „filmy grozy” Friedricha Murnaua. Utwór ten jest swego rodzaju świadectwem na temat stanu duchowości i mentalności ludzi czasów romantyzmu, który przyjmował spuściznę średniowiecza, wraz z jego lękiem przed sądem i karą jako pewien rodzaj folkloru, bez poważnej refleksji na tematy eschatologiczne. To co wieki wcześniejsze ujmowały za pomocą szlachetnego brzmienia, tu zostało sprowadzone do epatowania słuchaczy „strasznością”.

Czyż nie takiego epatowania chcieli uniknąć ci, którzy usunęli Dies irae z liturgii Kościoła? Czy nie pomylili oni przypadkiem „dziedzictwa średniowiecznego” z romantycznym o nim wyobrażeniem?

 

Antonina Karpowicz-Zbińkowska

 

Artykuł ukazał się na łamach Frondy LUX, nr 73.

 

[1] Do pozostałych inspiracji nowotestamentalnych można zaliczyć także Łk21,25-28 i 1Tes 4, 16-17.

[2] Por. A. Bugnini, (1990), "46.II.1", The Reform of the Liturgy: 1948–1975, The Liturgical Press, p. 773.

[3] Na temat nieobecności spraw ostatecznych zarówno w dyskursie świata jak i Kościoła bardzo dosadnie wypowiada się kard. JosephRatzinger: Jeżeli z powodu konformizmu pragnie się uwolnić od diabła i wszystkich niewygodnych aspektów wiary, to przyjmuje się postawę nie egzegety czy interpretatora Pisma Świętego, ale postawę człowieka widzącego problem tylko z pozycji współczesności. (...) W rezultacie, tego typu bibliści budują swoje sądy opierając się jedynie na własnej wizji świata, a nie na autorytecie Biblii. Mówią oni jako szczególnego rodzaju filozofowie czy socjologowie, a ich filozofia zawiera wyłącznie banały, bezkrytycznie akceptujące tę prowizoryczną przecież wizję świata. (...) Nauczanie Kościoła powinno znaleźć język adekwatny do wiecznie ważnych i słusznych treści. Życie jest sprawą najwyższej wagi, musimy być czujni, by nie zagubić szansy życia wiecznego, które jest niczym innym jak przyjaźnią z Chrystusem, możliwą do osiągnięcia dla każdego z nas. Nie powinniśmy polegać na takiej mentalności, która powiada, że wystarczy zachowywać się tak, jak czyni to większość, a wtedy - siłą rzeczy -jakoś to będzie. Katecheza powinna dążyć do tego, by nie być tylko jedną z wielu opinii, ale by być pewnością zaczerpniętą z wiary Kościoła; by jej treści przewyższały treści wszystkich obiegowych mniemań. A tymczasem w wielu współczesnych katechezach pojęcie życia wiecznego jest zaledwie wspomniane, a problem śmierci lekko dotknięty. Jeżeli już mówi się o śmierci, to jedynie szuka się wyjścia, jakby ją oddalić lub uczynić lżejszą. U wielu chrześcijan zanikła świadomość eschatologiczna; śmierć otoczona jest milczeniem, budzi strach, a częstokroć próbuje się ją zbanalizować. Kościół od wieków uczył nas modlić się o szczęśliwą śmierć i o to, aby dany był nam czas na przygotowanie się do niej. Dzisiaj nagła śmierć jest uważana za łaskę. A przecież nieakceptowanie śmierci czy brak poszanowania dla niej znaczy tyle, co nieakceptowanie i nieposzanowanie życia. (…) Niewątpliwie wszyscy dzisiaj uważamy się za dobrych. Na cóż więc innego mielibyśmy zasługiwać jak nie na niebo! Za taki stan rzeczy odpowiada kultura, która na siłę wynajduje nam okoliczności łagodzące i stara się wykraść człowiekowi poczucie winy za grzechy. Ktoś kiedyś zaobserwował, że wszystkie dominujące dziś ideologie opierają się na jednej podstawie: na upartej negacji istnienia grzechu, to znaczy na negacji właśnie tej rzeczywistości, którą wiara wiąże z piekłem i czyśćcem.

J. Ratzinger, V. Messori, Raport o stanie wiary, Michalineum, Kraków-Warszawa-Struga 1986, s.124-128.

[4] Wymieńmy choćby kilku najpopularniejszych kompozytorów, którzy dosłownie cytują melodię sekwencji Dies irae w swoich utworach:  F. Liszt Totentanz, S. Rachmaninow Rapsodia na temat Paganiniego, G. Mahler II symfonia, Ch. Gounod Faust, H. Berlioz Symfonia fantastyczna. C. Saint-Saëns Dance macabre.

 


Antonina Karpowicz-Zbińkowska

(1975), doktor nauk teologicznych, muzykolog, redaktor „Christianitas”. Publikowała w „Studia Theologica Varsaviensia”, "Christianitas", na portalu "Teologii Politycznej" oraz we "Frondzie LUX". Autorka książek "Teologia muzyki w dialogach filozoficznych św. Augustyna" (Kraków, 2013) i "Zwierciadło muzyki" (Tyniec/Biblioteka Christianitas, 2016). Mieszka w Warszawie.