powieść
2023.11.21 18:34

Zielony to odcień błękitu [PROZA]

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy. 

 

Nad morzem nie zostaliśmy na długo, ledwie dwa dni. Spacer wzdłuż plaży, leżenie do późna przy otwartym oknie, leniwie obserwując falowanie firanek, kilka godzin bezczynności, wieczorem wyjście na miasto, ryby, owoce morza zmieszane z makaronem, pikantne i bardzo słone, ale dobre, także w tym przesoleniu, niepodobne do niczego innego. Później, wczesnym rankiem, powrót na dworzec, czekanie na pociąg wśród okrzyków mew i wreszcie wyjazd na południe. 

Dwa dni to wystarczająco, oboje się co do tego zgodziliśmy. Teraz będziemy mogli zamknąć nasze wspomnienia znad morza w jednym zgrabnym, niebiesko-żółtym obrazku. Niebieskim jak woda i niebo. Żółtym jak piasek. Wyjazd stanie się dzięki temu ikoną. Czymś, co będzie można później kontemplować.

Nie przesiąknęliśmy zanadto tamtejszym powietrzem. Nie najedliśmy się rybami i małymi ośmiorniczkami tak, żebyśmy mieli już dość. Zostawiliśmy sobie przestrzeń dobrego niedosytu i możliwość zatęsknienia za Kołobrzegiem, przynajmniej jeśli chodzi o mnie, bo tak naprawdę nigdy nie byłem wielkim miłośnikiem morza. Zawsze wolałem swoje rodzinne strony. Może nie tyle góry, co widoczne na Podhalu pasterskie życie i charakterystycznie surowy klimat. 

Wczesne poranki są tam zazwyczaj chłodne, rześkie, przenikliwe, nawet latem. Mają w sobie jakąś czystość. Coś, co kojarzy się z nowym początkiem. Jakąś przejrzystość powstania z martwych albo gitary Joego Walsha z Theme from Boat Weirdos.

Chociaż muszę uczciwie przyznać, że w przeciągu ostatnich dwóch dni morze wreszcie przemówiło do mnie swoją symboliką. Jak dotąd znałem tylko ze słyszenia, lecz nigdy nie spotkałem się z nią twarzą w twarz. Stojąc na piasku, wpatrywałem się w horyzont i wyobrażałem sobie, że tak musi wyglądać nieskończoność. A co jest za tym błękitem? Jaka rzeczywistość kryje się po drugiej stronie morza? Takie pytania, przypominające mi zresztą mnie samego z lat dzieciństwa, przychodziły mi do głowy, kiedy stałem tam, na piasku, a moje stopy od czasu do czasu czuły zimny przypływ.

Najszybszy przejazd pociągiem znad morza na Podhale to właściwie cały dzień. Ruszamy o dziewiątej, na miejscu będziemy o dwudziestej drugiej. Z okna przedziału zobaczymy wszystkie rodzaje krajobrazów, wszystkie pory dnia, a być może także rozmaite kształty chmur, od tych białych, rozrzuconych po błękitnym niebie, aż po skłębione i deszczowe. Poznam, że zbliżamy się do celu, kiedy krajobraz zacznie coraz bardziej falować. 

Wpierw pojedziemy na Podhale, jutro albo pojutrze – na Orawę. Przywitają nas otwarte polne przestrzenie. Zwłaszcza na Orawie, która wydaje mi się jakoś bardziej wiejska. Przynajmniej tak ją zapamiętałem. Płot jest granicą. Poza nim rozciąga się zielone morze.

Nad ranem zdążyliśmy jeszcze pójść na Mszę. Z mównicy padły słowa rozmowy Abrahama i Lota, kiedy obaj stanęli na rozdrożu, aby każdy poszedł w swoją stronę: „Cały ten kraj jest przeznaczony dla ciebie. Odłącz się ode mnie. Jeśli ty zechcesz udać się w lewo, ja pójdę w prawo; jeśli ty udasz się w prawo, ja wyruszę w lewo”. 

Msza została odprawiona w ciasnej, mogącej pomieścić może dwadzieścia osób kaplicy. Było nas tam zaledwie kilku. Modliliśmy się w towarzystwie figur świętych Pańskich, o których łatwo było pomyśleć jak o uczestnikach nabożeństwa takich, jak my. Święty Franciszek i Nepomucen stali na parapecie, cali w poświacie porannego słońca, tak blisko mnie, że nieomal mogłem ich strącić łokciem. Było rzeczywiście ciasno.

Przez chwilę, zamyślony, przyjrzałem się figurce świętego Franciszka. Dość znane wyobrażenie, nad którym nigdy wcześniej jakoś nie miałem okazji się zastanowić: mnich w podartym habicie, trzymający w kościstych dłoniach ludzką czaszkę. Kontemplacja kruchości i przemijania. A przecież zapamiętaliśmy świętego Franciszka jako miłośnika życia, obfitującego tym, co jest, zachwyconego pięknem stworzenia. Tutaj inaczej, widzimy zapowiedź rozstania ze wszystkim, co syci po tej stronie. My wszyscy też będziemy musieli dotrzeć do tego miejsca, do tej samej groty smutnej medytacji. Tworzymy, kochamy, napełniamy wnętrze, ale odejdziemy, a ślady naszych stóp na piasku zostaną zmyte przez kolejny przypływ.

Ławki przesiąkły zapachem kadzidła. Kiedy tam przyszliśmy, dało się odczuć chłód. Drewno było zimne i twarde. Słowa wypowiadano powoli, dając miejsce dla łagodnie rozchodzącego się echa i następującej po nim ciszy. 

Po swojemu wyobraziłem sobie scenerię rozmowy Abrahama i Lota, tak jakby odbyła się ona na jednym z podhalańskich pastwisk. Puste pole, rozciągające się poza horyzont, gdzieniegdzie porozrzucane kopki siana, słońce w zenicie. Tak wyglądają latem okolice, do których właśnie jedziemy. Sam też poczułem się jak jeden z nich. Mam udać się na lewo albo na prawo, sam nie wiem, gdzie, ale muszę zdecydować. Wystarczy wybrać stronę: na lewo lub na pewno. To proste i trudne jednocześnie. Czeka na mnie być może „kraj przeznaczony”. Na pewno nie mogę pozostać tu, gdzie jestem, choć jak na razie stoję pośrodku rozległego, pustego pola, po którym kołowymi ruchami tańczy wiatr. 

Ale przecież „sprawiedliwy znajduje rozległe pastwiska”. Podobne do tych, do których właśnie jedziemy. Niektóre z nich będą nam pewnie przypominać morze. Rozległa, rozciągająca się po horyzont połać zielonej ziemi. I pytanie, co można znaleźć dalej, po drugiej stronie tego bezkresu. Myśli podobne do tych, które towarzyszyły mi wtedy, gdy stałem na piaszczystym brzegu, wpatrzony w wielki błękit. Teraz są to hale i polany. A może jest to ten sam bezmiar. Może zielony to tylko odcień błękitu.

Tak czy inaczej, muszę wybrać swoją drogę, pójść na lewo albo na prawo. Muszę znaleźć swoje pole. Nowe pastwisko. Nie mogę pozostać tam, gdzie nie moje miejsce. W tej pracy, która nie należy do mnie. Zbyt mocno dręczy mnie poczucie przemijalności tego życia. Nie czuję się stary, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że wewnątrz czuję się kimś młodszym, niż jestem w rzeczywistości. Ale świadomość uciekającego czasu towarzyszy mi od dawna. Dlatego muszę pójść tam, gdzie muszę pójść, choć przecież nie znam drogi. Przede mną rozpościera się szczere pole. 

Po komunii spojrzałem na wielki krucyfiks zawieszony na ścianie kaplicy. Przez chwilę wydało mi się, jakby zamknięte usta z drewna mówią do mnie: „Twoja droga jeszcze potrwa, mam coś dla ciebie, ale teraz jeszcze nie możesz tego zobaczyć”.

Cieszę się, że mamy przed sobą kilka tygodni odpoczynku. Może w tym czasie wiele spraw stanie się jaśniejszych.

***

Późnym popołudniem mamy przesiadkę i godzinę oczekiwania na następny pociąg. Jesteśmy wprawdzie trochę ospali z powodu podróży, ale wyjście na słońce i świeże powietrze za chwilę wleje w nas nowe życie.

Nieopodal dworca znajdujemy budkę z szybką wietnamską kuchnią. Czerwony szyld z żółtym napisem Rồng bay, ozdobiony malunkiem przedstawiającym kilka pędów bambusa. Lubię te litery i tę oczywistą ikonografię: bambusy, smoki, lampiony. Kiedy otwieram drzwi, uderza w nas mieszanina zapachów smażonej kaczki, duszonej wieprzowiny i sosu słodko-kwaśnego. Nie można go pomylić z niczym innym. Zawsze będzie należał wyłącznie do wietnamskich knajpek, im tańszych i bardziej siermiężnych na zewnątrz, tym lepiej.

Rozkładam na krzesłach nasz bagaż. Ona wyrywa się do kasy, gdzie dwie złote figurki kotów przyjaźnie witają gości rytmicznym machaniem łapki. Energicznie opiera ramiona o ladę, to znaczy, że wie, co zamówić. Patrzę jak wybiera dla siebie pad thai, a dla mnie kurczaka na ostro i, nie wiedzieć dlaczego, przychodzi mi na myśl płyta winylowa The Who, którą kilka dni temu wygrzebała dla mnie w antykwariacie muzycznym. 

Symetryczna mozaika dwudziestu pięciu obrazków, popartowy, nasycony żywymi kolorami patchwork. Żółty, czerwony, niebieski. Okładka od początku zrobiła na mnie wrażenie. Ale kiedy album zaczął u mnie grać po raz pierwszy, wtedy jeszcze z płyty kompaktowej, doznałem rozczarowania. Muzyka wydała mi się wtedy dziwnie zamyślona i zbyt powolna. Przypominała motocykl, który nie mógł się rozpędzić na prostej, bo ręce muzyków co chwilę zachowawczo zaciskały się na hamulcach. Brzmienie było wprawdzie głębokie, bogate i czyste, ale spodziewałem się mimo wszystko czegoś innego; czegoś bardziej gniewnego, destrukcyjnego, oczekiwałem tej rewolty, którą uskuteczniali za młodzieńczych lat.

Kiedy jednak przywiozła mi tę płytę, tym razem na winylu, mój odbiór bardzo się zmienił. Pamiętam, że miała wtedy na sobie białą sukienkę. Czerwone róże na śniegu. Tak mi się kojarzyły. Czerwień bardzo ostra, prawie jak krople krwi, biel za to łagodna. 

Kiedy wróciła, zostawiliśmy na jutro to, co było w lodówce i wyjątkowo postanowiliśmy zamówić coś amerykańskiego. No i ta płyta. Może pewne rzeczy muszą najpierw stać się darem, żebyśmy mogli poznać ich prawdziwą wartość. Albo jeszcze inaczej: niektóre rzeczy odkrywamy w ten sposób po to, żebyśmy widzieli w nich życie i świat osób, wznosząc się ponad świat przedmiotów. Ciała Pańskiego nie bierzemy sobie sami, otrzymujemy je z cudzych rąk. Widocznie wiele innych dóbr także powinno nam być podarowane, zanim zdołamy docenić.

– Nie pamiętam, czy to już masz, coś mi świta, ale w razie czego wzięłam, bo nie byłam pewna – powiedziała, niby od niechcenia kładąc płytę na kanapie. 

– Świetnie, jak przyniosą jedzenie, to możemy za chwilę puścić.

Puściliśmy płytę w ruch. Dostrzegłem wyrafinowanie tego, co spokojniejsze. Przez następne dni wracałem do tego albumu. Rześki poranek, przejrzysta gitara Street Song. Autentyczność i sztuka ulicy. Już wiem, że kiedy dojedziemy na miejsce, przez najbliższe dni będę wymykał się z domu wieczorami, aby objechać ulice wsi i miast, stacje benzynowe świecące na uboczu, niczym latarnie morskie w mrocznym morzu. Będę długo jechał, czując ciepły wiatr na szyi, zacznę wsłuchiwać się w album, zanim wrócę do domu, do niej, położę się obok, żeby zasnąć pełen wrażeń i myśli.

Przyglądam się jej, jak za każdym razem, ilekroć podnosi pałeczki do ust, wpierw chwilę grzebie nimi w daniu, równomiernie rozkładając i układając makaron, tak jakby chciała sprawić, żeby zawsze dobrze prezentował się na talerzu. Jedliśmy w milczeniu, bez pośpiechu, a zarazem czujnie, co jakiś czas zerkając na zegar, tak, aby przypadkiem nie spóźnić się na kolejny pociąg.

Zwykle rozmawiamy przy stole dużo i o różnych sprawach, ale dziś słońce i ciepło dnia przytuliło nas w ten specyficzny sposób, który sprawia, że bardziej chce się być niż mówić. W tej chwili nie trzeba wielu słów. Jest to dobre milczenie, takie, które przepaja atmosfera błogiej oczywistości. Trochę się już znamy. Domyślam się, co dzieje się teraz w jej głowie. Zatrzymuje się co kilka minut nad kolejnym kęsem pad thai, żeby ocenić, czy jest lepszy od tego, który serwują w knajpce wietnamskiej nieopodal naszego bloku. Chyba nie jest.

– I jak tam, może być?

– Niezłe, ale u nas mają lepsze. Czegoś mi brakuje, ale zastanawiam się, czego i nie wiem. Ten u nas jakoś bardziej mi podchodzi. A twoje?

– U mnie chyba zawsze tak samo. Kurczak na ostro zawsze jest dobry. Tu nie ma większej filozofii. Ma być kurczak i ma być ostry. Zawsze dodają odpowiednio dużo sosu. 

Przyglądam jej się i wiem, że jest coś jeszcze. Pewnie myśli też o domu. O tym, jak długo tam nie byliśmy i ile dni pozostaniemy na Podhalu. To dla niej ważny temat. Podobnie jak dla mojej matki, która wyjątkowo nie lubiła, kiedy ojciec bez zapowiedzi zapraszał do domu kolegów. Była to niemal inwazja. Dom powinien być azylem, bezpiecznym schronieniem przed światem, miejscem, do którego nie przedrą się wpływy wrogiej i obcej rzeczywistości.

Wychodzimy, wiedząc że za chwilę podjedzie nasz pociąg.

***

Na miejscu jest już ciemno. Z okna przedziału rozpoznaję znajome światła, co oznacza, że jesteśmy już na stacji kolejowej w Nowym Targu. O tej porze krążą tu jeszcze ciężarówki, ludzie wychodzą na przerwę, stają przed wejściem fabryki salami, chcą zaczerpnąć świeżego powietrza, to się nie zmieniło. Dobrze wiedzieć, że życie nadal tutaj trwa, dokładnie tak, jak zapamiętałem.

Jestem pod tym względem dość nostalgiczny, być może za bardzo. Zamykam wspomnienia gdzieś wewnątrz siebie, po to, żeby wydobywać stamtąd dobre wieści na temat życia. Nasz Kołobrzeg też się tam znalazł. Przypomni o sobie w nieoczekiwanym  momencie, wyłoni się z czeluści, wezwany jakimś dźwiękiem, słowem czy widokiem, aby udowodnić, że pomimo trudów życia i rzucenia w egzystencję, jednak dobrze jest być. Tak to właśnie jest. Chyba zawsze tak miałem. Okadzam miejsca, ulice i widoki dobrymi skojarzeniami.

Wychodzimy z pociągu, a po głowie chodzą mi słowa piosenki o nocnej ucieczce. Ucieczce? Od czego? A może powinienem zapytać – do czego:

 

Won't you be my midnight runaway?
Won't cha take the time to runaway with me?
Feeling fine tonight, we'll runaway
Should we head for the hills or to the sea?

 

Cóż za zbieg okoliczności. „Hills” albo „sea”. Przecież właśnie wróciliśmy znad morza na Podhale.

Oboje jesteśmy już zmęczeni. Mamy przecież za sobą kilkanaście godzin podróży. Na szczęście mój dom rodzinny stoi niedaleko stacji kolejowej. Idziemy ulicą, utrudzeni całym dniem. Wieczorny wiatr ochładza nam twarze.

Michał Gołębiowski

-----

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ


Michał Gołębiowski

(1989), doktor nauk humanistycznych, filolog, historyk literatury, eseista, pisarz, tłumacz. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Autor książek, m.in. „Niewiasty z perłą” (Kraków, 2018) czy „Bezkresu poranka” (Kraków, 2020), za którą został uhonorowany Nagrodą Specjalną Identitas. Jego zainteresowania obejmują zarówno dawną poezję mistyczną, jak również kulturę tworzoną w atmosferze tzw. „śmierci Boga” oraz dzieje ruchów kontrkulturowych lat 60. XX wieku.