Świadectwa
2015.05.24 12:08

Dlaczego chodzę na starą Mszę

Na pytanie, dlaczego chodzę na starą Mszę, mam ochotę odpowiedzieć, że to przecież oczywiste dlaczego chodzę! Gdy się wie, to, co wiem na temat Mszy, nie można już po prostu przejść wobec niej obojętnie. Może to dar, że od dziecka ukochałam Eucharystię i zawsze wydawała mi się ona bardzo ważna. Bardzo długo był to dar trudny, bo nie potrafiłam przeżywać Mszy tak, jak bym chciała. Nawet do końca nie wiedziałam, jak mam ją przeżywać, ale ciągle czułam niedosyt. Wpadłam – jak to z perspektywy czasu nazywam – w pułapkę „aktywnego uczestniczenia we Mszy”. Dopiero na Tridentinie zrozumiałam, że Msza to modlitwa, czas spotkania z Bogiem. Wcześniej ciągle rozgryzałam, jak jeszcze bardziej mogę uczestniczyć. Odpowiadać na wszystkie wezwania księdza? Śpiewać wszystkie pieśni? A może angażować się i czytać czytania oraz śpiewać psalm? Albo animować śpiew w scholi? Wszelkie podejmowane próby nie zaspakajały mojej potrzeby głębokiego przeżywania Mszy. Nawet napisanie pracy magisterskiej o adoracji Najświętszego Sakramentu, nie przybliżyło mnie do tego.

Nie pamiętam już kto powiedział mi kiedyś coś, co na zawsze przemieniło moje myślenie o Tradycji. Wstyd się przyznać, że student teologii nie miał o tym pojęcia, ale to tylko świadczy o poziomie naszych studiów. Ów ktoś powiedział mi wtedy, że Tradycja, to coś żywego, co się rozwija, dlatego też Msza rozwijała swoją formę przez wieki. Natomiast NOM nie jest wynikiem rozwoju Tradycji, ale zebrania się kilku osób, które postanowiły, jak to teraz ma się odprawiać Msza. Jednym słowem, Msza została wymyślona na nowo, jako pewien konstrukt, co grosza niejako naśladujący zgromadzenia protestanckie. Było to dla mnie spore zaskoczenie i rzeczywiście dało mocno do myślenia. Postawiło wręcz pod znakiem zapytania zasadność Novus Ordo Missae. Mimo tego trochę czasu upłynęło zanim zaczęłam chodzić na Tridentinę. Początkowo próbowałam ją przeżywać jak NOM. I tak, da się! Można w niej tak samo kłaść główny nacisk na zewnętrzne aktywne uczestniczenie, ale znów tylko ona może pozwolić człowiekowi wyjść z tej pułapki. Jeśli człowiek pozwoli sobie po prostu na to, że się modli, wtedy zaczyna odkrywać głębię Liturgii. Dla mnie wiele rzeczy wtedy stało się jasnymi i oczywistymi. Zobaczyłam na czym polega zasadnicza różnica w sprawowaniu Mszy. Na Novus Ordo Missae ksiądz jakby animuje, zarządza, zachęca do uczestniczenia. Często miałam (i mam nadal, jeśli zdarzy mi się być na nowej Mszy) wrażenie, że jest to strasznie przegadane. Gorzej, że czasem księża w tej swojej animacji posuwają się za daleko. Tak bardzo chcą przekonać wiernych, że tracą chyba z oczu do czego chcą przekonać. Mam tu na myśli różne ekscesy na Mszach, do których wielu z nas już przywykło, a które mnie jednak zawsze bodły. Na starej Mszy, ksiądz się modli i tą swoją postawą, zachęca, zaprasza do modlitwy. A momenty ciszy są tu kluczowe. Niedawno mój znajomy pięknie napisał w komentarzu na Facebooku – nie będę cytować, dokładnie nie pamiętam wszystkich słów, więc będzie parafraza – że na Mszy ksiądz rozmawia z Bogiem, a im ciszej mówi, tym większa jest intymność między nimi, dlatego tego nie wypada podsłuchiwać. To kolejny raz uświadomiło mi zasadność modlitw wypowiadanych cicho przez księdza w czasie Mszy. Jeśli wierny chce, ma możliwość modlić się tymi samymi modlitwami, posługując się mszalikiem. Ale równie dobrze może modlić się w tym czasie swoimi słowami, albo zupełnie bez słów.

W swojej pracy magisterskiej pisałam, że Msza święta jest adoracją. I tak jest, tylko na Novus Ordo Missae nigdy nie mogłam tego doświadczyć. Nie mówię, że nie można, bo pewnie wielu potrafi, ale ja nie mogę. Dopiero na starej Mszy zobaczyłam, że ważniejsze od zewnętrznego uczestnictwa, jest adorowanie Pana Boga. Dzisiejszy świat mocno stawia na indywidualizm i antropocentryzm, co przeszło także do Kościoła. Rola świeckich jest oczywiście ważna i niepodważalna, ale przez to zaczyna się niektórym wydawać, że są nieodłączną częścią Mszy. Sama wolę uznać swoje miejsce, a jest nim cicha adoracja, modlitwa. To Bóg przychodzi do człowieka, a on może Go tylko przyjąć. Nic nie musi robić, poza gotowością, otwartością i czystością serca. Kapłan sprawuje Eucharystię dla nas, ale naprawdę nie jesteśmy do tego niezbędni. Bez nas ten sam cud także by się dokonywał. Lepiej uznać, że oto taki mały, nic nieznaczący, w niczym niezasługujący, może przyjąć Boga do serca. Bo swoim „działaniem, aktywnym uczestniczeniem” próbuję jakby udowodnić, że ja tu coś sprawiam, albo że ja zasługuję. Nie. Jestem grzesznik, za którego umiera na tej Mszy Jezus, składa się za mnie w ofierze Ojcu, a ja mogę przyjąć owoc tego odkupienia. Jaka to ogromna radość, jakiż zaszczyt! I jak tu Boga nie uwielbiać, nie adorować? Za tak wspaniały dar należy Mu się najwyższa cześć. Dlatego z taką czcią sprawujemy Tridentinę. Dlatego tyle w niej pokłonów i klękania – uznajemy swoją niskość i wyznajemy wielkość Boga, a jednocześnie Jego miłość i miłosierdzie. Gesty ciała nie są tutaj czymś li tylko zewnętrznym, a przynajmniej nie powinny. One wynikają z potrzeby serca. Ciało i duch powinny bowiem być zjednoczone w oddawaniu czci Bogu. Wtedy przestaje dziwić cała „otoczka”, a zaczyna zachwycać, być czymś oczywistym – Bogu należą się te wszystkie kadzidła, dostojne szaty i uroczyste śpiewy.

Nie trzeba ukrywać, że przed Soborem Watykańskim II stara Msza nie wyglądała, jak teraz – to częsty zarzut przeciwników starej Mszy. Ale przecież Sobór postulował zmiany, chciał reformy liturgicznej i tradycjonaliści to uznają. Tyle że to, co uczyniono z Mszą, nie jest realizacją Soboru. Jego postulaty są zrealizowane znacznie bardziej właśnie w obecnej Tridentinie. Tym bardziej jest to dla mnie argument za chodzeniem na starą Mszę. Pomogła mi ona także lepiej przeżywać nową Mszę, ale nie ukrywam, że mam nadal z tym problem i po prostu męczę się. Dlatego jestem wdzięczna Bogu, że postawił na mej drodze ludzi, którzy mi powiedzieli o tradycji liturgicznej i za mojego męża, ponieważ początkowo to głównie on powodował, że zaczęliśmy jeździć na Tridentinę. Dziś jest ona naszym duchowym domem.

Ewa Rowiński

 

Czytasz "Christianitas" w Internecie? Wesprzyj istnienie portalu.


Ewa Rowińska

(1982), magister teologii, sekretarz redakcji "Christianitas" w latach 2010-2011

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij