Komentarze
2026.10.12 13:15

Wojna i pokój

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.

 

Często spieramy się o „mniejsze zło”. Podejrzewamy, niekiedy słusznie, że pod tym określeniem kryje się próba usprawiedliwienia czegoś, czego usprawiedliwiać nie należy. Znacznie rzadziej pytamy jednak, czy potrafimy rozpoznać mniejsze dobro. Czy umiemy przyjąć, że coś może być mniej doskonałe, mniej piękne albo mniej odpowiednie do określonego celu, a mimo to pozostawać rzeczywistym dobrem?

To trudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Kiedy odkrywamy wartość jakiejś rzeczy, łatwo zaczynamy traktować wszystko, co ustępuje jej pod pewnym względem, jako jej przeciwieństwo. Od przekonania „to jest lepsze” przechodzimy do sądu „tamto jest złe”. Po drodze znika cała przestrzeń rozróżnień, w której zwykle toczy się ludzkie życie.

Można dostrzec w tym pokusę myślenia manichejskiego. Nie oznacza to oczywiście, że każdy, kto wydaje zbyt surowe sądy, wyznaje historyczną religię manichejczyków. Nie sposób też sprowadzić jej powstania do ludzkiej skłonności do prostych opowieści. Chodzi o pewne podobieństwo: pragnienie rozdzielenia rzeczywistości na dwa obozy, między którymi nie ma miejsca na stopnie doskonałości, dobra ograniczone ani uczciwe porównania.

Takie myślenie daje poczucie bezpieczeństwa. Wiadomo, czego bronić, co odrzucać i komu ufać. Bywa jednak, że ceną za tę pewność jest niesprawiedliwość wobec rzeczy, ludzi, a nawet darów, które otrzymaliśmy w Kościele. 

Szczególnie wyraźnie widać to w sporach o liturgię. Można kochać starszą formę Mszy świętej. Można dostrzegać wartość jej ciszy, skupienia, gestów, modlitw i sposobu, w jaki kieruje uwagę ku tajemnicy Ofiary. Można argumentować, że określone rozwiązania lepiej chronią przed banalizacją, herezją i mocniej uświadamiają człowiekowi, iż uczestniczy w czymś, co go przerasta. Takie przekonania zasługują na poważną rozmowę. Samo porównywanie form liturgicznych nie jest ani brakiem miłości do Kościoła, ani zamachem na jego jedność.

Nie wynika z tego jednak, że Msza sprawowana według nowszego mszału staje się czymś złym. Przy zachowaniu warunków ważności i godziwości jest w niej obecny ten sam Chrystus i uobecnia się ta sama Ofiara. Niedostatek jakiegoś środka wyrazu nie oznacza nieobecności rzeczywistości, którą ma on wyrażać. Uboższe ukazanie tajemnicy nie jest tym samym co brak tajemnicy.

Trzeba przy tym uważać, do czego odnosimy określenie „mniejsze dobro”. Nie do Chrystusa ani do Jego Ofiary. Porównujemy historyczne ludzkie i kościelne formy wyrazu, ich zdolność kształtowania wiary, kierowania uwagi i wychowywania do modlitwy. Aby takie porównanie miało sens, trzeba powiedzieć, pod jakim względem jedno rozwiązanie oceniamy wyżej od drugiego. Samo upodobanie, choć ważne w osobistym życiu religijnym, nie rozstrzyga przecież wszystkiego.

Podobna pokusa pojawia się oczywiście i po drugiej stronie. Ktoś odkrył wartość czytań w języku ojczystym, zrozumiałych modlitw i wspólnych odpowiedzi. Następnie zaczyna przedstawiać dawną liturgię jako przeszkodę w wierze, obrzęd z natury obcy żywemu Kościołowi. Z faktu, że pewne rozwiązania uważa za bardziej przystępne, wyprowadza potępienie modlitwy, która przez pokolenia kształtowała katolickie życie.

W obu przypadkach można przekroczyć tę samą granicę. Własne rozpoznanie dobra staje się powodem, by odmówić dobra innym.

Wielkość Benedykta XVI polegała między innymi na tym, że potrafił utrzymać razem sądy, które w atmosferze sporu uchodziły za niemożliwe do pogodzenia. W liście do biskupów z 2007 roku bronił świętości dawnej liturgii, a zarazem wskazywał, że zasadnicze wykluczenie celebracji według nowych ksiąg byłoby sprzeczne z uznaniem ich wartości i świętości. Widział również możliwość wzajemnego wzbogacania się obu form. Nie wymagał zatarcia różnic ani rezygnacji z oceny. Wymagał uznania dobra obecnego w jednej i drugiej.

Nie była to łatwa ugodowość. Benedykt znał ból spowodowany dowolnym przekształcaniem liturgii i pisał o nim otwarcie. Potrafił jednak odróżnić nadużycie od mszału, którego przy sprawowaniu nadużycia nie przestrzegano. To rozróżnienie ma znaczenie także dla naszych ocen: porównanie najlepszego wykonania jednej formy z najgorszym wykonaniem drugiej może powiedzieć wiele o celebransach, a niewiele o samych formach.

Można przecież uczestniczyć w nowej Mszy sprawowanej z wielką czcią i w starej odprawianej pośpiesznie, bez należytej staranności. Można także spotkać sytuację odwrotną. Jakość celebracji nie usuwa pytań o same księgi liturgiczne, ale nie wolno jej z tych pytań wyłączać. W rzeczywistym doświadczeniu wiernych forma i sposób jej sprawowania spotykają się ze sobą.

Podobne trudności występują poza liturgią. Ktoś odkrywa wielką literaturę i zaczyna gardzić każdą książką, która nie dorównuje jej głębią. Tymczasem prosta, uczciwie napisana opowieść może rozwijać wyobraźnię, uczyć współczucia i zachęcić do dalszej lektury. Nie trzeba zrównywać jej z arcydziełem, żeby uznać jej wartość.

Ktoś szczególnie ceni życie kontemplacyjne i z tej racji zaczyna lekceważyć codzienną pracę rodziców, nauczycieli czy pielęgniarek. Zachwyt nad jednym powołaniem przesłania mu dobro spełniające się w innym. Człowiek czuwający przy chorym dziecku może mieć niewiele czasu na skupioną modlitwę. Jego życie nie staje się przez to duchową porażką.

Także we wspólnocie parafialnej łatwo pomylić niedoskonałość z bezwartościowością. Kazanie może być nieporadne, śpiew przeciętny, organizacja niezgrabna. Krytyka bywa potrzebna, bo staranność jest formą szacunku dla wiernych i dla tego, co święte. Ale w tej samej parafii ktoś po latach wraca do spowiedzi, ktoś wiernie opiekuje się samotnym sąsiadem, ktoś uczy dziecko pierwszej modlitwy. Wady, które widzimy, nie wyczerpują prawdy o tym miejscu.

Wydaje mi się w tym miejscu ważne by zaznaczyć, że rzeczywistego zła nie wolno łagodnie przemianowywać na „mniejsze dobro”. Nadużycie pozostaje nadużyciem, fałsz pozostaje fałszem. Potrzebujemy właśnie dokładniejszego rozeznania: co jest rzeczywistym dobrem, co jego ograniczeniem, a co jego naruszeniem. Bez tego surowość sądu może uchodzić za wierność zasadom, choć w istocie wynika z niedokładnego rozpoznania rzeczy.

Szczególnie trudno zachować tę dokładność ludziom mocno przywiązanym do tego, co odkryli i pokochali. Ich przekonania często wyrastają z autentycznego doświadczenia: odnalezionej modlitwy, odzyskanej wiary, spotkania z pięknem. Dlatego krytykę własnego sposobu mówienia odbierają niemal jak żądanie wyrzeczenia się tego dobra.

A przecież można pozostać przy swoim wyborze. Można bronić starszej liturgii i zabiegać o dostęp do niej. Można wskazywać słabości reformy i domagać się ich uczciwego rozważenia. Można też cenić nowszą formę i mówić o dobru, które dzięki niej stało się własnym udziałem. Żadne z tych stanowisk nie wymaga odmowy uznania świętości Mszy sprawowanej według drugiego mszału.

Uznanie to ma bardzo konkretne konsekwencje. Wierny przywiązany do dawnej liturgii powinien móc zobaczyć rzeczywiste dobro w Eucharystii sprawowanej w zwykłym kościele parafialnym. Wierny wychowany wyłącznie przy nowszej formie powinien umieć uszanować człowieka, który odnalazł głębsze życie modlitwy przy dawnym mszale. Obaj mogą nadal się różnić w ocenie liturgicznych rozwiązań. Obaj mają jednak powód, żeby mówić ostrożniej o tym, w czym drugi naprawdę spotyka Chrystusa.

Być może dotykamy tu czegoś znacznie szerszego niż spór o liturgię. Czy pokój między ludźmi nie zaczyna się właśnie wtedy, gdy potrafię uznać, że drugi człowiek, inny naród czy obca mi kultura nie są złem, które muszę usunąć, aby samemu żyć dobrze? Że poza granicami mojego świata istnieje rzeczywiste dobro, którego nie stworzyłem, którego nie muszę naśladować i którego być może nie potrafię jeszcze w pełni zrozumieć?

Nie muszę uważać wszystkich kultur za równie wartościowe pod każdym względem. Nie muszę wyrzekać się miłości do własnego narodu ani przekonania, że pewne odziedziczone obyczaje zasługują na szczególną ochronę. Mogę jednak uznać, że przywiązanie drugiego człowieka do jego ojczyzny jest dobrem podobnym do mojego przywiązania. Jego odmienność nie jest sama w sobie krzywdą wyrządzoną mnie. Nie wszystko, czego nie wybrałbym dla siebie, powinno zniknąć ze świata.

To uznanie nie usuwa rzeczywistych sporów o ziemię, bezpieczeństwo, prawa czy sposób wspólnego życia. Pozwala jednak prowadzić je bez przekonania, że samo istnienie drugiej strony stanowi przeszkodę, którą trzeba zniszczyć. Można bronić własnego dobra, nie odmawiając przeciwnikowi wszelkiego dobra.

Stąd wciąż daleko do politycznej poprawności, która pod hasłem tolerancji domaga się czasem zawieszenia sądu moralnego. Człowiek zachowuje swoją godność również wtedy, gdy postępuje źle. Kultura może zawierać wielkie dobra, a zarazem obyczaje zasługujące na odrzucenie. Naród ma prawo do istnienia i bezpiecznego życia, ale nie daje mu to prawa do krzywdzenia innych narodów. Szacunek wymaga tych rozróżnień, bo bez nich staje się obojętnością wobec ofiar.

Pokój potrzebuje zatem zarówno zdolności uznawania dobra, jak i odwagi nazywania zła. Można go niszczyć, przedstawiając cudze dobro jako zagrożenie. Można też pozostawić ludzi bez obrony, przedstawiając rzeczywistą krzywdę jako odmienność, którą należy zaakceptować.

W sporze liturgicznym, podobnie jak w innych ludzkich sporach, trzeba więc nauczyć się wypowiadać dwa sądy razem: „mam powody, by bronić tego, co uważam za lepsze” oraz „dobro, które jest twoim udziałem, pozostaje dobrem”. Takie uznanie pozwala nadal rozmawiać o różnicach, domagać się sprawiedliwości i chronić własne dziedzictwo. Pozwala również żyć obok siebie, zanim uda się osiągnąć zgodę we wszystkim.
Michał Jędryka

 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ. 

 


Michał Jędryka

(1965), z wykształcenia fizyk. Był nauczycielem, dziennikarzem radiowym i publicystą niezależnym. Jest ojcem czwórki dzieci. Mieszka w Bydgoszczy.