Studia
2026.02.10 18:41

Wyrzućmy mikrofon z Kościoła!

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.

 

 

Paweł Jarnicki
Żonie

opowiadałem bitwy
baszty i okręty
[...]
a zapomniałem o tamaryszku

Zbigniew Herbert, Tamaryszek, 1961

 

Kiedy jedenaście lat temu, niedługo po nawróceniu, słuchałem, jak pewien ksiądz mamrocze nijakie kazanie, w mojej głowie pojawił się postulat, który odtąd systematycznie do mnie powracał: Zabrać księżom mikrofony! Przecież gdyby ten ksiądz mówił bez mikrofonu, nie mógłby tak mamrotać. Musiałby wiedzieć, co chce powiedzieć. Mówić głośno i wyraźnie. Musiałby wysilić swoje ciało… Od kiedy w ogóle w kościołach są mikrofony?... Rozejrzałem się. Na pewno nie było mikrofonów, kiedy zbudowano ten kościół. Jak to wszystko działało, zanim pojawiły się mikrofony? Nie wiedziałem wtedy jeszcze nic o reformie Mszy.

O swym postulacie co jakiś czas z kimś rozmawiałem, zacząłem nawet robić jakieś notatki, ale dopiero rok temu sprawdziłem, czy ktoś już coś na ten temat pisał. Szukałem wyłącznie w Internecie. Znalazłem dosłownie kilka wartościowych tekstów w językach obcych, kilka akapitów w języku polskim1. Własne przemyślenia i to, co przeczytałem, staram się tu ułożyć w pewną całość. Nie jest to w żadnym razie tekst naukowy ani kompletne opracowanie tematu, a raczej tekst pisany przez wiernego z nadzieją, że wywoła dyskusję i sprowokuje bardziej kompetentnych do pogłębionych badań i działań.

Zacznijmy od tego, co jest pewne. Pewne jest, że mikrofony stoją dziś w niemal każdym katolickim kościele – przy organach, pulpitach, ambonach i na ołtarzach. Czasem używa się też mikrofonów przenośnych. Towarzyszą im, rzecz jasna, wzmacniacz (zwykle w zakrystii lub przy organiście) i głośniki – przynajmniej kilka – nawet w najmniejszych kościołach i kaplicach.

Pewne jest też, że przez znakomitą większość czasu w kościołach nie było mikrofonów. Choć mikrofon węglowy wynaleziono w latach siedemdziesiątych XIX wieku, a pierwsze systemy nagłośnieniowe (mikrofon + wzmacniacz + głośnik) powstały w połowie drugiej dekady XX wieku, to zaczęto je instalować w kościołach dopiero w latach dwudziestych i trzydziestych XX w.

Zdostępnych publikacji wynika, że nie było poważnych dyskusji na temat używania mikrofonów w kościołach. A przecież spierano się wtedy o transmisję Mszy przez radio czy wprowadzanie rzutników i odtwarzaczy… Ale mikrofon? Wygląda na to, że potraktowano go jako coś naturalnie i z gruntu dobrego. Jak dzięki okularom widzimy wyraźniej, tak dzięki mikrofonom wyraźniej słyszymy. Cóż może być złego w tym, że lepiej słychać?

W oficjalnych dokumentach kościelnych pierwszą chyba wzmiankę na temat systemu wzmacniającego znajdziemy w instrukcji O Muzyce… z 1958 roku. Zabrania ona używania: organów automatycznych, gramofonów, radia, magnetofonu oraz projektorów, natomiast pozwala „w czynnościach liturgicznych i podczas nabożeństw używać wzmacniaczy, by wzmocnić żywy głos celebransa albo komentatora”2. Mikrofon potraktowano więc w niej jako coś, co jedynie „wzmacnia żywy głos”, jak przedmiot tak samo neutralny właśnie jak okulary. Późniejsze dokumenty, które udało mi się znaleźć, traktują już „mikrofon ołtarzowy” jako coś na tyle oczywistego, że nakazują tylko, by na ambonie stał drugi, odrębny mikrofon3.

Dzisiaj już praktycznie nikogo nie zastanawiają mikrofony w kościołach, bo są w świecie wszechobecne, przeźroczyste, we wzmocnionych dźwiękach pływamy jak ryby w wodzie zarówno w przestrzeniach publicznych jak i prywatnych. Skoro mikrofony i głośniki są wszędzie, wydaje się więc normalne, że są i w kościołach. Lektury tekstów o mikrofonach innych autorów naprowadziły mnie jednak na zaskakującą tezę, że mikrofon spowodował reformę Mszy świętej. O reformie zdążyłem przez ostatnie 9 lat już sporo przeczytać – ale żeby jej przyczyną był mikrofon?

 

Dwie narracje o reformie Mszy świętej

Żeby zrekonstruować wpływ mikrofonu na reformę Mszy z 1969 roku, dobrze, żebyśmy się odnaleźli w aktualnych narracjach o tej reformie. Zwłaszcza, że wielu współczesnych katolików nic o niej nie wie, choć napisano już na temat sporu o nią niejedną „epopeję”… Zasadniczo są dwie narracje. Entuzjastów reformy i jej krytyków. Entuzjastyczna mówi: Reforma Mszy jest dziełem Soboru, jest więc dobra. Krytyczna mówi: Reforma Mszy jest konsekwencją inwazji modernizmu, jest więc zła. Choć dziś (po Benedykcie XVI) entuzjaści reformy częściej mówią o ciągłości, a jej krytycy o zerwaniu, to są i warianty odwrotne. Byli i są entuzjaści reformy, którzy mówią o zerwaniu, są też krytycy reformy, którzy uznają ciągłość.

Krytycy reformy twierdzą, że świat i ludzie się co do istoty nie zmienili, nie było więc potrzeby zmieniania Mszy, a zmieniono ją istotnie. Entuzjaści reformy mówią, że wskutek wzrostu dobrobytu i rozwoju technologii zmieniły się „czasy”, reforma Mszy była więc konieczna, by dostosować ją do współczesnych potrzeb duszpasterskich, a zmianie uległa jedynie otoczka, a nie istota Mszy.

Narrację krytyczną w wersji najbardziej radykalnej znajdujemy wśród sedewakantystów (tych, którzy uznają, że nie ma obecnie prawowitego papieża) – uznanie nowej Mszy za nieważną musi podważyć też ostatnie pontyfikaty, bo już kilku papieży odprawiało nową Mszę. Największym więc zmartwieniem pokornych krytyków reformy jest to, jak krytykować reformę, nie negując ważności nowej Mszy i ciągłości Kościoła jako instytucji z papieżem na czele i jak nie ustawiać w roli „czarnego bohatera” Soboru Watykańskiego II. Ten ostatni zabieg entuzjastom reformy pozwala bowiem łatwo ustawiać krytyków poza Kościołem, bo podczas soboru przecież działa Duch św., a kto walczy z Osobą Boską, wiadomo, po której jest stronie. Bardziej umiarkowani krytycy reformy zwracają uwagę, że w konstytucji soborowej o liturgii ani nie zalecono odwrócenia kapłana do ludzi (versus populum), ani nie zalecono zupełnego przejścia na języki narodowe. Uczyniło to dopiero Konsylium kierowane przez Annibale Bugniniego – reforma jest więc „wypaczeniem” postanowień soborowych. Entuzjaści mówią, że Konsylium realizowało „ducha” Soboru, krytycy, że nie ma czegoś takiego – że naruszono jego „literę”. Bardziej radykalni krytycy zwracają uwagę, że błędy modernizmu (zaniechania sformułowania niektórych myśli wprost i niejasne sformułowania innych) znalazły się już w dokumentach soborowych i że ostatni sobór nie był dogmatyczny, a jedynie duszpasterski.

Wspólnym mianownikiem obu narracji jest w każdym razie świadomość kryzysu w Kościele, którego najbardziej jaskrawym przejawem jest spadek ilości powołań kapłańskich. I nikt nie ma pomysłu, jak wyjść z okopów własnych przekonań. Jedni po przeciwnej stronie sporu widzą agresywnych szaleńców, drudzy bezmyślnych ślepców. Ta niemożliwość porozumienia jest potwierdzeniem tego, że do jakiegoś zerwania jednak doszło. Przecież to, że nowa Msza jest niepodobna do starej i to, że katolicy zachowują się inaczej podczas nowej i starej Mszy, widać z daleka. Katolicy wychowani na nowej Mszy, którzy nie wiedzą o reformie, jeśli trafiają na starą Mszę, mają wręcz wrażenie, że to jest jakaś „inna wiara”. W narracji krytycznej zwraca się uwagę, że skoro zmienił się sposób, w jaki się modlimy, zmieniła się nasza wiara (lex orandi lex credendi), ale tych krytyków entuzjaści traktują jako zagrożenie dla jedności Kościoła, który modli się dziś w większej części według nowej Mszy. Te „fakty dokonane” to ostateczny argument entuzjastów, który jednak przez krytyków podkreślających ciągłość jest uznawany za nieuczciwy, bo implikuje głębokie zerwanie – czy Msza, na której wychowywali się święci sprzed czasów ostatniego soboru, może być na tyle zła, że zabrania się jej odprawiania we wszystkich kościołach parafialnych? Nie widać więc możliwości porozumienia. Strona słabsza, krytyczna, czuje się – nie bez podstaw – ofiarą instytucjonalnej przemocy (co w jakimś stopniu wyjaśnia – ale nie tłumaczy – „agresywne” zachowania środowisk „tradycjonalistycznych”). Problem, a może właśnie jego rozwiązanie, w tym, że tu „oprawcy” mogą też okazać się ofiarami podstępu… Obie narracje bowiem, zarówno w wersji radykalnej, jak umiarkowanej, zapominają o mikrofonie… który, jak konia trojańskiego, sami wprowadziliśmy do Kościoła, nie zastanawiając się nad możliwymi tego konsekwencjami.

 

Czy mikrofon mógł spowodować reformę Mszy świętej?

Choć nad mikrofonami nie debatowali hierarchowie, był jeden świecki, który w 1974 roku, czyli 5 lat po reformie Mszy świętej, napisał:

„Wielu ludzi będzie ubolewać nad zniknięciem Mszy łacińskiej z Kościoła katolickiego, nie zdając sobie sprawy, że stała się ona ofiarą mikrofonu na ołtarzu”4. I powtórzył tę myśl trzy lata później: „Łacina nie była ofiarą Soboru Watykańskiego II. Stało się to za sprawą wprowadzenia mikrofonu. Wiele osób, w tym hierarchowie Kościoła, ubolewa nad zanikiem łaciny, nie rozumiejąc, że było to wynikiem wprowadzenia technologii, którą tak entuzjastycznie przyjęli”5.

Wypowiedzi Marshalla McLuhana (1911–1980) pozostały niemal zupełnie niezauważone nawet w dzisiejszych tzw. „tradycjonalistycznych” kręgach6. Dlaczego? Myślę, że pozostałe części jego tekstu są zbyt „gęste”. Jest to tekst wymagający i trudny w odbiorze nawet dla czytelnika wykształconego w naukach humanistycznych. Choć McLuhan był katolikiem, to nie był ani historykiem, ani teologiem, jego głos był głosem przedstawiciela nowej wówczas dyscypliny wiedzy – teorii mediów. To, co McLuhan mówi w tym tekście, stoi też w sprzeczności z dominującym wtedy i przez kolejne dekady (entuzjastycznym) nastrojem intelektualnym, jaki zapanował po soborze – McLuhan jako drugą ofiarę mikrofonu obok Mszy łacińskiej wskazuje przykładowo architekturę kościołów i zapowiada, że wydawanie Pisma św. w językach rodzimych przez urzędnicze komitety będzie przeciwskuteczne dla przekazu dobrej nowiny. W sytuacji kiedy literatura piękna adaptuje kolejne odmiany żywego potocznego języka narodowego, Kościół usztywnia język rodzimy w oficjalnym i archaicznym tłumaczeniu. A przecież każdy język rodzimy wciąż ewoluuje, usztywnienie go odrywa więc wiarę od żywego języka wspólnot narodowych i znacznie utrudni transmisję wiary. McLuhan mówi to wszystko na dodatek w sposób programowo niejasny, chcąc zmusić czytelników do wysiłku poznawczego. Poza tym, jak się zdaje, w kolejnych latach dominowało przeświadczenie, że powszechne mikrofony w kościołach są następstwem reformy Mszy (chronologicznie mikrofony wprowadzano najpierw w ważniejszych świątyniach, a dopiero po reformie we wszystkich). Dopiero artykuł Nico Fassino sprzed 3 lat pokazał, że McLuhan może mieć rację, że może być jednak odwrotnie7 – że nowej Mszy by nie było, gdyby nie mikrofon. Nie tylko dlatego, że można go było wyłączyć i uciszyć w ten sposób podczas soboru kardynała Ottavianiego8, ale przede wszystkim dlatego, że mikrofon stanął na ołtarzu.

Artykuł Fassino jest, jak dotąd, jedynym, który z perspektywy historycznej zaczyna opisywać proces wprowadzania mikrofonów do kościołów. Wiemy dzięki niemu, że w latach dwudziestych XX wieku zaczęto używać mikrofonów na ambonach i transmitowano pierwsze Msze przez radio. Pierwsze transmisje radiowe nie musiały jednak koniecznie wiązać się z nagłośnieniem w samym kościele. Prawdopodobnie Pius XII, sprawujący urząd od roku 1939 i odprawiający przecież jeszcze starą Mszę, jako pierwszy z papieży ustawił mikrofony na ołtarzu9. Nie znamy na razie daty, kiedy dokładnie się to stało, ale najpewniej między 1939 a 1945 rokiem. A skoro mikrofony stanęły na papieskim ołtarzu, to w latach powojennych musiało się to stopniowo stawać praktyką coraz bardziej powszechną.

Czy jednak tak z pozoru neutralny przedmiot mógł spowodować reformę Mszy? Jak? W poniższej rekonstrukcji inspiruję się w znacznej mierze wspomnianym tekstem McLuhana:

  1. Mikrofon na ołtarzu uczynił słyszalnymi teksty łacińskie, które do tej pory w znacznej mierze docierały do wiernych jedynie jako niezrozumiałe szepty i pomruki (zwłaszcza podczas Mszy cichej odprawianej w dzień powszedni, ale też podczas cichych części Mszy uroczystych w święta).

  2. Wzmocnienie wypowiadanych po łacinie słów zrodziło potrzebę wyraźnego słyszenia – skoro ktoś wzmacnia dźwięk, to znaczy, że chce być słyszany, że jest coś, co trzeba usłyszeć)10.

  3. A skoro wierni zaczęli słyszeć nie pomruki, a słowa, za potrzebą wyraźnego słyszenia przyszła potrzeba rozumienia tego, co się słyszy11, a więc i

  4. potrzeba, by podczas Mszy mówiło się w językach używanych na co dzień, w językach znanych wiernym – w językach rodzimych.

  5. A skoro wierni zaczęli słyszeć i zaczęli potrzebować rozumieć każde słowo, powstało też wrażenie, że to do nich się mówi.

  6. Doprowadziło to do niespójności sytuacji komunikacyjnej – jak ktoś do nas mówi i jak my mówimy do kogoś, to naturalne jest oczekiwanie, że będziemy mieli twarze zwrócone do siebie.

Odwrócenie kapłana było więc następstwem ustawienia mikrofonu na ołtarzu. Ale jednocześnie też utrwaliło potrzeby wytworzone przez użycie mikrofonu – słyszenia i rozumienia – a więc mówienia w zrozumiałym języku rodzimym. To dlatego cofnięcie reformy Mszy wydaje się dziś niemożliwe – wierni muszą dziś wszystko widzieć i słyszeć. Lawinę reformy poruszył w każdym razie mikrofon. Jeśli ktoś w to wątpi, niech sobie wyobrazi nową Mszę w sanktuarium w krakowskich Łagiewnikach – bez nagłośnienia.

Ale, ale, powie ktoś zaraz, dziś przecież używa się mikrofonów nawet w „duszpasterstwach tradycji łacińskiej”. Uważam, że mikrofon na tradycyjnej Mszy to rozwiązanie możliwe tylko w „gettach”, do których zsyła się tych niepokornych wiernych, którzy są nie tylko pogodzeni z tym, że słyszą łacinę, ale wręcz świadomie chcą ją słyszeć (co nierzadko jest dla nich podstawą poczucia wyższości, a dla „nowych katolików” to „wywyższanie się” jest barierą nie do zaakceptowania). Mikrofony stały się poza tym dziś tak wszechobecne w świecie, że prawie nikomu po prostu – nawet największym „tradycjonalistom” – nie przychodzi do głowy takie szaleństwo jak zakwestionowanie ich używania. Dlaczego bowiem mielibyśmy rezygnować z używania zdobyczy nauki i techniki?

 

Mikrofon jako społeczny aktor

McLuhan ukuł dwie znane frazy, pierwszą jest „global village”, drugą „medium is the message”. O ile łatwo jest zrozumieć, że ze względu na błyskawiczny obieg informacji wszyscy żyjemy dziś w „globalnej wiosce”, o tyle trudniej pojąć, że sam środek przekazu jest też przesłaniem (przekazem). McLuhanowi chodziło o to, że samo medium silnie wpływa na odbiorców. Chodzi nie o to, że np. rodzaj aparatu telefonicznego wpływa na treść codziennych rozmów, bo intuicyjnie wpływ ten zdaje się minimalny, ale o to, że aparat telefoniczny (zwłaszcza w postaci „smart”) długofalowo zmienił charakter relacji międzyludzkich, a nawet wpływa na naszą osobowość i percepcję. Wpływ stacjonarnego aparatu telefonicznego nie był tak łatwo dostrzegalny jak widziany dziś z perspektywy czterdziesto– i pięćdziesięciolatków wpływ komunikatorów internetowych na relacje rówieśnicze młodzieży i stan ich umysłu.

Niektóre wynalazki silnie zmieniają życie w świecie – w sposób, którego nie przewidujemy w chwili ich wdrożenia. Było to oczywiste dla McLuhana w latach 70–tych XX wieku. Dekadę później Bruno Latour rozpowszechnił tę ideę, rozwijając „teorię aktora–sieci”. W teorii tej społeczeństwo to nie tylko ludzie, to sieć wywierających na nie wpływ „aktorów”, którymi są też materialne przedmioty i… abstrakcyjne pojęcia. Społeczeństwo, przyjmując jakąś nowinkę techniczną, nie dyskutuje zwykle możliwych długofalowych konsekwencji działania takiego nieludzkiego aktora. Produkcję nowych leków obwarowaliśmy wymogami szeregu testów, ale nie dyskutowaliśmy możliwych skutków mediów społecznościowych przed ich wprowadzeniem. Dopiero po czasie zaczynamy sobie zdawać sprawę z konsekwencji włączenia ich do naszej sieci – pojawiają się poważne analizy, które pokazują, że ci nowi aktorzy działają destrukcyjnie na systemy demokratyczne, a temat ich negatywnego wpływu na młodzież zaczynają też eksplorować artyści – wspomnijmy niedawny sukces trudnego przecież mini–serialu Dojrzewanie. W teorii aktora–sieci takim społecznym aktorem jest też np. pojęcie bakterii. Nie chodzi o to, że bakterie przed tym pojęciem nie istniały. Chodzi o to, że organizacja ludzkiego świata nie uwzględniała tego pojęcia. A kiedy pojęcie to stało się aktorem naszych społeczeństw, fundamentalnie zmieniły się nasze zachowania i zwyczaje w zakresie higieny.

Kościół był zawsze bardzo ostrożny przy wprowadzaniu nowinek technicznych – zwłaszcza do świątyń – więc wpływ takich światowych, bezdusznych aktorów na Liturgię był względnie niewielki. A czasem Kościół potrafił nowinki techniczne zaprząc do realizacji własnych celów. Jeśli chodzi o wynalazki „medialne” – tak właśnie było z wynalazkiem druku.

 

Reakcje Kościoła na wynalazki druku i mikrofonu

Dla McLuhana jako teoretyka mediów dwa wynalazki były dla naszej cywilizacji rewolucyjne – druk i mikrofon. Zdawał on sobie sprawę z tego, że te (z dzisiejszej perspektywy) proste wytwory radykalnie zmieniły świat, w którym żyjemy, i zmieniły go w sposób, którego ludzie będący świadkami wprowadzenia tych wynalazków nie przewidywali. Te dwa wynalazki dwukrotnie wzmocniły pozycję języków rodzimych12, czyli takich którymi mówimy na co dzień.

Pierwsze wzmocnienie było wizualne, bo druk dokończył proces zapoczątkowany przez wynalezienie alfabetu fonetycznego i sprawił, że przeszliśmy od kultury oralno-akustycznej do kultury wizualno-linearnej. Brzmi to zawile, ale chodzi o to, że zmysłem dominującym w naszym postrzeganiu świata i w naszej kulturze stał się wzrok. Wcześniejsza kultura była bardziej „słuchowa”, skupiona wokół słuchu, a w zasadzie wielozmysłowa z lekką przewagą słuchu. Zdaniem McLuhana za sprawą druku przeszliśmy do kultury wizualnej, czyli takiej, w której wyraźnie dominuje wzrok. Na czym polega różnica? Słuch nie „widzi” konturów13 i działa bardziej syntetyzująco – integruje nasze doświadczenie świata w całość; słyszymy poza tym z wielu stron jednocześnie. Wzrok widzi kontury, analizuje i dzieli nasze doświadczenie świata na kawałki – uczynił naszą percepcję bardziej sekwencyjną i abstrakcyjną; wzrok też ogniskujemy w jednym kierunku. Zmieniło się więc nasze postrzeganie świata i nasza kultura, która dzięki drukowi – dzięki przeniesieniu akcentu na wizualność – zyskała niespotykany impet. Ale jednocześnie ważniejsze stały się wszelkie kontury: podziały, segmentacje, specjalizacje i w dalszej perspektywie… nacjonalizmy.

Te zmiany kulturowe miały też wpływ na liturgię. Jak pisze McLuhan, mogłoby się wydawać, że „zapotrzebowanie na liturgię w języku rodzimym pojawiło się spontanicznie w XVI wieku, ale tak nie było. W rzeczywistości wiązało się to z wynalezieniem druku, który uwydatnił ludzką potrzebę dążenia do indywidualizmu i nacjonalizmu. Dodajmy do tego fakt, że drukowane teksty dały początek egzegezie tekstów z ambony. Wreszcie, nowy nacisk na wizualność sprzyjał temu, że celebrans stał twarzą do wiernych: my chcieliśmy go widzieć, a on chciał być widziany”14. To, że w XVI w. większy nacisk położono na kaznodziejstwo i to, że kapłan u protestantów odwrócił się do ludzi, było więc według McLuhana konsekwencją wynalazku druku. Według niego „liturgia w średniowieczu była głównie akustyczna”, a w kościołach reformowanych stała się bardziej wizualna.

Sobór Trydencki w reakcji na wynalazek druku opracował Decretum de edendis sanctis litteris et facultate utendi iis, a Pius V wydał konstytucję apostolską Quo primum tempore – określono więc zasady stosowania nowego wynalazku i uregulowano jego użycie podczas obrzędów. Dzięki temu katolicy żyjący w świecie po wynalazku druku – jak to określa McLuhan – w „Galaktyce Gutenberga”, czyli tacy, którzy mieli już potrzebę widzenia wszystkiego – akceptowali, że w świętej Liturgii Kościoła pewnych rzeczy się nie widzi. Jest to ważne, bo za pomocą wzroku konstruujemy świat jako zestaw statycznych, trwałych przedmiotów, które mają kontury (dla słuchu wszystko jest bardziej „płynne”), więc uwidocznienie wszystkiego, delikatnie mówiąc, nie ułatwiło wiary w przeistoczenie i realną obecność Boga w sakramencie Ołtarza. Jak się widzi kontury, trudniej jest uwierzyć w to, że hostia przemienia się w Ciało Chrystusa. Skutki przesunięcia akcentu na wizualność widać jaskrawo u protestantów, którzy wiarę w realną obecność stracili.

W XVI wieku więc Kościół rzymski nie tylko oparł się światowym skutkom wynalazku druku, ale wręcz zaprzągł nową technologię do ujednolicenia i utrwalenia dotychczasowych praktyk liturgicznych oraz centralizacji jedynego przecież Kościoła. A to jak Kościół w kolejnych latach przetworzył światowy nacisk na wizualność, czyli wytworzoną u świeckich żyjących w świecie potrzebę widzenia, możemy do dziś zobaczyć w barokowych kościołach.

 

Drugie historyczne wzmocnienie – audialne – języki rodzime otrzymały za sprawą mikrofonu. Po pierwsze pojawiły się nowe mass media – dzięki mikrofonowi rozwinęły się radio i telewizja. Obieg informacji – tym razem też w postaci dźwięków – jeszcze bardziej przyspieszył. W przestrzeni publicznej zaczęły do nas dochodzić jednocześnie różne dźwięki ze wszystkich stron. Telewizja zaczęła używać wzroku jak ucha, zaczęliśmy odbierać obraz jak dźwięk – mając wzrok skupiony w jednym punkcie mogliśmy zacząć widzieć i słyszeć całą scenę. Po drugie zmienił się charakter imprez masowych – bez mikrofonu nie byłoby licznych zawodów i mistrzostw, popularnych koncertów, wieców. Po trzecie dzięki mikrofonowi pojawiły się nowe postaci – jak znacząco zauważa McLuhan, bez mikrofonu nie byłoby tak Gandhiego jak i Hitlera. W przestrzeni publicznej zaczął królować język rodzimy – w wersji coraz bardziej zbliżonej do języka potocznego.

Zdaniem McLuhana ogólny wpływ mikrofonu na kulturę jest odwrotny od tego, jaki wywarł druk – za sprawą mikrofonu zaczęliśmy wracać do kultury akustycznej. Dzisiejsza kultura pod pewnymi względami przypomina bardziej tę z epoki przedpiśmiennej, wracamy od indywidualizmu do plemienności (jesteśmy dziś bardziej empatyczni, ale dla ludzi ze swojego „plemienia”), nasza percepcja stała się niesekwencyjna (nielinearna), ale natychmiastowa i holistyczna (a nie abstrakcyjna, bo trudno jest „słyszeć” kontury).

Jak więc mikrofon, który odwrócił „wizualne” skutki druku w kulturze, mógł spowodować w liturgii katolickiej te same „wizualne” zmiany, które druk spowodował u protestantów? Choć ogólny wpływ mikrofonu na kulturę zdaje się odwrotny, to jednak oba wynalazki zintensyfikowały mediatyzację – zapośredniczenie – naszego doświadczania świata. Mamy dziś głęboko zakorzenioną potrzebę widzenia i słyszenia wszystkiego za pośrednictwem mediów, które są jakby przedłużeniem naszych zmysłów. Jeśli czegoś nie widzimy i nie słyszymy za pośrednictwem mediów, trudno nam w to uwierzyć15. A skoro wraz z mikrofonem wprowadziliśmy do Kościoła światową potrzebę słyszenia wszystkiego, to weszła i z nią jej starsza siostra – potrzeba widzenia wszystkiego. I to właśnie dlatego w wymiarze liturgicznym za sprawą mikrofonu Kościół szybko „nadrobił” to, czego wcześniej „zaniedbał” przy okazji pierwszego, wizualnego wzmocnienia języków rodzimych. Kapłani, którzy odwrócili się do ludu i mówią w języku rodzimym, nierzadko zachowują się tak, jakby nie wierzyli w realną Obecność.

 

Kościół nie zauważył, że mikrofon jest nowym „aktorem”. Sobór Watykański II wydał co prawda w 1963 roku dekret Inter mirifica, dotyczy on jednak społecznych środków przekazu, czyli tych używanych w świecie16. Ostatni sobór nie wydał żadnego dokumentu, który zaprzągłby mikrofon do celów własnych Kościoła. A skoro Kościół nie przemyślał kwestii mikrofonu, ten nowy światowy „aktor” od niemal stu lat oddziałuje na Liturgię tak samo, jak oddziałuje na świat. A kto jest władcą tego świata, urodzeni w niewoli katolicy powinni wiedzieć. Takie ujęcie pozwala, nie przepisując nikomu złej woli, rzucić światło na współczesny kryzys Kościoła i wyjaśnia przyczynę opisywanej we współczesnej literaturze naukowej pentekostalizacji (uzielonoświątkowienia), czyli upodobnienia współczesnych katolickich praktyk liturgicznych do praktyk protestanckich. Niektórzy „tradycjonaliści” – jak sądzę w dobrej wierze – sugerują, że nowe Msze naśladują protestantów. Ta powierzchowna obserwacja często słusznie oburza „nowych katolików”. W istocie są to procesy głębsze – „nowi katolicy” nie naśladują Marcina Lutra, a ulegają światowym wpływom technologii druku i mikrofonu – wchodzą do domów Bożych i mają w nich te same oczekiwania, co w świecie. Zresztą nawet w wielu dokumentach kościelnych z drugiej połowy XX wieku mówi się, że wierni powinni „słyszeć bez trudu”17. Nikt jednak się nie zastanowił nad tym, czy jest to naprawdę potrzebne, by wierni wszystko podczas Mszy słyszeli. Czy nie wystarczy, by – jak dotąd – Mszy słuchali?

Stawiając mikrofony na ołtarzach – w miejscu, w którym pojawia się Bóg – wprowadziliśmy więc sami do Kościoła konia trojańskiego – mikrofon, a w nim światowe potrzeby słyszenia i widzenia wszystkiego. Tymczasem tak jak nie trzeba wszystkiego podczas Mszy widzieć, tak też nie trzeba i wszystkiego słyszeć. Wystarczy patrzeć, słuchać i… wierzyć.

Wbrew pozorom nie chodzi tu o subtelne a fundamentalne różnice, bo potrzeby widzenia i słyszenia wszystkiego wprowadzone do Kościoła przez mikrofon mają dotkliwe konsekwencje – poniżej powiem o dwu: dotyczących Wspólnoty i Słowa18.

 

Media zimne i gorące. Msza jako medium

Wspomniane wcześniej trudności w zrozumieniu tekstu McLuhana mogą jeszcze wynikać z tego, że zakłada on, że czytelnik zna jego koncepcje przedstawione w innych tekstach. To, że mikrofon jest przekaźnikiem, że jest medium, jest oczywiste. Jest ten, kto mówi, jest ten, kto słucha i jest przekazywany za pośrednictwem mikrofonu komunikat. Ale przypadkowego czytelnika może zaskakiwać, że McLuhan zdaje się sugerować, że użycie „zimnego” jego zdaniem mikrofonu, mogło „ogrzać” łacińską Mszę (którą ten uznaje za „zimną”). Co to znaczy, że media są „zimne” albo „gorące”?

W największym uproszczeniu – gorące medium dostarcza informację w „wysokiej rozdzielczości”, w formie, która minimalizuje poznawczą aktywność odbiorcy. Jako przykład weźmy współczesny rozrywkowy film z przestrzennym dźwiękiem i efektami specjalnymi. Odbiorca nie musi domyślać się szczegółów, nie musi sobie wyobrażać, jak coś wybucha, w co kto jest ubrany, jak wygląda dane wnętrze, na jakim tle rozgrywa się scena itd. (by poprzestać na sferze wyglądów) – odbiorca po prostu to widzi, jest poznawczo bierny, bo ma wszystko „podane na tacy”. Medium zimne natomiast dostarcza informację w „niskiej rozdzielczości”, w formie, która wymaga od odbiorcy aktywności poznawczej – odbiorca, żeby przyswoić komunikat, musi go „ogrzać”. Ktoś, kto czyta powieść, musi się wiele domyślać, musi sobie wyobrażać, jak ta opisana słowami scena wygląda, musi sobie bardzo dużo dopowiadać, dorozumowywać i może to robić w określonym zakresie na wiele sposobów19. Choć więc z pozoru – tak samo jak widz w kinie – nic nie robi (nie rusza się i nie mówi), to rozumiemy, że czytelnik książki jest jednak bardziej aktywny niż widz, który po prostu poddaje się wrażeniom.

Media gorące czynią odbiorców poznawczo biernymi, media zimne wymuszają aktywność poznawczą, dlatego między innymi „środek przekazu jest przesłaniem”, bo długofalowo zmienia poziom wiedzy większej grupy odbiorców. Kontynuując nasz przykład książkowo-filmowy, zwróćmy uwagę, że inna jest wiedza uczniów, którzy obejrzeli filmową ekranizację lektury szkolnej, od wiedzy uczniów, którzy uważnie tę lekturę przeczytali. W tym sensie rodzaj medium ma na kulturę i społeczeństwo większy wpływ niż treść przekazywanego komunikatu – bez względu na to, czy jest to „Pan Tadeusz” czy inna fabuła – więcej „wynosi” się z odbioru zimnego medium. Zimne medium wymaga bowiem poznawczej aktywności odbiorcy – aktu, który de facto stwarza wspólnotę.

Wspólnotą czynią nas przecież nie wydawane przez państwo dowody osobiste czy kościelne akty chrztu, a dopiero socjalizacja do podobnych sposobów „ogrzewania” – dopowiadania, do–myślania, do–rozumowywania. Jeśli komuś wydaje się to zbyt abstrakcyjne, niech przypomni sobie jakieś spotkanie towarzyskie. Opowiada się na nich często, zwłaszcza na początku, kawały – dla zbudowania wspólnego nastroju. Kawały często polegają na tym, że zawierają jakieś niedopowiedzenie albo jakiś błąd – odbiorcy kawałów muszą wykonać aktywność umysłową, żeby „złapać, o co chodzi”, a wspólny śmiech jest dowodem na to, że mimo niejasności komunikatu, „łapiemy”, czyli coraz lepiej się rozumiemy, myślimy podobnie – powstaje chwilowa wspólnota20. Innym wymagającym dopowiadania zabiegiem jest… przypowieść. Zwykle sobie myślimy, że ich niejasność służyła temu, żeby tylko wybrani je rozumieli, żeby nie rzucać pereł przed wieprze, a nie zauważamy drugiej – a może właśnie pierwszej – strony tego medalu – że niejasność pewnych wypowiedzi – przez wymuszenie podobnej aktywności poznawczej, buduje wspólnotę.

McLuhan pisze więc o mikrofonie, ale zdaje się też, choć nie dokonuje tego rozróżnienia wprost, myśleć o Mszy jako o środku przekazu21. Jeśli Msza jest środkiem przekazu, to tym, kto mówi, jest Kościół, tym, kto słucha lud Boży, a tym, co za pośrednictwem Mszy się przekazuje – depozyt wiary. Ujęcie Mszy jako środka przekazu pomaga zrozumieć, dlaczego sam w sobie „zimny” mikrofon „ogrzał” Mszę świętą. Bo w nowej Mszy – z nagłośnieniem, w języku rodzimym, z kapłanem zwróconym do ludu – wszystko ma być „wysokiej rozdzielczości”: widoczne, słyszalne i zrozumiałe. Tradycyjna Msza była „niskiej rozdzielczości” – zimna („wymagająca”) jak czytanie książki: wierni musieli sobie sami dopowiadać, co robi ksiądz, a jako drogowskazy mieli dogmaty. Nowa Msza jest gorąca („łatwa”) jak oglądanie filmu. Choć jednak kapłan mówi wszystko głośno i w zrozumiałym języku, to nie pomaga to wcale poczuć, że zwraca się on do Boga i w sposób bezkrwawy powtarza w imieniu wiernych Ofiarę Chrystusa. Kontynuując naszą analogię – „fabuła” niby ta sama (depozyt wiary się nie zmienił), ale poziom „wiedzy” wiernych – radykalnie inny.

Niewykluczone, że niepiśmienni ludzie minionych epok (wychowani na starej Mszy) mieli głębszą wiarę niż ci spośród współczesnych intelektualistów (wychowanych na nowej Mszy), którzy się jeszcze w Kościele ostali i tak „aktywnie” uczestniczą w nowych Mszach – czytają czytania, noszą dary, a przede wszystkim nie odmawiają (to bardzo częsty przykład!) podczas Mszy różańca. „Tradycjonaliści” często naśmiewają się z tego „aktywizmu”. Nikt jednak nie potrafi wyjaśnić, co w tym złego. Paradoks polega więc na tym, że choć teoretycznym celem reformy Mszy było zwiększenie zaangażowania wiernych (participatio actuosa), to w praktyce efekty są odwrotne od zamierzonych. Wprowadzone zmiany (a dążono do większej przejrzystości i zrozumiałości!, czyli „ogrzania”) zwiększyły jedynie aktywność zewnętrzną, a stłumiły aktywność wewnętrzną, która jest prawdziwie wspólnototwórcza. Katolickie wspólnoty, które po spotkaniach chwytają się za ręce i mówią: „dobrze, że jesteście”, mogą w istocie być wspólnotami pozornymi. Jedynie wewnętrzna, poznawcza aktywność tworzy wspólnotę głębszą, tworzy Kościół. Jeśli podczas nowej Mszy – na której wszystko jest z pozoru jasne, przejrzyste i zrozumiałe – wierni nie muszą sobie sami nic dopowiadać ani do–myślać (jest to zresztą bardzo trudne, bo zalewa ich o wiele więcej bodźców), to przyswajają wiedzę o treści Lektury w znacznie mniejszym stopniu, a ich członkostwo we Wspólnocie staje się coraz bardziej formalne – przestają czuć jedność z innymi członkami Mistycznego Ciała. Jest to pierwsza, dotycząca Wspólnoty, dotkliwa konsekwencja wprowadzenia mikrofonu do Kościoła. Druga dotyczy Słowa.

 

Wszechmediatyzacja

Po nawróceniu widziałem i słyszałem wiele Mszy. Bardzo różnych. Dość szybko zwróciłem się ku Mszom tradycyjnym, choć nigdy nie negowałem nowych. Czytałem o reformie, o niewierzących i o protestantach, którzy kiedyś nawracali się zachwyceni pięknem łacińskiej Mszy. A potem doświadczyli reformy i uzielonoświątkowienia katolicyzmu. I zacząłem się zastanawiać, czy dzisiejsza Msza może kogoś tak „porwać”, żeby się nawrócił. Czy jak przyprowadzę na Mszę w mojej parafii niewierzącego znajomego, to jest tu coś, czym może się on zachwycić? Trudna sprawa... Znakomita większość nowych Mszy jest chaotyczna, a momentami wręcz hałaśliwa i kakofoniczna. Nowa Msza w ogóle nie jest pociągająca. Zastanawiałem się nieraz, czy to inercja czy cud, że ludzie tu jeszcze przychodzą. W dzisiejszych kościołach zbyt wiele rzeczy jest byle jakich, kiczowatych i niespójnych. Plastikowe ornaty i harmider rażąco kontrastują z przemyślaną konstrukcją i ornamentami starych kościołów.

Do „trudniejszych” doświadczeń zaliczam współczesne nowe Msze tzw. „dziecięce”, „dla dzieci” lub „rodzinne”. Można by o nich dużo pisać, ale skupię się tu na jednym sposobie użycia podczas nich mikrofonu. Oto przychodzi moment homilii. Ksiądz nie podchodzi do pulpitu ani nie wchodzi na ambonę, ale bierze do ręki przenośny mikrofon, wychodzi z prezbiterium do nawy (przed balaski, których nie ma) i woła dzieci do siebie. Te tłoczą się więc wokół niego. Zamiast kazania robi katechezę i zadaje dzieciom pytania. Dzieci odpowiadają. Ksiądz zadowolony, rodzice zadowoleni, bo dzieci „biorą aktywny udział” a treści – dobre, pobożne. Co w tym złego? Już wiemy, że treści są tak naprawdę na drugim planie, bo pierwszorzędnym przesłaniem jest środek przekazu. A nikogo na tej Mszy nie dziwi, że ksiądz do dzieci, które są w zasięgu jego ręki, mówi przez mikrofon. Nikogo nie dziwi, że one mu, choć stoją tuż przy nim, przez ten sam mikrofon odpowiadają. I raz podczas takiej Mszy ksiądz, który po kazaniu-katechezie zapytał już wszystkie dzieci o ich intencje mszalne, zwrócił się – oczywiście przez ten przenośny mikrofon – do dorosłych pozostających w ławkach z pytaniem: „A może publiczność ma jakieś intencje?” Ten sługa pustoszonej winnicy Pańskiej, o którego pobożności i dobrej wierze jestem święcie przekonany, odebrał po prostu przesłanie mikrofonu. Nazwał wiernych, którzy współuczestniczą w Ofierze – publicznością. Ale to naprawdę nie jego wina – miał około 40 lat został więc wychowany na Mszy z mikrofonem.

Dopiero pisząc ten artykuł, zdałem sobie sprawę ze stopnia zmediatyzowania naszego świata – jego zapośredniczenia przez środki przekazu22. Próbowałem znaleźć współczesne niezmediatyzowane wydarzenia społeczne i przyszły mi do głowy jedynie zajęcia w szkolnej klasie i niektóre pogrzeby „ludzi nieznacznych”. Było to dla mnie wstrząsające odkrycie, że w zasadzie nie ma już niezmediatyzowanych wydarzeń społecznych. Wszystko musimy widzieć i słyszeć.

A przecież sto lat temu w Fatimie ponad 70 tysięcy ludzi przyszło, choć nie widziało. Przyszli, bo słyszeli, że… Ale na miejscu nie było przecież ani nagłośnienia, ani powiększenia. Nie mieli żadnej gwarancji, że zobaczą i usłyszą cokolwiek, choćby nawet znaleźli się w samym centrum wydarzeń. Zdjęcia z Fatimy z 1917 roku są oczywiście środkiem przekazu, ale to tylko dokumenty, same wydarzenia w Fatimie były dla ich uczestników niezmediatyzowane. To znaczy środki przekazu tam były, ale były nimi… dzieci – dzieci z krwi i kości.

Nasz świat zmienił się bardzo w ciągu ostatnich stu lat. Nie stałoby się to bez mikrofonu i zestawów wzmacniających. Pierwsze takie zestawy powstały około roku 1915, dwa lata później – podczas świąt Bożego Narodzenia roku 1917 w San Francisco publicznie zaprezentowano zestaw nagłaśniający Magnavox. W tym samym roku w Fatimie objawiała się Matka Boża Różańcowa. Mikrofon węglowy wynaleziono 40 lat wcześniej – w roku 1876. W roku 1877 w Gietrzwałdzie objawiła się Matka Boża Niepokalanie Poczęta. A siedem lat później, w roku 1884 – papież Leon XIII miał prawdziwie hiobowe widzenie czy raczej – „słyszenie”, bo objawienie to miało charakter (owszem!) akustyczny. Pan Jezus rozmawiał z Szatanem, który chcąc podjąć próbę zniszczenia Kościoła (depozyt wiary!), żądał23 czasu (od 75 do 100 lat) i większej władzy nad tymi, którzy oddadzą mu się na służbę. Pan Jezus miał do tego dopuścić, a Szatan wybrał „nadchodzące” stulecie (interpretuje się je zwykle, ale nie wiadomo na jakiej podstawie, jako wiek XX). Strwożony tym objawieniem Leon XIII zdecydował, że wszyscy kapłani będą po Mszach cichych (w tygodniu), klęcząc u stopni ołtarza (starego, czyli razem z ludem – versus Deum), odmawiać zestaw modlitw, które nazwano później „modlitwami Leonowymi”. Modlitw tych się już dziś nie odmawia. Czasem w niektórych parafiach słychać jeszcze ich echo – po Mszy odmawia się samą modlitwę do Michała Archanioła. Ale to tylko fragment modlitw Leonowych. Obowiązek ich odmawiania jako „doklejonych” do Mszy zniosło kierowane przez Bugniniego Konsylium w 1964 roku.

Przyznam się, że kiedy usłyszałem, że nowy papież wybrał imię Leon, pojawiła się we mnie nadzieja, że nie jest to przypadek. Choć treść objawień Leona XIII znana jest wielu wiernym i wielu wiernych zna inne zapowiedzi kryzysu instytucji Kościoła, to kapłani w przekonujący sposób nie objaśniają dziś tego wiernym. Czy dla osób wierzących takie koincydencje czasowe, jak wspomniane powyżej, mogą być czysto przypadkowe? Czy przypadkowe jest nasilenie objawień Maryjnych? Czy Pan Jezus istotnie dopuścił Szatana do niszczenia Kościoła? Kiedy? Kiedy to się skończy? Czy już się zaczęło? Na czym miałoby polegać? Czy to przypadek, że lud Boży gubi się w domysłach i teoriach spiskowych, kiedy głos pasterzy stał się głosem przetworzonym?

Bo choć w Kościele sukcesja wciąż musi się dokonać przez bezpośrednie nałożenie rąk, to Słowo, które głoszą dziś kapłani, jest transmitowane. Może się nam to wydawać mało znaczące, ale dźwięk, który płynie z głośników, jest dźwiękiem wbrew pozorom mocno przetworzonym – żeby dźwięk nie nakładał się na echo tego, co powiedziane przed chwilą24. Do tego głos kapłana dochodzi dziś wiernych zewsząd (najbliższy głośnik może być nawet z tyłu), jest głosem „odmiejscowionym”. A kiedyś miał jedno naturalne źródło w ciele kapłana. Powoduje to dezorientację, której nie widać dziś u dorosłych, bo są już do tego przyzwyczajeni, ale można ją zauważyć u niektórych najmłodszych dzieci (które wchodzą w przestrzeń wydarzenia masowego z transmitowanym głosem ludzkim – nie tylko w kościele). Mikrofon stworzył, jak to określił McLuhan, „dźwiękową bańkę”. Doprowadziło to do faktycznej likwidacji odwiecznego podziału Świątyni na 3 strefy (tabernakulum – Święte Świętych, prezbiterium – Miejsce Święte, nawa – przedsionek), co krótko mówiąc, nie pomaga zrozumieć wiernym, że najważniejsze na Mszy dzieje się tam, w prezbiterium – w trochę innej przestrzeni za balaskami. Dziś zresztą balasek często już nie ma, bo dźwiękowa bańka uczyniła przestrzeń kościołów jednorodną przestrzenią spotkania wokół Stołu-Ołtarza. Głos też cały czas brzmi w podobnej głośności (na starej Mszy czasem ksiądz mówił głośno, czasem normalnie, a czasem szeptem). Mikrofon nie tylko głoszone podczas Mszy Słowo odmiejscowił, ale Je i, jak to określa McLuhan, odcieleśnił. Jest to właśnie ta druga, dotycząca Słowa, dotkliwa konsekwencja wprowadzenia mikrofonu do Kościoła.

 

Odcieleśnienie Słowa

Pan śmierci nie jest w stanie narodzić się z Panny jak Bóg. Pan śmierci nie może mieć swojego ciała. Może co najwyżej wejść w ciało naturalnie narodzonych. Kościół wypracował metody walki z opętaniem. Ale nie zauważył nowego tricku pana śmierci – tricku o znacznie większej niż opętanie sile rażenia: tricku Odcieleśnienia Słowa, który zakłóca przekaz depozytu wiary. Dlatego mówię: Wyrzućmy mikrofon z Kościoła!

 

„Srogą przyszłość Kassandra opiewać zaczyna; / Nigdy jej nie słuchano z woli Apollina”. Zobaczyłem, że na większości nowych ołtarzy mikrofon zajął miejsce krzyża. Krzyż stanął z boku lub z tyłu i stał się ornamentem – kapłani poruszają się dziś wokół mikrofonu. Ale cokolwiek się stanie – jak mówi Kościół – Pan przyjdzie. Narodził się w nocy, przychodzi w ciszy, wzejdzie z wysoka i rozświetli mrok.

Paweł Jarnicki

W Boże Narodzenie 2025 roku.

 

 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ. 

 

 

 

1 Początkowo niewielkie przedsięwzięcie zaczęło się rozrastać - planuję w 2026 roku wydać w wydawnictwie Rosa Mystica książkę, w której znajdzie się prócz tego jeszcze jeden mój artykuł i zbiór tłumaczeń tekstów z języka angielskiego.

2 Instrukcja Świętej Kongregacji Obrzędów O Muzyce Sakralnej i Liturgii według wskazań encyklik Papieża Piusa XII Musicae Sacrae Disciplina oraz Mediator Dei z 3 września 1958 r. Funkcja komentatora dziś może wydawać się osobliwa, ale był to ktoś, kto w języku rodzimym tłumaczył, co robi i mówi (po łacinie) ksiądz.

3 Zob. np. Instrukcja Episkopatu Polski w związku z wydaniem nowego mszału ołtarzowego z 11 marca 1987 r.

4 Marshall McLuhan, Liturgy and the Microphone. Pierwodruk w: “The Critic” 1974, vol. 33, nr 1, październik-grudzień, s. 12–17; przedruk w: Eric McLuhan i Jacek Szklarek (red.), The medium and the light: Reflections on Religion, Toronto: Stoddart 1999, s. 107-116, cytat ze s. 112.

5 Pierre Babin, Liturgie et médias. Troisième entretien avec Marshall McLuhan, w: Autre homme, autre chrétien à l’ère électronique, Lyon: Éditions du Cerf & Centre de recherche et d’action pédagogiques (CRAP), 1977, s. 116-133 (pierwodruk); tłum. w tekście za tłum. ang.: Liturgy and Media: (Marshall McLuhan's) Third Conversation with Pierre Babin, w: Eric McLuhan i Jacek Szklarek (red.), The medium and the light: Reflections on Religion, Toronto: Stoddart 1999, s. 141-149, cytat ze s. 143.

6 Wydaje się, że problematyczność mikrofonu umknęła nawet największemu krytykowi reformy Mszy Marcelowi Lefebvre’owi, a i Bractwo św. Piusa X w swoich kaplicach i kościołach używa mikrofonów.

7 Nico Fassino, Lift up thy voice with strength, handmissalhistory, 10.10.2022, https://handmissalhistory.com/feature-microphones/, 25.09.2025.

8 Na marginesie zadajmy sobie pytanie, jak możliwe były wcześniejsze sobory bez mikrofonu? Czy gdyby nie było mikrofonu, frakcja „postępowa” byłaby na tyle słyszalna, żeby tak znacznie zmienić przygotowane wstępnie dokumenty?

9 „Do 1945 roku papież Pius XII regularnie odprawiał Msze z czterema mikrofonami zainstalowanymi na ołtarzu głównym w Bazylice Świętego Piotra, a nawet miał dwa mikrofony na ołtarzu w swojej prywatnej kaplicy” [Nico Fassino, Lift up thy voice with strength, handmissalhistory, 10.10.2022, https://handmissalhistory.com/feature-microphones/, 25.09.2025].

10 Nico Fassino zauważa, że paradoksalnie mikrofon stał się przyczyną powstawania w amerykańskich kościołach „pokojów płaczu” dla dzieci. Skoro ma być słychać słowa wypowiadane przez kapłana, nie mogą przeszkadzać inne dźwięki, a zwłaszcza hałasujące dzieci.

11 Żeby zrozumieć, o co chodzi, wystarczy doświadczyć choć raz nowej Mszy w kraju, w którym mówi się językiem na tyle obcym, że ze strumienia mowy nie jesteśmy w stanie odróżnić pojedynczych słów (dla mnie były to łotewski i fiński). Trudno podczas takiej Mszy nie zadawać sobie pytania: „Co ja tutaj robię?”

12 W języku angielskim nazywa się je najczęściej „vernacular”, co polscy tłumacze oddają jako narodowe, ja jednak nazywam je „rodzimymi”.

13 Klawiatura fortepianu jest sztucznym wytworem.

14Liturgy and Media: (Marshall McLuhan's) Third Conversation with Pierre Babin, w: Eric McLuhan i Jacek Szklarek (red.), The medium and the light: Reflections on Religion, Toronto: Stoddart 1999, s. 142.

15 Ten trend najprawdopodobniej odwróci sztuczna inteligencja, zob. przyp. 22.

16 Następnie na podstawie Inter mirifica opracowano w 1971 r. bardzo entuzjastyczną w tonie instrukcję duszpasterską o środkach społecznego przekazu Communio et progressio („We wspaniałych wynalazkach technicznych, które przyśpieszają społeczny przekaz między ludźmi, chrześcijanin odkrywa narzędzie planów Bożej Opatrzności, sprzyjające zjednoczeniu między ludźmi żyjącymi na tej ziemi”). W dwudziestą jej rocznicę ogłoszono kolejną instrukcję pt. Aetatis Novae, która już nie jest tak entuzjastyczna („zastosowanie technik przekazu informacji tylko po części okazało się dobrodziejstwem”), ale nie dostrzega przyczyny problemu. Dokumenty te są o prasie, radio i telewizji, a nie dostrzegają wynalazków, z których się one wzięły – to tak jakby rozważać wpływ różnych programów komputerowych, nie zauważając wynalazku komputera.

17 Ogólne wprowadzenie do Mszału rzymskiego (2002), pkt. 311: „Należy zwrócić baczną uwagę na to, by wierni mogli nie tylko dobrze widzieć kapłana, diakona czy lektora, lecz także dobrze ich słyszeć przy użyciu współczesnych środków technicznych”. Por. też p. 34 w Ordo lectionum missae z 1981 r.: „Należy także zadbać o to, aby lektorzy mieli na ambonie oświetlenie wystarczające do czytania tekstu i by w razie potrzeby mogli skorzystać ze współczesnych środków technicznych zapewniających wiernym dobrą słyszalność”.

18 Więcej argumentów przeciwko mikrofonom w kościołach sformułuję w odrębnym tekście, który znajdzie się we wspomnianej w przyp. 1 antologii.

19 Zauważmy na marginesie, że po filmie z efektami specjalnymi trudniej jest nawiązać sensowną rozmowę z pozostałymi widzami (często rozmowy te nie wykraczają poza „a widziałeś to”, „ale to było super”), o takich filmach trudniej jest rozmawiać, bo widzieliśmy to samo i wszystko było oczywiste. Kiedy natomiast zdarza się, że ktoś w tym samym czasie przeczytał tę samą powieść (nie mam na myśli kryminału), często łatwiej jest o niej rozmawiać, bo wiele kwestii rozumiemy i wyobrażamy sobie nieco inaczej.

20 Oczywiście zdarza się, że jakaś narcystyczna postać dominuje przyjęcie, które składa się już tylko z kawałów, albo że kawały szybko ujawniają, że się nie zrozumiemy, że wspólnoty nie będzie, bo ich uzupełnienie oznaczałoby powielanie stereotypów, które nas rażą. Podobnym do kawałów wspólnototwórczym zabiegiem, choć już nie tak łatwym do zauważenia, są metafory. One też przez swą niejednoznaczność wymuszają aktywność poznawczą odbiorcy i tworzą wspólnotę. W obecności tych, którzy używają metafor, które nas nie rażą, a są nam bliskie, takich które rozumiemy niemal odruchowo – czujemy się lepiej.

21 Tak zresztą rozwija myśl McLuhana Ashil D. Manohar w swej pracy dyplomowej pt. The Mass is the Medium: Marshall McLuhan and Roman Catholic Liturgical Change (2021). USF Tampa Graduate Theses and Dissertations. https://digitalcommons.usf.edu/etd/8817. Takie ujęcie może wydawać się w pierwszym momencie dziwne, ale nie jest obce oficjalnym dokumentom kościelnym. Por. np. p. 11 instrukcji duszpasterskiej o środkach społecznego przekazu Communio et progressio: “»Komunikowanie«, to coś więcej niż samo tylko przekazywanie idei czy wyrażanie uczuć, to przede wszystkim dawanie siebie z miłości i dlatego właśnie »komunikowanie« Chrystusowe jest duchem i życiem (J 6, 63). Ustanawiając Eucharystię, Chrystus dał nam najwspanialszy wzór »komunikowania«, jaki jest dostępny ludziom na ziemi, mianowicie, zjednoczenie, komunikowanie między Bogiem i człowiekiem, a przez to samo wzór najściślejszego i najdoskonalszego zjednoczenia między ludźmi”.

22 Jak też zdałem sobie sprawę z tego, że ten świat za sprawą „sztucznej inteligencji” się kończy, bo zaczyna zjadać swój ogon. Zaufanie do mediów zaczęło się kruszyć wcześniej (bo zaczęło do nas docierać, że “prasa kłamie” i “telewizja kłamie” i dziś, a nie tylko „za komuny”), ale proces ten dokończy AI – skoro dotrze do nas, że przy jej pomocy nasze i obce wywiady, przestępcy i oświeceni są w stanie wygenerować hiperrealistyczne fakenewsy, zupełnie stracimy zaufanie do naszych „przedłużonych zmysłów”. Jest moim zdaniem tylko kwestią czasu, by zaczęły powstawać strefy wolne od wszelkich technologii. Kościoły mogłyby być tu awangardą!

23 Nie mam dostępu do odpowiednich źródeł, ale w relacjach, które można znaleźć w Internecie głos Szatana jest określany jako „gardłowy” lub „szorstki” [ang.: „guttural”, „harsh”], a sztuczna inteligencja potwierdza, że wczesne mikrofony powodowały takie zniekształcenie dźwięku i że transmitowany przez nie głos ludzki był często określany właśnie jako „szorstki”, „zniekształcony”, „chrapliwy” [ang.: „harsh", „distorted", „raspy”].

24 Jest to konieczne ze względu na „przestarzałą” architekturę kościołów stworzoną dla głosu naturalnego. Tradycyjne sposoby wzmacniania dźwięku prócz architektury opierały się na konstrukcji ambony – uniesionej ponad lud. Nad amboną instalowano daszek, którego funkcja nie była wyłącznie ozdobna – daszek odbijał dźwięk i kierował go w dół w stronę ludu, a poza tym umieszczana w nim była często płyta rezonansowa. Wszystkie te zabiegi jednak wzmacniały żywy i nieprzetworzony głos kapłana.


Paweł Jarnicki

Paweł Jarnicki (1980) – mąż, ojciec trójki dzieci; z wykształcenia literaturoznawca, zainteresowany sprawami z pogranicza językoznawstwa, traduktologii, historii, socjologii i filozofii nauki (zwłaszcza myślą Ludwika Flecka i rolą metafory w nauce). Mieszka we Wrocławiu.