szkice
2022.05.02 14:12

Śmiech dziecka w słońcu, czyli „Easy Rider”, nomadyczność i intuicja

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.plZ góry dziękujemy.

 

Trzy słowa: ciągłość, droga i horyzont. Wszystkie one miałyby stanowić określenia lub obrazy świadomości, która nie dzieli się, lecz trwa, płynąc swobodnie od jednej myśli do drugiej. Podobnie wygląda podobno życie wyzwolone, a więc prawdziwe. Autostrada w upale i pełnym słońcu odzwierciedla wówczas apeiron jako bezkres w nie mniejszym stopniu, aniżeli widok morza. Jeżeli więc myśl „pięknej epoki” odkrywała Freudowskie doświadczenie oceaniczne albo Bergsonowskie trwanie, to „lato miłości” tę samą intuicję przekładało na stan bycia w drodze. Ciągle ten sam asfalt bądź ziemia, mijane drzewa i skały, zlewająca się w jedno rzeczywistość, wolność we mnie i błękit nieba nade mną, piach i wiatr – to nie tylko ucieczka od tradycyjnego społeczeństwa, ale także rodzaj medytacji.

W 1963 roku amerykańska powieściopisarka i eseistka, Flannery O’Connor, stwierdziła, że „nasza epoka w swoim najlepszym wydaniu jest epoką poszukiwaczy i odkrywców, a w najgorszym – tą, która oswoiła rozpacz i nauczyła się szczęśliwie z nią żyć”. Choć ustawiczne bycie „w drodze” pojawia się w tej wypowiedzi jako wyraz nadziei na uniknięcie bezsensu, to mimo wszystko łatwo daje się w niej wyczuć pewną nutę melancholii. Życie swobodnego jeźdźca, „easy rider”, zakłada bowiem wyzbycie się stałości i stabilizacji. Hipisi upodobali sobie formułę powieści i kina drogi właśnie dlatego, że najpełniej oddawała ona nomadyczność ludzkiej egzystencji. Dezyderatą stała się zmienność, rewolucja, zachwycanie się światem o strukturze kalejdoskopu, a nade wszystko życiowe hasło: „Jechać przed siebie, nie ważne, gdzie i co jest celem”. Po prostu jechać. Czasem aż do utraty tchu.

Steve, bohater kontrkulturowego filmu Psych-out z 1968 roku, którego przyjaciele nazywają Poszukiwaczem (oryginalnie The Seeker), pragnie osiągnąć Absolut, rozrywa więzy konwenansu i rozszerza świadomość, aby doświadczyć duchowej pełni, lecz w końcu ginie w pożarze domu. Cała scena wygląda jak samospalenie bądź męczeństwo. Poszukiwacz nie woła o pomoc i nie ucieka z płomieni, ponieważ jego umysł trwa w stanie psychodelicznej medytacji. Kto wie, być może śmierć przybliżyła go do ostatecznego światła, choć twórcy filmu, pozostając wprawdzie częścią młodzieżowej rewolty, nie kryją osobistego zwątpienia w duchowe poszukiwania hipisów. Dwa lata później grupa The Who nagra piosenkę pod tytułem The Seeker, której tekst dokonuje pesymistycznego rekonesansu dążeń kontestującej młodzieży Londynu:


Już wiem, że nie znajdę,
choć szukałem wszędzie i nigdzie;
tak, jestem poszukiwaczem,
bardzo zdesperowanym człowiekiem. 

 

Hipis to inaczej „rolling stone”, czyli toczący się kamień. Z racji ustawicznego ruchu nie porasta mchem, choćby miał w związku z tym pogrążyć się w otchłań. W tej śmiałej idei można znaleźć iskrę, którą postmodernistyczny filozof Gilles Deleuze nazwał sprzeciwem wobec „myśli osiadłej”. Stabilizacja miałaby rzekomo cechować ludzi pospolitych i skłonnych do uległości względem różnych społecznych systemów. „Myśl osiadła” szuka czegoś stałego, pewnego i bezpiecznego w świecie, którego sensy strzępią się i zużywają niczym dżinsowe spodnie. Czymś zupełnie odmiennym jest wyzbywająca się domu, dynamiczna i nieznająca jakiejkolwiek formuły status quo „myśl nomadyczna”. W buntowniczy, a zarazem ironiczny sposób o takim sposobie bycia pisał Bob Mosley: 

 

wziąłem motor po to by drogą prostą pruć
dosyć tani przestał działać ktoś mnie wkopał znów
przyznam lubię te maszyny łożyć na nie szmal
lecz nie cierpię tych skubańców co sprzedają chłam
nie chcę już cygańskich wesel

 

jest miejscówka w kalifornii zwą ją river bend
tuż przy sacramento tam gdzie nic nie dzieje się
płać podatek tak się godzi tak nakazał rząd
lecz nie oddaj im tej ziemi to niepodległy ląd
nie chcę więcej cygańskich wesel

 

Dzieła stworzone u schyłku stygnącego „lata miłości” pokazują stan świadomości młodych, którzy zmęczyli się permanentną rewolucją i nomadycznością. Zarazem pozwalają one zinterpretować stan nieustającego bycia w drodze dla samej drogi (a więc ostatecznie w drodze donikąd) w taki sposób, aby wyłoniła się z niego duchowość apofatyczna na miarę człowieka postchrześcijańskiego. Wyzwalające „otworzenie oczu serca” (zob. Ef 1,18), w pewnych przejawach podobne do tego, o czym pisał Paweł Apostoł oraz katoliccy mistycy, opisał chociażby David Crosby w wierszu Śmiech

 

spotkałem raz człowieka
który rozmawiał z kimś
kto wiedział
o co w tym wszystkim chodzi
lecz byłem w błędzie
to tylko kolejny
przybysz
który tu był
myślałem że znalazłem dzień
który poprowadzi mnie
i rozproszy
całą tę noc
lecz byłem w błędzie
to był tylko cień
to co widziałem
choć uznałem to za brzask

łudziłem się że widziałem
kogoś kto pojął
nareszcie
całą tę prawdę
lecz byłem w błędzie
został tylko śmiech
dziecka
w słońcu

 

Istnieje jakaś pełnia, która wyłania się z wejścia w całkowitą pustkę. Pisał o niej chociażby św. Jan od Krzyża, twierdząc że „aby dojść do smakowania wszystkiego”, należy przestać „chciej smakować czegoś w niczym”. Tę samą tęsknotę za wyzwoleniem ducha oraz oglądem czystej rzeczywistości wielokrotnie wyrażał językiem niechrześcijańskim Pete Townshend, główna siła kreatywna The Who. W zakończeniu utworu Let’s See Action wzajemnie przenikają się słowa: „nothing” i „everything”, czyli „nic” i „wszystko”. W całym tym tekście interesujące jest zresztą połączenie duchowej ascezy z wezwaniem do zaprowadzenia w społeczeństwie rewolucyjnych zmian. Wolny od tego i pogrążony w czystej medytacji jest natomiast utwór Danny’ego Kirwana, Woman of 1000 Years, którego styl, poetyka i treść obrazują płynną przeciągłość świadomości.

Za drugi, obok „nomadyczności”, aspekt tworzący kontrkulturę lat sześćdziesiątych można by uznać afirmację poznania intuicyjnego, tym silniejszą, im bardziej powojenny Zachód przejął się sprawą dobrobytu materialnego. Aby to zrozumieć, warto wrócić do eseju Henriego Bergsona, Wstęp do metafizyki, w którym francuski myśliciel rozważył dwa możliwe sposoby poznania. Pierwszy z nich, zwany analizą, ogląda świat okiem badacza, widząc rzeczywistość jako „problem” do wyjaśnienia, a także jako coś „zewnętrznego” wobec poznającego umysłu. Tę drogę obrał nowożytny, a następnie nowoczesny Zachód. Rewolucja przemysłowa, technokracja, konsumpcjonizm – wewnątrz tych światów zapomniano o intuicji jako drugim sposobie poznania. Ubóstwiono praktyczność, produktywność i eksploatację, a  przede wszystkim – porzucono zachwyt. 

Bergson zauważył, że analizowanie rzeczywistości mnoży w nieskończoność coraz to bardziej szczegółowe określenia. Opisy nie docierają jednak do istoty rzeczy. Mają swoje niezbywalne znaczenie, ale mogą też uwikłać człowieka w instrumentalizację innych osób oraz natury. Dopiero poznanie intuicyjne pozwala na doświadczenie jedności ze światem, którego jesteśmy częścią i który daje nam się poznać jako dar. Wtedy człowiek nie tylko zgłębia świat jako problem, ale ożywia go, empatyzuje z nim i doświadcza jego wielowymiarowej specyfiki. Świadomość przybiera wówczas „kierunek wciąż się zmieniający”, odpowiadając tym samym „ruchomej rzeczywistości”. W różnych działaniach „dzieci kwiatów” można chyba widzieć pokoleniowe wołanie o tak rozumianą intuicyjność, którą zagubiono wśród rachub materialnych strat i zysków. Stąd pochwała życia bezproduktywnego i niepożytecznego, upodobanie w sztuce „chwili obecnej” oraz kontemplacji z gitarą w świetle słońca, ale również obsesyjne obawy przed zatraceniem wyjątkowości osoby w technologicznym więzieniu.

Kiedy więc hipisi mówili o autentyczności przeżycia, to na głębszym poziomie chodziło najpewniej o dowartościowanie intuicji jako drogi do jedności ze światem, jak również własną duszą. Jednym z podstawowych lęków zbuntowanej młodzieży lat sześćdziesiątych była perspektywa „życia straconego”, czyli takiego, które tam mocno uwikłało się w posiadanie zamiast bycie, że nie miały okazji poznać swojego wnętrza. Nie zawsze problem ten sprowadzał się do skrajnej subiektywności, choć prawdą jest, że kontrkultura powstała na gruncie kryzysu prawdy, a w związku z tym bohaterowie hipisowskich opowieści zwykle odnosili porażkę, tonąc w coraz to głębszej anarchii bądź cierpiąc na brak poczucia celu danej im wolności. W istocie chodziło tu jednak o intuicyjność jako sposób poznania własnego wnętrza. Albo, mówiąc dosadniej, chodziło o powrót do duchowości w świecie, w którym społeczeństwa łapczywie konsumują i tworzą nadmiar śmieci, a przy tym doznały kryzysu religii.

Michał Gołębiowski

----- 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.


Michał Gołębiowski

(1989), doktor nauk humanistycznych, filolog, historyk literatury, eseista, pisarz, tłumacz. Stały współpracownik pisma „Christianitas”. Autor książek, m.in. „Niewiasty z perłą” (Kraków, 2018) czy „Bezkresu poranka” (Kraków, 2020), za którą został uhonorowany Nagrodą Specjalną Identitas. Jego zainteresowania obejmują zarówno dawną poezję mistyczną, jak również kulturę tworzoną w atmosferze tzw. „śmierci Boga” oraz dzieje ruchów kontrkulturowych lat 60. XX wieku.