Wywiady
2023.01.05 16:36

Pan zwycięży! Dziedzictwo Benedykta XVI

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.

 

Poniższy materiał jest rodziałem książki Pawła Milcarka i Tomasza Rowińskiego "Alarm dla Kościoła. Nowa reformacja", Warszawa 2019.

 

Gdy po niespodziewanej rezygnacji Papież Benedykt XVI odbywał 14 lutego 2013 roku swoje ostatnie spotkanie z duchowieństwem Rzymu, zakończył je słowami nadziei na prawdziwą odnowę Kościoła, która przebije się nareszcie przez jej fałszywe wersje. Papież żegnał się słowami: „Ufajmy, że Pan nam pomoże. Ja, kiedy odejdę, moją modlitwą będę z wami zawsze i razem będziemy szli naprzód z Panem, mając pewność: Pan zwycięży!”.

Idziemy już blisko sześć lat, z nowym Papieżem Franciszkiem – lecz wciąż także z obiecaną obecnością Ojca Benedykta. Czy potrafimy korzystać z tego, co nam, Kościołowi, zostawił jako pasterz i teolog?

Rozmiar twórczości papieża-teologa doceniają wszyscy. Inną rzeczą jest traktowanie jej jako światła pomagającego znaleźć drogę również w obecnych ciemnościach. Ten, kto naprawdę docenia Benedykta XVI, będzie często wracał do jego słów, gdyż sposobem obecności właściwym temu papieżowi były nie gesty, nie władcze decyzje, lecz właśnie słowa. I ten sposób nie ustał.

O sile i aktualności dziedzictwa Benedykta XVI rozmawiamy z Księdzem Jerzym Szymikiem, teologiem i autorem trzytomowej Theologia benedicta,syntezy teologicznej myśli Josepha Ratzingera/Benedykta XVI.

Pontyfikat Benedykta XVI skończył się nagle i bardzo niezwykle: abdykacją. Są katolicy, którzy nie ukrywają, że mają mu za złe, „że nas opuścił” - bo tak bardzo potrzebna była jego trzeźwa myśl. Ale są też tacy, którzy mu gratulują – że abdykacją przyznał, iż to, co ma do powiedzenia, nie jest już potrzebne Kościołowi; że widocznie uznał, iż Kościół potrzebuje innych ludzi, innych idei...

 

Ks. Jerzy Szymik: Nie należę ani do jednych, ani do drugich. Pierwsi nie rozumieją, że wola Boża, wytrzymałość duchowo-psychiczno-fizyczna człowieka i parę innych czynników mogą być istotniejsze niż to, że „myśmy się spodziewali”. Rozumiem ich ból, ale namawiam do spojrzenia dalszego niż własne oczekiwania. Z drugimi nie zgadzam się na znacznie głębszym poziomie. I uważam, że to, co Benedykt XVI miał do powiedzenia, jest i będzie zawsze potrzebne Kościołowi. Dziś jeszcze bardziej niż 10 lat temu. A mam nadzieję, i sporo argumentów za, że zostanie w przyszłości doktorem Kościoła.

Jednym z najważniejszych pasm nauczania Benedykta XVI była konieczność wewnętrznego oczyszczenia Kościoła. Nie dostrzegaliśmy tego z wystarczającą ostrością. Wyrzucam to także sobie. Łatwiej mi było słyszeć jego profetyczne słowa przeciwko tygrysom czyhającym na Baranka, niż przeciwko moim własnym grzechom czy grzechom we wnętrzu Kościoła.

A patrząc szerzej: jego diagnoza świata i człowieka jest złożona i pełna. Pokazuje nie tylko choroby współczesności, lecz także drogi wyjścia w powiązaniu z dzisiejszymi możliwościami. Lekarstwem na choroby duszy człowieka jest Bóg, Jego pierwszeństwo w ludzkim życiu, Jego przebaczająca miłość. Jądrem przesłaniaBenedykta XVI jest to właśnie. I że Pan Jezus ów prymat Boga objawił, wyjaśnił, pokazał, jak tym żyć, i pomaga tym żyć. Papież porównywał naszą relację z Bogiem do zapięcia pierwszego, najwyższego guzika w sutannie, sukience czy płaszczu: jeśli zapiąć go źle, wówczas wszystkie inne też będą źle zapięte i trzeba raz jeszcze zacząć, od góry. Cywilizacja, która odrzuca Boga, obróci się przeciwko człowiekowi. „Wszystkie odpowiedzi, które nie sięgają aż do Boga, są za krótkie”. „Absolutnie nic nie przedkładać nad Chrystusa”. To budziło gwałtowny sprzeciw krytyków, tego mu nigdy nie darowano.

Czyli, zarówno w Kościele, jak i w całej współczesności: prorok dla naszego czasu. Dobrze, że jest z nami już przeszło 90 lat, z czego 8 lat jako Ojciec Święty.

 

Co powiedział nam Benedykt XVI o papiestwie, o posłudze biskupiej? Przyznam, że dla mnie najbardziej uderzające było to, że w następcy Piotra widzi on pokornego strażnika Depozytu, a nie kogoś, kto „wszystko może”, jeśli tylko uzna, że coś dla Kościoła będzie lepiej.

 

Ks. J.Sz.: Pokora to ważny nurt teologii Ratzingera i nauczania Benedykta XVI. W tym modelu myśli on także o Piotrze i jego następcach, w tym o sobie.

Tropi pychę nie tylko tam, gdzie przybiera ona postać nietzscheańską, scjentystyczną, antykościelną, lecz także tam, gdzie jest to daleko trudniejsze i mało wygodne: we wnętrzu Kościoła. Tu pycha dotyka szczególnie tych, którzy ponoszą odpowiedzialność za Kościół – „starszych”: duchowieństwo – i zaraża ich szczególną pozycję w Ludzie Bożym tym, co ma w swoim jadzie najgorszego. A mianowicie: karierowiczostwem, przerostem ambicji i pokusą władzy.

Papież wydał tym odmianom wewnątrzkościelnej pychy otwartą wojnę. „Czyż kariera i władza nie kuszą nawet tych, którzy kształtują życie Kościoła i nim zarządzają?” – pytał retorycznie podczas katechezy 3 lutego 2010 roku. I odpowiadał już zupełnie nieretorycznie: „Wiemy, jak […] również w Kościele sprawy mogą ucierpieć, gdy wielu z tych, którzy piastują odpowiedzialne stanowiska, zabiega o dobro własne, a nie wspólnoty, nie o wspólne dobro”. Niebezpieczeństwo redukcji kapłaństwa do zarządzania i władzy jest dzisiaj niemałe. Z jednej strony spore ciśnienie logiki świeckich struktur zarządzania i władzy z jej ideami konkurencyjności, technokracji, medialności i tym podobne, z drugiej zaś – pokusy, by tak rzec, odwieczne: osłabienie wiary pod wpływem wielorakich odmian znużenia, brak świętości.

Pokora jest decydująca; pokora jest znakiem zbawienia. Poczucie zależności od Boga, uważność okazana bliźniemu, ustąpienie mu – są decydujące. I nie jest to rzecz drugorzędna; jest to kwestia absolutnie kluczowa dla drogi z bez-bożności w po-bożność.

Jak rozpoznać, czy idziemy właściwą drogą? Przede wszystkim: posłuszeństwo. W najgłębszym sensie chodzi tu o posłuszeństwo Słowu, które wtedy jest skuteczne w działaniu, przynosi owoce i jest niezwyciężoną bronią w walce duchowej z pychą, jeśli tylko nauczymy się słuchać Słowa, a następnie być Mu posłuszni.

 

Jest taki nurt wypowiedzi Benedykta, z którego wynika, że dzisiaj najcięższe prześladowanie cierpi Kościół ze strony swych dzieci. Można to sprowadzić do przerażającej zdrady powołania przez księży dopuszczających się nadużyć seksualnych. Ale to szersza kwestia, prawda?

 

Ks. J.Sz.: Kiedy z takich lub innych przyczyn Bóg „zostaje oddalony” – pycha władzy prostuje kark i zagarnia puste serce, obiecując spełnienie tęsknot i pragnienia szczęścia. A pycha nie może dać „szczęścia” innego niż ciemne, perwersyjne, diaboliczne. À propos „szerszej kwestii”: za szczególnie niebezpieczny rodzaj wewnątrzkościelnej pychy Benedykt XVI uważał wyniosłe zgorzknienie w wierze, a dokładnie ten jego rodzaj, który wypełniał serce starszego brata w przypowieści o dwu braciach i o dobrym ojcu (Łk 15,11–32). Papież mówił, że u księdza „pycha ta przyjmuje często postać arogancji «specjalisty» w sprawach wiary” i besserwisserstwa, pod którymi czają się skrzętnie ukrywane marzenia o wolności bez granic.

Myślenie i nauczanie Papieża stale trąca tę strunę: we wszelkim naszym wewnątrzkościelnym działaniu, odnawianiu i krytykowaniu (choćby najsłuszniejszym) przyglądajmy się bacznie podrygom pychy w naszym sercu. Bo zastawia ona na nas (wszystkich) niebezpieczne pułapki. Róbmy to, reformując liturgię („jedynie szacunek dla odgórności i zasadniczej niedowolności liturgii może zapewnić nam to, co jest naszą nadzieją: święto, w którym zbliża się do nas to, co wielkie, to, czego nie robimy sami, lecz co otrzymujemy jako dar”), modląc się (nie rezygnujmy z próśb skierowanych do Boga „o wszystko” – mimo postępu technicznego i cywilizacyjnego, niczego, co ważne i dobre, nie możemy zapewnić sobie sami – i nigdy nie będziemy mogli). Przyglądajmy się sobie czujnie we wszelkich naszych kościelnych relacjach zależności – i w górę, i w dół; czy jesteśmy posłuszni, jak traktujemy „niżej stojących”.

 

Trudno się powstrzymać przed uwagą, że w latach po Vaticanum II dużo było różnych kościelnych wizji i rewolucji, w których chyba zaznaczały się mocno te podrygi pychy. W jednym z ostatnich swoich przemówień, w lutym 2013 roku, Benedykt mówił, że fałszywa interpretacja Vaticanum II okazała się w praktyce mocniejsza.

 

Ks. J.Sz.: Ostatnie rozmowy Seewalda z Benedyktem XVI dotyczą między innymi Soboru Watykańskiego II i jego skutków. Na pytanie dziennikarza: „Jako uczestnik, jako współodpowiedzialny, nie odczuwa Ojciec wyrzutów sumienia [za niektóre wydarzenia i procesy „posoborowe” – J.Sz.]?”, Papa Emeritus odpowiada: „To, co faktycznie powiedzieliśmy i przeprowadziliśmy, było właściwe i musiało się stać”. Ale dodaje (uwaga!): „Zabrakło właściwej oceny reperkusji politycznych i faktycznych następstw. Za daleko poszliśmy w teologię i nie zastanowiliśmy się nad tym, jakie implikacje pociągną te sprawy za sobą na forum zewnętrznym”.

„Za daleko poszliśmy w teologię” – cóż to dla nas za zdanie 91-letniego mędrca, co za lekcja…

Benedykt XVI 31 lipca 2017 roku napisał niedługi list do kardynała Gerharda Ludwiga Müllera, który obchodził wówczas 70. rocznicę urodzin i 40. rocznicę święceń kapłańskich. Ten okolicznościowy tekst jest w gruncie rzeczy minitraktatem na temat istoty teologii. Żeby być prawdziwie sobą, musi ona prowadzić do mądrości i mądrością ostatecznie być, mądrością przekraczającą kompetencje wyłącznie naukowe – twierdzi Benedykt XVI z perspektywy swojej dziesiątej dekady życia. Pisze: teologia musi być czymś większym niż jedynie „słowem ekspertów”, ma być w niej mądrość większa, zdolna „do rozpoznania granic podejścia zwykłego studium”. Pisze jak prefekt do prefekta (Kongregacji Nauki Wiary): „Prefekt niekoniecznie musi być teologiem, ale mędrcem, który rozwiązując problemy teologiczne, nie dokonywałby konkretnych ocen, ale rozpoznawał, co trzeba czynić w tym czasie dla Kościoła”. Chodzi ostatecznie o to (jeśli ma chodzić o największe dobro: zbawienie), by decyzje podejmowała nie tyle teologia (naukowa), ile prawdziwa mądrość (obejmująca całość fenomenu życia), która zna „aspekty naukowe”, ale poza tym (czy raczej: w tym) potrafi „wziąć pod uwagę całość życia wielkiej wspólnoty”.

 

„Wielka wspólnota” Kościoła to także ci, którzy z powodu dawnych podziałów żyją jako chrześcijanie w oddaleniu od Kościoła katolickiego, w innych wspólnotach. Odnosząc się do podziału chrześcijaństwa, Benedykt łączył braterską serdeczność z rzeczowością we wspólnej odpowiedzialności za prawdę. Ale prawda jest jedna…

 

Ks. J.Sz.: Jego stanowisko zawsze było bezwzględnie jasne: bezdyskusyjna jest równa godność osobowa uczestników dialogu ekumenicznego (i międzyreligijnego), ale nie równość statusu treści doktrynalnych, które uczestnicy owi reprezentują bądź głoszą. Ale też nigdy nie było dla niego wątpliwe, że ekumenizm jest imperatywem chrześcijańskiego sumienia i że w związku z tym cierpliwa rozmowa, wsłuchiwanie się w cudze racje, które nieraz w nowy, głębszy sposób naświetlają obszary prawdy „nie dość naświetlone” do tej pory, szacunek dla niepokojów cudzego sumienia – są niezbywalnym obowiązkiem moralnym katolika. Ale już nie konformistyczny, kompulsywny konkordyzm: „postęp [w dialogu ekumenicznym – J.Sz.] osiągany w następstwie zapominania jest złudny, a jedność, która nie lubi prawdy, nie przetrwa”.

Rozłam jest złem, zwłaszcza jeśli prowadzi do wzajemnej wrogości i tym samym do zubożenia chrześcijańskiego świadectwa; ale też kryje się w ludzkich podziałach jakiś „wymiar zrządzenia boskiego”. Podziały są „jakoś” (nie pojmujemy tego naszą wyłącznie ludzką, przyrodzoną nam logiką) „niezbędne dla naszego oczyszczenia”. Oczywiście, nie może tu chodzić o żadne perwersyjne hołubienie zła: musimy czynić wszystko, co w naszej ludzkiej mocy, i z całą dobrą wolą, aby dojść do jedności i być jej godnym. Ale nie jesteśmy w stanie dokonać tego sami, o własnych ludzkich siłach: nie w naszej to mocy, żeby podziały po prostu zniknęły…

Powinniśmy więc na razie szukać (i znajdywać!) „jedności przez różnorodność”, to znaczy pozbawiać rozdarcie jadu, czerpać z rozłamu to, co owocne, brać z różnorodności to, co w niej pozytywne – rzecz jasna po to, by w końcu rozdarcie przestało być rozdarciem, a stało się jedynie pozbawioną raniącej sprzeczności innością. Przede wszystkim nie wolno rozłamu likwidować „na siłę”, w pośpiechu i samemu (z pominięciem cierpliwości wobec działania Boga), za cenę prawdy.

To bardzo charakterystyczne dla myślenia i argumentacji Josepha Ratzingera/Benedykta XVI: wiara jest darem, jest większa niż my. Trzeba ją pielęgnować, szukając autentycznie prawdy; nie wolno samemu chcieć stwarzać (kształtu) wiary i chcieć tym samym nad nią panować. Czyli trzeba tak się obchodzić ze sprawami wiary i religii, żeby ich nie podporządkować sobie (swojemu widzimisię), ale w pokorze uczyć się podlegać im. Wtedy też nie zostanie wygaszone dobywające się z nich światło, większe niż my, światło zdolne rozjaśnić naszą rzeczywistość i pokazać drogę.

Dwie postawy przeciwstawiają się realizacji kościelnej jedności – communio. Jedną z nich jest „konfesyjny szowinizm”, który – wbrew pozorom – nie szuka prawdy, lecz kieruje się przyzwyczajeniami. Kurczowo trzymając się „swojego”, przywiązuje się „głównie do tego właśnie, co kieruje się przeciwko drugiemu”. Drugą jest obojętność w istotnych sprawach wiary. Prawda jest tu postrzegana jako przeszkoda, a kryterium jedności jest Zweckmäßigkeit („dogodność”, ale chyba trafniejszy byłby tu termin „pragmatyzm”) i według tej miary (gra słów w niemczyźnie, bo Maß = miara)zawiera się przymierze w sprawach jedynie zewnętrznych – co nosi w sobie zarodek nowych podziałów.

 

Na razie więc jedyną drogą jest cierpliwy dialog?

 

Ks. J.Sz.: Dialogu i płynącego zeń dobra nie wolno zastąpić ideologią dialogu ani ich z nią mylić. Dialog jest drogą do odkrywania prawdy, jest miłością drugiego i prawdy: pomocą w odsłonięciu drugiemu – a wcześniej samemu sobie – ukrytej głębi tego, co przeczuwa i co sobie uświadomił w swoim własnym religijnym doświadczeniu, a co w spotkaniu z Jezusem Chrystusem (czyli z definitywnym i pełnym Objawieniem Boga) podlega oczyszczeniu, dopełnieniu i spełnieniu. Ideologia dialogu jest natomiast rozumieniem i praktykowaniem dialogu w znaczeniu i kształcie „poprawnościowym”, liberalno-lewicowym. Dialog jest tu zrównany z myśleniem relatywistycznym, myśleniem, które stawia wiarę na jednej i tej samej płaszczyźnie z przekonaniem innych i polega na wymianie relatywnych, równoważnych idei i stanowisk. Celem nie jest tu wspólne szukanie prawdy, ale jedynie integracja poglądów i współpraca. Tak pojęty „dialog” miałby zastąpić „misję”, a oświeceniowa ideologia równościowa miałaby zająć miejsce nawrócenia: wysiłku zwrócenia własnego serca i serca bliźniego ku Prawdzie.

W Granicach dialogu cytował Joseph Ratzinger słowa Jacquesa-Alberta Cuttata, dotyczące „najsubtelniejszej pokusy lucyferycznej”: „Dążyć do tego, by dzięki zjednoczeniu religii uczynić ludzkość szczęśliwszą i lepszą, to jedna sprawa. Z pałającym sercem błagać o zjednoczenie wszystkich ludzi w miłości do tego samego Boga, to inna sprawa. Pierwsza sprawa stanowi najprawdopodobniej najbardziej subtelne pokuszenie diabelskie, które dąży do tego, by sprawę drugą doprowadzić do klęski”.

 

Równocześnie jednak Benedykt XVI chętnie występował tam, gdzie toczy się życie publiczne, wielka polityka. W wypowiedziach „na dzisiejszych areopagach” Benedykt chętnie mówił o niezastąpionej roli religii w oświetlaniu podstaw społeczeństwa i prawa. Tak było w parlamencie brytyjskim, w berlińskim Bundestagu…

 

Ks. J.Sz.: Papież mówił tam, że odniesienie do Boga porządkuje wszystkie inne relacje. Odniesienia ludzi między sobą i do stworzeń są oparte na ich (ludzi) właściwym, pierwszorzędnym odniesieniu do Boga. Tam, gdzie eliminuje się Boga (jako Boga) z kręgu ludzkich spraw, tam człowiek traci boską godność. Benedykt XVI mówi o tym wręcz aforystycznie w jednej z homilii: „Dawniej myśleliśmy i wierzyliśmy, że gdy usuniemy Boga i odzyskamy autonomię, gdy będziemy się kierowali tylko naszymi ideami i własną wolą, wtedy staniemy się prawdziwie wolni, ponieważ będziemy czynili, co sami zechcemy i nikt nie będzie nam rozkazywał. […] Staje się [człowiek «autonomiczny», po «usunięciu Boga», czyli człowiek bez Boga – przyp. J.Sz.] w końcu produktem ślepej ewolucji, a wtedy można się dowolnie nim posługiwać i nadużywać go. To właśnie potwierdziła nasza epoka”.

„Humanizm nieludzki” nie jest, niestety, wyłącznie językowym oksymoronem, pozbawioną logiki frazą-potworkiem, przesadą tak zwanego pesymistycznego kaznodziejstwa (jak chcą niektórzy). Humanizm nie-ludzki, bo bez-bożny; ten związek przyczynowo-skutkowy jest dla Benedykta XVI ujawnieniem jego (nieludzkiego humanizmu) mrocznej tajemnicy i zasady rządzącej jego wewnętrzną sprzecznością – pokazał swoje prawdziwe, śmiercionośne oblicze w XX wieku. Ale i dziś zdaje się nie znikać ze sztandarów ideologii poprawiania świata. Prymat Boga, wiara w Boga, który jest Bogiem prawdziwym, Stwórcą i Zbawcą, chronią nasz świat przed – sięgając po metaforę – wysadzeniem go w powietrze, przed bezbożnością i antyludzką nadgorliwością rewolucjonistów, którzy najpierw pozbywają się Boga, by służyć (rzekomo) ludziom, a potem także ludzi, żeby służyć już tylko własnemu obłędowi. To stały leitmotiv encyklik Benedykta XVI, zwłaszcza Spe salvi.

 

Benedykt kontynuował boje Jana Pawła II z „cywilizacją śmierci” – i w ogóle z tą próbą budowania świata „jakby Bóg nie istniał”. Takie kwestie, jak zezwalanie na aborcję czy eutanazję, dezorganizacja małżeństwa i rodziny, nie znajdowały się na marginesie zainteresowań Benedykta.

 

Ks. J.Sz.: W przemówieniu do kardynałów i pracowników Kurii Rzymskiej w grudniu 2012 roku Benedykt mówił: „W walce o rodzinę stawką jest sam człowiek. I staje się oczywiste, że tam, gdzie dochodzi do zanegowania Boga, zniszczeniu ulega także godność człowieka. Kto broni Boga, ten broni człowieka”. W samym centrum tej obrony znajduje się kwestia aborcji i eutanazji, największa bodaj proludzka i tym samym prorodzinna batalia, jaką toczy współcześnie Kościół (i nie tylko on). Podobnie jest z zagadnieniem in vitro – Ratzinger już przeszło trzydzieści lat temu ostrzegał przed produkowaniem ludzi w probówkach. Sam słyszałem, było to jesienią 1988 roku, na KUL-u, cytował arcymocne w swej profetycznej grozie wersety Fausta i pytał, za Goethem: „prokreacja” z mandatu Stwórcy czy „reprodukcja” w duchu objaśnienia golema z żydowskiej kabały – „Gdy będziecie mogli jak Bóg stworzyć człowieka, wówczas się powie: nie ma już innego Boga na świecie poza człowiekiem…”? Mówił: „Goethe przewidział, że szklany świat homunculusa [golema, człowieka – przyp. J.Sz.], czyli człowieka, który siebie zredukował do reprodukcji, sam się kiedyś nieuchronnie rozbije o rzeczywistość. W ekologicznym kryzysie świata współczesnego słyszy się już chyba coś z brzęku tłuczonego szkła”. Uzurpacja boskości i roli Stwórcy prowadzi do negacji człowieka i stworzenia…

Prawdziwym testamentem pontyfikatu Benedykta XVI jest ostra krytyka ideologii gender, szczególnie dobitna w ostatnich miesiącach przed abdykacją, w grudniu 2012 i styczniu 2013 roku. Problematyka ideologii gender i radykalnego feminizmu pojawiła się jednak już w przemówieniu do Kurii Rzymskiej z 22 grudnia 2008 roku. „Nie należy do przestarzałej metafizyki nauka Kościoła o naturze istoty ludzkiej jako mężczyzny i kobiety i domaganie się, by ten porządek stworzenia był szanowany” – mówił wówczas. Chodzi bowiem o Stwórcę i stworzenie, o wiarę w Stwórcę i wsłuchanie się w język stworzenia. Natomiast „to, co często wyraża się i rozumie pod pojęciem gender, oznacza ostatecznie dążenie człowieka do uniezależnienia się od stworzenia i Stwórcy”. Owszem – zaznaczył Benedykt XVI, z typową dla swoich wypowiedzi równowagą precyzji, ironii i siły – „lasy tropikalne zasługują na ochronę z naszej strony, ale w nie mniejszym stopniu zasługuje na nią człowiek jako stworzenie, w które wpisane jest przesłanie, niebędące zaprzeczeniem naszej wolności, lecz będące jej warunkiem”. Podkreślę: to przesłanie nie jest zamachem/negacją naszej wolności, ale jej warunkiem!

 

Jednym z częstych motywów nauczania Benedykta było ostrzeżenie przed „dyktaturą relatywizmu”. W samej nazwie jest jakieś niezwykłe napięcie: jakiś przymus do tego, żeby niczego nie uznawać za prawdziwe i obowiązujące?

 

Ks. J.Sz.: Walka duchowa toczona na wielu frontach współczesności, głęboko przekuwająca etos, obyczaj i dotychczasowy strumień tradycji (jeszcze nie wiadomo w co, to się dopiero okaże), jest zmaganiem dwóch krain: Bożej i bezbożnej. Orężem są „zmienność” i sama „zmiana”. Ale zmiana nie jest Bogiem, najwyżej może awansować do statusu bożka. Niestety, mówi Ratzinger Seewaldowi w roku 2000, „w naszych czasach liczy się tylko zmienność, elastyczność. I temu chciałbym się sprzeciwić”. Nie wolno zmieniać świata, Kościoła, własnego życia, dostosowując je do zmiennych wymogów chwili, pod wpływem kaprysu, „żeby było inaczej”.

Niestety, istnieje dziś przepaść między wiedzą, moralnością i religią. To właśnie ów rozłam i jego skutki – rozszczepienie Prawdy na wiele „prawd” – powoduje najgłębsze formy dezorientacji i zagubienia współczesnego człowieka, miotającego się między prawdą nauki i prawdą wiary, prawdą moralności i prawdą prawa, prawdą Bożą i prawdą państwa, prawdą publiczną i prawdą prywatną. To jest właśnie owa „pieczęć współczesności”, która za swoje każe przyjąć relatywizm, gdzie wszystko zostaje przyjęte i wszystko odrzucone bez porządkującego wartości i wybory etyczne kryterium prawdy – dostępnej w obu „dotychczasowych” źródłach orientujących ludzkość na sens i przyszłość: w rozumie i wierze.

 

W homilii w sanktuarium maryjnym w Mariazell Benedykt podkreślił bliską sobie myśl, że chrześcijaństwo rozwija się tam, gdzie są uczniowie Pana, którym nie wystarczy „robić to, co inni”. To zachęta do chrześcijańskiego nonkonformizmu. Również wezwanie, byśmy byli „mniejszością kreatywną” dzisiejszego świata?

 

Ks. J.Sz.: Już przeszło czterdzieści lat temu w tekście pod tytułem Dziesięć lat Vaticanum II Joseph Ratzinger pisał: „[…] dążenie do bezkonfliktowego połączenia Kościoła ze światem oznacza, że nie docenia się istoty Kościoła i istoty świata. Bycia chrześcijaninem nie da się przyporządkować racjonalnej strukturze jakiejś epoki; chrześcijanin właśnie dziś musi się nastawić na to, że przynależy do mniejszości i że w dużej mierze stoi w sprzeczności z tym, co jest przekonujące do «wzoru z tego świata» (Rz 12,2). Sensowności tego świata chrześcijanin przeciwstawia zdolność osądu wierzącego rozumu [czyli fundamentu i źródła teologii – J.Sz.]. Zdolność i odwaga przeciwstawienia się, siła do uczenia się bycia w sytuacji mniejszości staje się najbardziej naglącym zadaniem w chrześcijańskiej relacji wobec świata w następnych latach – w odejściu od trendu posoborowej euforii, która właśnie w tej kwestii zbłądziła najbardziej”.

Sztuka chrześcijańskiego życia polega na tym: czuwać, zachować czujność – czyli robić to, o co prosił Chrystus w Ogrójcu. Czuwać, czyli czynić to, co słuszne w oczach Boga, to, co jest prawdą i jej wymaganiem, patrząc ponad natarczywością rzeczy dotykalnych i przemijających, spojrzeniem wolnym, nieskrępowanym, spodziewającym się po Bogu właściwego kryterium i łaski do życia według niego. Stawka jest zawsze wysoka, często najwyższa. Polega ona między innymi na tym, że trzeba pozwolić się odrzucić i tylko wtedy i tylko tak móc znaleźć odrzucony przez budujących kamień, który jest kamieniem węgielnym – Chrystusa.

 

Na zakończenie zapytam jeszcze tak po prostu: co sprawiło, że jako teolog przylgnął Ksiądz Profesor do teologii Josepha Ratzingera, tak wiele starania poświęcił jej rozumieniu i upowszechnianiu?

 

Ks. J.Sz.: Uważam jego myśl, jego pisma – chwała KUL-owi, a dokładnie profesorom Góreckiej i Góździowi za polską edycję „pism wszystkich”, za Opera omnia! – za największą teologię katolicką przełomu XX i XXI wieku. Urzekła mnie jej głębia i niebywała zdolność przechodzenia od refleksji ściśle naukowej i teoretycznej (teologiczno-dogmatycznej i teologiczno-fundamentalnej) do duchowej praktyki chrześcijańskiego życia. Krótko mówiąc: z tej teologii da się żyć... Jest najprzenikliwszym diagnostą naszej ponowoczesnej epoki, z jakim się kiedykolwiek spotkałem, jakiego czytałem. Zresztą jego przenikliwość była i jest dla mnie niezwykle pocieszającym odkryciem. Pocieszającym, bo: może wystarczy trzymać się Boga i chodzić prostymi drogami, poprzestając na małym, czytać i pisać, służyć Bogu i ludziom tym, co się od Stwórcy otrzymało – by posiąść mądrość? Duchową, naukową, życiową?

Kiedy czytałem jego sarkastyczne diagnozy dotyczące nas współczesnych i naszej rozdętej pychą epoki („mędrkujący i zniechęceni”, „nastawienie chwilowo uważające się za nowoczesne” i dziesiątki innych), jego trafiające w punkt zdania o krytyce/reformie Kościoła („Ludzie prawdziwie wierzący nie przywiązują wielkiej wagi do walki o odnowę form kościelnych. Żywią się tym, czym Kościół jest zawsze. […] Gdy krytyka Kościoła nabywa złośliwej goryczy, w gruncie rzeczy działa zawsze ukryta pycha, która dziś zaczyna się już stawać nagminna”), jego wstrząsające zdania na temat istoty cierpienia Chrystusa i nas, zdania rozjaśniające życie, współczesność i moje własne miejsce w niej i zarazem w Bogu – więc kiedy czytałem to wszystko, rozumiałem, że to jest dokładnie to, czego się po teologii spodziewam. I coś więcej jeszcze. I że chcę iść za tym mistrzem, by on mi dalej wyjaśniał i jeszcze dalej mnie prowadził.

Pozwolę sobie na małą wycieczkę w aktualnie badane przeze mnie pasma jego twórczości. Otóż po premierze Wprowadzenia w chrześcijaństwo, czyli najsłynniejszej książki Ratzingera (1968 rok), w Niemczech wybuchła gorąca debata – czytelników, recenzentów, teologów. 42-letni wówczas Ratzinger ostro polemizował z 36-letnim wtedy Walterem Kasperem. Debata jest zresztą zdumiewająca z dzisiejszego punktu widzenia, bo mimo iż pochodzi sprzed pół wieku, czyta się ją jakby dotyczyła dyskusji wokół słynnego wykładu kardynała Kaspera na otwarcie synodu na temat rodziny, synodu, którego owocem jest Amoris laetitia… Ratzinger pisze: „dla tej grupy, która hołduje konsekwentnemu neomarksizmowi, nie istnieje żadna trwała prawda, którą – przyjmując – człowiek mógłby popierać, ale rzeczywistość jest ciągłą zmianą, dlatego stosunek do niej jest aktywnym zmienianiem świata”. I puenta tej kwestii: „Praktyczne zadanie teologii polega dla mnie właśnie na tym, że uczy ona człowieka wierzyć, mieć nadzieję i kochać i otwiera przed nim sens, który pomaga mu żyć […]. Jej właściwa «praktyka» [przeciwstawiona tu «praktyce» polegającej na «ciągłej zmianie», na nieustannych próbach dokonywania zmian – przyp. J.Sz.]polega na tym, że człowiekowi daje ona coś, czego nie są w stanie dać inne «organizacje»”. Ratzinger pyta jeszcze: „Gdzie właściwie w Listach Pawłowych jest napisane, że chrześcijaninowi powinno chodzić o zmianę Kościoła? […] to, co my możemy zmienić w Kościele (a jest tego wiele), jest w nim ostatecznie czymś nieważnym, mianowicie tym, co my sami z niego czynimy. Ważny jest on jednak tylko przez to, co nie pochodzi od nas samych”.

Oto cały On i par excellence katolicki geniusz jego myślenia: to, co w rozumieniu chrześcijaństwa i Kościoła jest zmienne, w gruncie rzeczy jest drugorzędne i nieważne. Istotne i ważne jest niezmienne i trwałe. I zawsze zachowuje aktualność. Czyli: zmieniajmy, reformujmy, ale nie zapomnijmy, że to są sprawy drugorzędne, trzeciorzędne bądź kosmetyczne. Istota jest trwała i nienaruszalna. I ją miejmy głównie na uwadze.

Mozart teologii. Nie ja to określenie wymyśliłem... Jego dzieło teologiczne to prawdziwa summa theologicanova, na miarę przełomu tysiącleci, kombinacja cech, które rzadko występują razem i jeszcze rzadziej chcą ze sobą współpracować: potęga intelektu, kompetencje analityczne, erudycja na niespotykaną skalę, esencjalność myślenia, zdolności fenomenologiczne i wizjonerskie, głęboka, zdolna do zachwytu nuta liryczna, żywa duchowość i duchowe ciepło, pokorna pobożność, precyzyjny i cięty język. No i ta niesłychana przenikliwość... Jego teologiczna szkoła to najlepsza szkoła, do jakiej w życiu chodziłem. Dlatego do niej przylgnąłem, jak Pan to ujął, i stąd tyle mojego starania wokół jej rozumienia i upowszechniania.

 

Dziedzictwo Benedykta XVI nie jest tylko historyczną pamiątką. Jest rozległym orędziem o wszystkich zasadniczych kwestiach życia chrześcijańskiego dzisiaj. Nie jest „głosem z zaświatów”, opowieścią z innych czasów – lecz proroczym głosem na temat prób, przez które przechodzi Kościół od dziesiątków lat i z których musi wyjść zwycięsko. Każdy z nas znajdzie w tym nauczaniu tę jego falę, na której głos papieża-teologa okaże się dostępny i wyjaśniający. Dla jednego będzie to Jezus z Nazaretu, książka pokazująca Ewangelię równocześnie w porządku faktów i wiary; dla innego – wieloletnie katechezy o świętych, znanych i nieznanych; dla jeszcze innego – teologiczne traktaty o Kościele, uczące wierności Objawieniu.

Solidność tego przewodnika, nazywającego się „skromnym pracownikiem winnicy Pańskiej”, może być dla nas jak semafor – pokazujący, gdzie droga jest pewna, a gdzie są manowce. Oczywiście i tak myśl Benedykta XVI nie jest konkurencją dla Biblii i Katechizmu, lecz pomaga przenieść światło tych ostatnich na bieżące sprawy Kościoła. Czasami jest więc również ostrzeżeniem.

 

 

----- 

 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.

 


Ks. Jerzy Szymik

(ur. 1953), teolog i poeta, profesor nauk teologicznych, wykładowca dogmatyki na Uniwersytecie Śląskim, w latach 2004–2014 członek watykańskiej Międzynarodowej Komisji Teologicznej, od 2015 roku członek Komitetu Nauk Teologicznych PAN. Autor wielu książek teologicznych, poetyckich, eseistycznych oraz podręczników. Stale współpracuje z „Gościem Niedzielnym”.