Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.
W dniu dwudziestej rocznicy śmierci Jana Pawła II publikujemy tekst Pawła Milcarka, który powstał niedługo po odjściu polskiego papieża i wyborze jego następcy Benedykta XVI.
Czasami przychodzi moment, że widać jak na dłoni, w jak wielkim stopniu jedna osoba może zaważyć na dziejach wielkich zbiorowości. Taka chwila przyszła wraz ze śmiercią papieża Jana Pawła II. Globalny zasięg żałoby po Papieżu zbiegł się z jej niewymuszoną intensywnością. Szybko ta żałoba została wypełniona przekonaniem, że Papież spogląda na nas z okna Nieba – jednak właśnie wraz z Jego spojrzeniem musimy wracać do świata, w którym umierał Jan Paweł II.
O ile proces umierania Ojca Świętego - rozciągnięty w czasie i odbywający się od dawna także w obecności kamer – był czymś po ludzku skrajnie dramatycznym, o tyle można również powiedzieć, że w ostatnich latach obumierały, na oczach Papieża, także wielkie nadzieje tego pontyfikatu – przynajmniej te, którymi go najczęściej mierzono w mediach. Gdy postęp strasznej choroby wyłączał kolejne ośrodki w organizmie Jana Pawła II, równocześnie zamierały przedsięwzięcia, którym oddał wiele swych cennych sił. Partnerzy ekumenicznego dialogu odeszli od stołu bądź, jak we wspólnotach protestanckich, ku kolejnym etapom ugody ze światem i jego standardami, bądź, jak w prawosławiu, ku starym urazom, których nie leczyły najdalej posunięte gesty samokrytyki, samoograniczenia i otwartości. Także dialog z judaizmem, choć trwa, miał w roku ubiegłym swój smutny „moment prawdy”, gdy jego eksperci – po tej i po tamtej stronie - postawili go na szali przeciw… filmowi Gibsona ilustrującemu Ewangelię o Męce, a w końcu ostrzegali przed rzekomym antysemityzmem samych Ewangelii. Podobny moment prawdy przeszedł też wcześniej dialog Kościoła z azjatyckimi tradycjami religijnymi – gdy w samym Roku Jubileuszowym 2000 wyszło na jaw przy okazji ogłoszonej na polecenie Papieża deklaracji Dominus Iesus, żezaangażowane w ten dialog wolnomyślne elity teologów katolickich wybrały własne ścieżki i nie są już skłonne wyznawać z Kościołem elementarnej prawdy o Chrystusie jako jedynym pośredniku i zbawicielu, a „narzucanie” im tej prawdy traktują jako „niedopuszczalną ingerencję Rzymu”. Na forum publicznym gorzkim niepowodzeniem kończył się dialog Jana Pawła II z instytucjami Unii Europejskiej, w których dość manifestacyjnie odrzucono podnoszone przez Papieża postulaty umieszczenia choćby wzmianki o Bogu i choćby historycznej prawdy o chrześcijaństwie w konstytucji UE – a potem, jeszcze bardziej manifestacyjnie, utrącono kandydaturę komisarską przyjaciela Ojca Świętego, zresztą za to, że przyznał się do tych samych poglądów, co Papież. Gdyby tego wszystkiego było mało, okazało się, że w ramach nowego definiowania „praw człowieka” mieści się już nie tylko wymaganie aborcji jako standardu „zdrowia reprodukcyjnego”, lecz i legalizacja i praktyka eutanazji, w coraz skrajniejszych formach. Gdy kilka dni przed śmiercią Ojca Świętego zgodnie z niepodważalnym wyrokiem sądowym konała Terri Schiavo, watykański dziennik pisał o „agonii człowieczeństwa”. Zbliżała się osobista agonia Jana Pawła II. To prawda, że – jak z emfazą powtórzą dziś nawet komentatorzy, których nie podejrzewano o takie sentymenty – „po Jego odejściu świat stał się gorszy”. Stawał się jednak gorszy już wcześniej, gdy Papież żył – wbrew Niemu, głuchy nawet na Jego najbardziej fundamentalne nauczanie o godności życia ludzkiego.
Oto czarna strona bilansu, przed którą możemy uciec jedynie wtedy, jeśli zdecydujemy się schować głowę w piasek. Z tymi prawdami zostaliśmy skonfrontowani w dniach powolnego odchodzenia Jana Pawła II z tego świata. Co więcej, z najgorszymi z tych gorzkich prawd, dotyczącymi samego Kościoła zostaliśmy zderzeni w ostatni Wielki Piątek przed śmiercią Jana Pawła – gdy prowadzący rzymską Drogę Krzyżową kardynał Ratzinger mówił w przejmującej modlitwie: „Panie, tak często Twój Kościół wydaje się nam tonącym okrętem, łodzią, która ze wszystkich stron nabiera wody. Także na Twoich łanach widzimy więcej kąkolu niż zboża. Przeraża nas brud szaty i oblicza Twego Kościoła”.
Oczywiście jednak to tylko część całościowego bilansu spraw świata i Kościoła w dniach śmierci Ojca Świętego. Obumieranie nie objęło wszystkich wielkich nadziei papieskich. Nie zaskakuje to, że podobno przed śmiercią Papież wspominał spotkania z młodzieżą – którą miał zawsze blisko siebie. Nie chodzi o sam efekt tłumów z tego czy innego spotkania. Przez ponad ćwierć wieku Papież wychował już trochę tę „swoją” młodzież - wbrew przeciwnościom i w proporcji do zaufania, jakie obudził, zainspirował swoiste „pokolenie Jana Pawła II”. Wielu przyszło i poszło – lecz nikt nie zaprzeczy, że w szerokim świecie dają o sobie znać nowe jakości tego pokolenia: specyficzny profil kapłańskiej gorliwości i enklawy rodzinnej otwartości na życie.
Zważywszy meandry lat posoborowych, te nowe jakości związane z „pokoleniem JP2” to po prostu jakby odrosty zielonego życia przebijającego się i znajdującego swą drogę wzwyż często bez naturalnego oparcia w starszych powykrzywianych na różne strony przez posoborowe burze. Burze te nie ustały, a związane z nimi napięcia chyba tylko z powodu osobowości Jana Pawła II nie przeszły wciąż w fazę otwartych masowych rozłamów. W każdym razie są to rozłamy pełzające, tajone dotąd czy to z szacunku dla Papieża, czy to z ostrożności, czy wreszcie ze względu na kościelną odpowiedzialność uczestników sporów. Gorących kwestii jest całkiem sporo, i trudno ustalić jakąś jedną listę i kolejność. Na pewno znajdzie się tu spór o wyjątkowość chrześcijaństwa i niezbędność jego prawdy do zbawienia, o liturgię (kardynała Ratzingera nawoływanie do „nowego ruchu liturgicznego”!), o stosunek do tradycji, o kapłaństwo i celibat, o kierunek aktywności katolików świeckich, o niezmienność nauki moralnej (pole ćwiczebne to kwestia antykoncepcji) i sposób obecności chrześcijan w życiu publicznym, o granice przynależności do Kościoła i o formę wykonywania przez papieża prymatu Piotrowego. W każdej z tych dziedzin podstawowe orientacje pontyfikatu Jana Pawła II uchodziły za umiarkowanie konserwatywne – choć modernizujący progresiści cieszyli się sporym marginesem praktycznej swobody, a konserwatywni ortodoksi musieli się zwykle zadowalać teoretycznymi zakazami i zastrzeżeniami. Pontyfikat zaczął się, gdy centrum znajdowało się zdecydowanie bliżej „partii zmian”, ostatnia faza Pontyfikatu dała wyraźny wzrost energicznym konserwatystom i tradycjonalistom, którzy złapali nowy oddech, lecz całe ćwierćwiecze było po prostu czasem moderowanego napięcia obu skrzydeł.
Wychowane przez poprzedniego Papieża „pokolenie JP2” kształtowało się także na tle tych sporów – czasem w nieświadomości ich stawki, a czasem z aktywnym udziałem po tej czy po drugiej stronie polemiki. Jedną z formujących idei przewodnich było wyprowadzenie tego „pokolenia” poza posoborowe kontrowersje „konserwatystów” i „liberałów” – przez właściwą dla stylu Wojtyłowego próbę wyseparowania i połączenia w czymś jednym najlepszych składników obu tych postaw. Nie zawsze było to możliwe, i wraz z przedmiotami sporów również wewnątrz „pokolenia JP2” układ dwóch skrzydeł nie zanikł, choć na pewno oba z nich mogą odwoływać się, w różnych sprawach w różnym stopniu, do tego samego pontyfikatu.
Mamy więc za co dziękować Ojcu Świętemu Janowi Pawłowi II także i my, tradycjonaliści. To z Jego rąk otrzymaliśmy regulacje wprowadzające na nowo do oficjalnego życia kościelnego liturgiczną tradycję łacińską: indult z 1984, motu proprio Ecclesia Dei z 1988 oraz uznanie żywotności rytu św. Piusa V w liście Ecclesiae unitas z 2001 i ustanowienie administratury apostolskiej w argentyńskim Campos w 2002. Ustanowiona przez Ojca Świętego Papieska Komisja Ecclesia Dei erygowała na Jego życzenie szereg instytutów kapłańskich i zakonnych dla kontynuowania tradycji łacińskiej oraz zabiegała o możliwość celebrowania dawnej liturgii w wielu ośrodkach w świecie. Jesteśmy jednak wdzięczni Janowi Pawłowi II nie tylko za te gesty zwrócone szczególnie do nas, lecz i za wiele wystąpień, które kierowane do całego Kościoła przeciwstawiały się zasadzie zerwania z „przedsoborową” przeszłością Kościoła – za proklamowanie zasady „odczytania Vaticanum II w świetle Tradycji”, za realizujące ten postulat encykliki, adhortacje i listy w stylu Veritatis splendor, Fides et ratio, Dominicae caenae czy Orientale lumen i wiele innych. Z podobnego względu jesteśmy wdzięczni za Katechizm Kościoła Katolickiego. Jest to szczera wdzięczność, złączona z przekonaniem, że wszystkie te akty dobrze służyły całemu Kościołowi – i dobrze przygotowywały na sytuację, w której znajdujemy się obecnie, gdy na czele Kościoła stanął Benedykt XVI.
Gdy po śmierci Jana Pawła II przyszedł nowy Pasterz, jego owce już go znają. Wszyscy bowiem od ćwierć wieku widzieliśmy go blisko Jana Pawła II, poznaliśmy jego styl z kierowania Kongregacją Nauki Wiary, a jego teologię i troskę o sprawy Kościoła – także z jego książek. Długi pontyfikat Jana Pawła II nie mógł znaleźć lepszego pośmiertnego ukoronowania, niż fakt, że na tron Piotrowy wstąpił najbliższy współpracownik zmarłego Papieża, Jego podpora. Jednak nowy Biskup Rzymu jest nam znany nie tylko jako wierny przyboczny Jana Pawła – zawsze rozpoznawaliśmy, można rzec, jego własne rysy twarzy, mogliśmy wiedzieć, jakie jest jego własne wyważone zdanie, wypowiadane z reguły z pokorą i miłością do Kościoła wszystkich wieków, z poczuciem, że „Kościół nie jest nasz, lecz Jego”. Fizjonomię i zdanie kardynała Ratzingera znali dobrze kardynałowie, którzy bardzo szybko i bardzo zgodnie wskazali na niego w trakcie konklawe. Wiedzieli i o jego zasadniczej krytyce relatywizmu (pod wszelkimi, także wewnątrzkościelnymi postaciami), i o sprzeciwie wobec progresistowskiej ideologizacji ostatniego soboru, i o – do niedawna zupełnie osamotnionym w wysokich kręgach kościelnych – głębokim zrozumieniu oraz miłości do łacińskiej tradycji liturgicznej, której „partyzantów” kardynał Ratzinger chronił jak mógł przed rugami nadgorliwców „po-Soboru”. Wiedzieli to kardynałowie (w większości kreowani przez Jana Pawła II), być może nie ze wszystkim tym tak samo się zgadzali – a przecież wybrali właśnie tego człowieka. Powiemy: to widomy znak, że tego wyboru dokonuje nie tylko grupa ludzi. Powiemy też: oto wyrazisty znak czasu dla całego Kościoła. Dla jednych pocieszająca nauka, a dla drugich – można i tak powiedzieć - także nauczka.
Przez ostatnie lata wielu jedynie z trudnością skrywało swój dystans do, z kolei nieskrywanych, „kontrowersyjnych” poglądów kardynała Ratzingera. Nie wypominamy – i nie zapominamy. Po prostu w świeżej pamięci zostały nam twarze niektórych publicystów smutnie wydłużające się na samo wspomnienie kard. Ratzingera jako papabile – a wśród e-maili wysyłanych do redakcji „Christianitas” wciąż jeszcze znajdują się te, których duchowni autorzy uczenie wywodzili, że „poglądy Ratzingera” są jego prywatną sprawą, zwłaszcza że nieraz „pozostają w niezgodzie z oficjalną linią Watykanu”. Hmm… Tak więc, mimo że w Polsce nie prowadzono jakichkolwiek - ani kunsztownych, ani prostackich - polemik z teologiem będącym prefektem Kongregacji Nauki Wiary, na pewno nie brak ludzi, którzy po ostatnim konklawe są nieco zagubieni. Z pewnością, mimo złych instynktów „starszego syna” (zezłoszczonego na serce ojca dla syna marnotrawnego), nie należy i nie wolno dziś czynić niczego, co utrudniałoby tym osobom moralną komunię kościelną z naszym papieżem Benedyktem, a popychało ku gestom antypapieskiej goryczy à la Jacek Żakowski, który w studio telewizyjnym ogłosił, że nowy pontyfikat to gorsza strona pontyfikatu poprzedniego.
Zupełnie niezależnie od treści tych postaw, można zrozumieć psychologiczną trudność jaką mają dziś z papieżem Benedyktem zarówno ci, którzy uwierzyli w medialny fantom kostycznego panzerkardinala, jak i ci, którzy wadzili się z jego „konserwatywną teologią” broniąc przed nią świętego ognia „ducha Soboru”. Teraz jedni odkrywają z dziecięcą radością, że za pielęgnowaną przez nich odpychającą karykaturą niedobrego inkwizytora znajduje się w rzeczywistości dobry człowiek o ujmującym uśmiechu; a drudzy oswajają – kiedyś krytykowany, lecz już nie taki zły - „konserwatyzm” przez zgoła scholastyczne i ogromnie subtelne odróżnianie go od – wciąż złego – „tradycjonalizmu”. Cokolwiek by myśleć o występujących w tych procesach duchowych czy to naiwnościach czy to intelektualnych łamańcach, mogą one być świadectwem budzącego szacunek wysiłku autokorekty lub autentycznego przebudzenia do śmielszego spojrzenia prawdzie w oczy.Jednak nie wszyscy rozwiązują ten swój osobisty problem z kardynałem Ratzingerem w sposób, który zasługiwałby na szacunek. Przekonuje o tym przypadek autora, który nazajutrz po wyborze Benedykta XVI ogłosił w „Gazecie Wyborczej” emocjonalny negatywny komentarz – a kilka dni później znalazł wyjście ze swego zaskakująco samotnego zaułka, ogłaszając, że już nie ma się o co martwić, bo z kardynała Ratzingera „teologa patrzącego ponad głowami ludzi” narodził się papież Benedykt XVI „prawdziwy pasterz”. Powstał w ten sposób model zachowania, który wielu innych zaskoczonych tym wyborem konklawe praktykuje dziś z nieco większym umiarem, widocznie z odruchową ludzką obawą przed śmiesznością: nie musimy zmieniać opinii o Kardynale, gdyż Papież jest już innym człowiekiem, już nie tym znielubionym Ratzingerem. Oto rzekoma „cudowna” przemiana, która w zasadzie powinna uczynić dziesiątki książek, obecnie wznawianych z banderolą: „papież Benedykt XVI”, bezwartościowymi jako źródło poznania nowego papieża. Wszyscy jednak wiemy, że tak nie jest. Priorytety, głębokie przekonania i wielkie pasje Benedykta XVI odkrywamy bez trudu w dziełach teologicznych kardynała Ratzingera – licznych i gęstych.
Znawców tychże dzieł nie ma na razie w Polsce zbyt wielu, lecz na pewno to się zmieni. Jednym ze zrozumiałych i szczęśliwych efektów konklawe jest to, iż obecnie wielu entuzjastów połyka książki Ratzingerowe haustami. Można się spodziewać, że niedługo widok księdza „przemawiającego Ratzingerem” nie będzie dziwny ani na uniwersyteckim wydziale, ani na parafialnej sumie. To pocieszająca perspektywa. Ważne, by ten entuzjazm nie wypalił się w banale powtórzeń fraz o zagrożeniu relatywizmem. Myśl Ratzingerowska jest głęboka – i bywa śmiała, wymagająca śmiałości od jej adepta. Najlepiej widać to w jej nurcie najściślej związanym z młodzieńczym dojrzewaniem jej autora – to znaczy w rozważaniach dotyczących liturgii. Kto chce naprawdę zrozumieć, o co mu chodzi, powinien uwzględniać tę liturgiczną pasję, a raczej dać się nią zarazić. Skoro tak ważna jest dziś analiza osobistych doświadczeń, które kształtują to, jak się myśli i co się myśli, spróbujmy dojść do tego pierwotnego doświadczenia wybitnego teologa, który wyznał, że jego religijne wychowanie „dokonywało się dzięki rodzinnym modlitwom i kościelnym nabożeństwom”1. Oto odpowiednia strona jego wspomnień:
Fascynującą przygodą było zagłębianie się w tajemnicę świata liturgii, która rozgrywała się na ołtarzu przed nami i dla nas. Stawało się dla mnie coraz bardziej jasne, że spotykałem tam rzeczywistość, której nikt nie zmyślił, której nie stworzył ani jakiś urzędnik, ani wielka jednostka. Ta tajemnicza struktura tekstu i akcji wyrosła poprzez stulecia z wiary Kościoła. Niosła ze sobą ładunek całej ludzkiej historii i była jednocześnie czymś więcej niż tylko jej produktem. Każdy wiek pozostawił tam swoje ślady. Wstępy pozwalały rozpoznać to, co pochodziło z czasów wczesnego Kościoła, ze średniowiecza i z czasów nowożytnych. Nie wszystko było logiczne, czasami zawikłane i trudne w orientacji. Ale właściwie przez to struktura ta była cudowna i dziwnie przejmująca. Oczywiście jako dziecko nie rozumiałem szczegółów, ale moje obcowanie z liturgią było postępującym procesem dorastania do rzeczywistości, która przewyższała wszelkie indywidualności i pokolenia i dawała ciągle okazję do nowych przeżyć i odkryć. Niewyczerpane bogactwo liturgii katolickiej towarzyszyło mi przez wszystkie okresy życia, dlatego będę jeszcze do tego tematu powracał2.
Można pozazdrościć – tym bardziej, że dzisiaj to, co w tym świadectwie zostało opisane jako najsilniejsze przeżycie, w znacznym stopniu wyparowało z katolickiej liturgii, nie jest już tak powszechnie dostępne jak w opisywanych wyżej czasach. Po wielu latach dwuznacznej „odnowy posoborowej” miejsca, w których liturgia katolicka sprawowana byłaby w swej przyzwoitej integralności, z czytelnymi oznakami ciągłości i teocentryzmu, są bardzo rzadkie – natomiast miejsca, do których można po prostu przyjść i zobaczyć dokładnie tę samą Mszę, która tak mocno formowała obecnego papieża – tradycyjną Mszę z Mszału św. Piusa V - ograniczają się do kaplic tradycjonalistów, otoczonych kordonem restrykcji i uśmieszków. To dziwna i zasmucająca sytuacja, świadcząca o tym, że po Soborze „w miejsce liturgii, będącej owocem nieprzerwanego rozwoju, przyszła liturgia sfabrykowana. Odrzuciliśmy organiczny, żywy proces wzrostu i wielowiekowego rozwoju i zastąpiliśmy go – jak to się ma w procesie produkcyjnym – fabrykacją, banalnym produktem chwili”3. Co więcej, „ogłoszenie zakazanym mszału, który był wypracowywany przez wieki, poczynając od czasów sakramentarzy Kościoła starożytnego, spowodowało wyłom w historii liturgii i jego następstwa mogły być tylko tragiczne”4. „Wspólnota, która wszystko, co dotychczas było dla niej najświętsze i najszczytniejsze, ni stąd, ni zowąd uznaje za surowo zakazane, a tęsknotę za tymi zakazanymi elementami traktuje wręcz jako nieprzyzwoitość, stawia samą siebie pod znakiem zapytania. Bo właściwie jak człowiek ma tu jej jeszcze wierzyć? Czy dzisiejsze nakazy nie staną się jutro zakazami?”5. „Liturgia musi zachować swą wielką ciągłość, swą ostateczną nienaruszalność, dzięki której rzeczywiście spotykam w niej tysiąclecia, a poprzez nie samą wieczność – wtedy wciągam się we wspólnotową uroczystość, która jest czymś innym niż program wymyślony przez jakąś komisję czy komitet organizacyjny”6.
W zakończeniu swoich wspomnień kard. Ratzinger pisał: „Jestem przekonany, że kryzys Kościoła, jaki obecnie przeżywamy, zależy w dużej mierze od rozkładu liturgii… Dlatego potrzebujemy nowego ruchu odnowy liturgicznej, który przywróci do życia prawdziwe dziedzictwo Soboru Watykańskiego II”7. Trzeba bowiem wiedzieć – to również zdanie tego samego autora wypowiedziane w długim wywiadzie na temat liturgii – że „reforma liturgiczna Pawła VI, dokonana po Soborze, była jednym z możliwych zastosowań [konstytucji] „Sacrosanctum Concilium”, ale nie jedynym. Soborowy tekst o liturgii nie sprowadza się do tej reformy. A jeśli ktoś wypowiada jakąś krytykę względem tej reformy, nie krytykuje przez to z konieczności Soboru, ale pewną jednostronność w jego wprowadzaniu”8.
Tak więc wszystkie drogi prowadzą do… Ducha liturgii, jednej z najważniejszych książek kardynała Ratzingera – pracy, o której w największym stopniu można powiedzieć, że zrodziła się „z potrzeby serca”. Niechętne, mrukliwe, a najczęściej milkliwe przyjęcie, jakie zgotowali jej, także w Polsce, mandaryni liturgiki, źle wróży ewentualnej akcji naprawczej podejmowanej dziś względem liturgii siłami wykwalifikowanej kadry. Odbijało to kontrastowo od dobrego przyjęcia książki Kardynała przez elity młodszego duchowieństwa i w ogóle przez katolicką inteligencję, zresztą z różnych horyzontów. „Wielką radość sprawiła mi książka kard. Josepha Ratzingera Duch liturgii, która wyraża moje niepokoje dużo mądrzej, niż byłbym w stanie to zrobić” – pisał nie gdzie indziej niż w “Więzi” ks. Jacek Dunin-Borkowski9. „Jestem całym sercem za postulatem kardynała Ratzingera, który mówi o potrzebie reformy samej reformy watykańskiej” – mówił o. Tomasz Kwiecień OP w wywiadzie-rzece o Mszy świętej10. I następująco diagnozował sytuację: „Z jednej strony mamy więc do czynienia z pogardą dla tradycji, manifestowaną na ogół przez pokolenia starsze, z drugiej – wielu ludzi młodszych ode mnie kontestuje postawę zerwania z tradycją. Nie jest przypadkiem, że środowiska katolickich tradycjonalistów to ludzie przed trzydziestką”11. Jednak po takich głosach z reguły następowała cisza – lub bolesne westchnienia w rodzaju wypowiedzi rzecznika Ruchu Światło-Życie: „Ze smutkiem stwierdzam, że dziś coraz częściej posoborowa odnowa liturgii jest podważana”12. Całkowicie obok rzeczywistości opisywanej w sposób dramatyczny przez kard. Ratzingera biegły też sobie dalej równiutkim ściegiem druku okrąglutkie słowa: „Największym osiągnięcem reformy [posoborowej] było przywrócenie liturgii ludowi Bożemu. Dziś wierni mogą uczestniczyć w liturgii w sposób świadomy i czynny i przez to włączać się w nieustannie toczącą się historię zbawienia. Odnowiona liturgia stała się dla ludzi wierzących otwartą przestrzenią zbawczego dialogu z Bogiem”13. Uff, a więc nie ma żadnego strukturalnego kryzysu?
Niestety – jest. „Sprawy zaszły tak daleko, że kręgi liturgiczne majstrują dla siebie liturgię niedzielną. Rzecz, którą się nam tam oferuje, z pewnością jest produktem paru bystrych, sprawnych ludzi, którzy sobie coś wykoncypowali. Ale nie znajduję w nim już sacrum, które mnie sobą obadarza, lecz sprawność kilku ludzi. I widzę, że nie tego szukałem. Że to za mało – i nie z tej półki”14.
W ostatnich latach Kardynał mówił wiele razy, jak rozumie postulowaną przez siebie „reformę reformy”, czyli naprawę liturgii powszechnie dziś celebrowanej na mocy posoborowej reformy liturgicznej. Odróżniał dwa etapy. W pierwszym chodzi przede wszystkim o proces wychowawczy: zaprzestanie radosnej twórczości celebransów, liturgistów i ekip liturgicznych – „abyśmy znów poczuli szacunek dla liturgii, którą nikt nie ma prawa manipulować”. W drugim etapie mogłaby nastąpić naprawa samych form posoborowej liturgii, „można będzie dostrzec, gdzie … zbyt wiele zostało wykreślone – tym sposobem związek z całą historią Kościoła na powrót stanie się bardziej wyraźny i żywy”. To wszystko jednak nie zrobi się samo. „Powiedziałbym, że tak jak ruch liturgiczny, który doprowadził do Soboru Watykańskiego Drugiego, narastał powoli – a potem szybko stał się nawałnicą – tak również tutaj ważne jest, by impuls wyszedł od wierzących i celebrujących. By istniały wzorowe miejsca, gdzie liturgia jest właściwie celebrowana, gdzie można ją wspólnie przeżywać. Gdy swego rodzaju ruch zrodzi się z potrzeby wewnętrznej, a nie jako coś narzuconego odgórnie, będzie mógł nadejść ten drugi etap. Myślę, że nowe pokolenie tu i ówdzie wyrusza już w tym kierunku”15.
Skoro zasadniczego rozstrzygnięcia dotkliwej kwestii liturgii nie można się spodziewać po jednym czy dwóch dokumentach albo po jakiejś jednej decyzji papieskiej, jakie znaki mogłyby świadczyć o tym, że debaty o „reformie reformy” nie są bezowocne? Jedynie znaki należące do praktyki liturgicznej. „Wzorowe miejsca”, o których mówił kard. Ratzinger, powstaną tam, gdzie w tym właśnie kierunku współpracować będą z łaską Bożą konkretni kapłani i świeccy, czy to w Pcimiu, czy to w stolicy. Tak naprawdę sporo zależy po prostu od wiary, że to jest ważne, ważniejsze od wielu spraw, do których przykłada się dziś z reguły większe znaczenie. Można mieć nadzieję, że pontyfikat Benedykta XVI wskaże na liturgię jako na „źródło i szczyt” życia Kościoła, w papieskim Rzymie i w katolickim Pcimiu.
Co można i trzeba zacząć robić, zrozumie każdy czytelnik Ducha liturgii. Zapewne potrzebne będą dziesiątki lat nawrócenia ku „duchowi liturgii", pracy edukacyjnej i reform struktur. Ale już dziś powszechne prawo liturgiczne — mimo swoich ułomności — daje szereg możliwości, aby poprawiać to, co się da poprawić. Większość z tych możliwości, zapominanych lub lekceważonych, przekreślanych via facti, polega na swoistym samoograniczeniu celebransa, umiarze i wyrzeczeniu; inne zakładają jednocześnie jego roztropność i męstwo. Myślę, że od zaraz jest możliwe ograniczenie — choćby tylko we własnych celebracjach — zgubnego nawyku „twórczości" i lekceważenia liturgicznego ordo. Księża mogliby nie mnożyć swoich, zwykle dość banalnych, wstawek w postaci przywitań, zapowiedzi, komentarzy — a dać po prostu mówić liturgii, używając jej niezmienionych formuł. Następna sprawa: czy nie jest możliwe, aby powstał wśród księży prąd praktycznego stosowania (a nie tylko deklarowanego umiłowania) Kanonu Rzymskiego, przez wszystkie znane nam wieki jedynej modlitwy eucharystycznej używanej na Zachodzie? Znam księży, którzy używają tej czcigodnej modlitwy. Od nawyku takiego celebrowania prywatnego należałoby przejść do upowszechnienia tej praktyki we Mszach „z ludem", zwłaszcza niedzielnych. Wymaga to co prawda pokojowego sforsowania pewnych uprzedzeń, lecz chyba przede wszystkim przełamania lenistwa i ducha łatwizny. Dalej: ważne byłoby powstrzymanie się od zbanalizowanej, ucodziennionej koncelebry, traktowanej jako standard. Intencją Soboru było wyraźnie dopuszczenie jej w określonych wypadkach, gdy rzeczywiście daje ona obraz zjednoczenia różnych stopni święceń w akcie liturgicznym (zwłaszcza gdy koncelebrze przewodniczy biskup). Dziś każdy kapłan teoretycznie zachowuje prawo do celebracji indywidualnej — czy nie można z tego prawa korzystać, mimo niezrozumienia, wzruszania ramion? I jeszcze jedno: kluczowe znaczenie ma ponowne odkrycie i umiłowanie celebracji orientowanej — w której celebrans i lud kierują się razem w jedną stronę, ku Panu, który przychodzi. W pisanej dziesięć lat temu przedmowie o pracy ks. Klausa Gambera o znaczeniu celebracji zwróconej ku wschodowi Kardynał pisał: „Wspólny dla kapłana i wiernych kierunek modlitwy … powstał ze spojrzenia zwróconego ku Panu, prawdziwemu słońcu. W liturgii przeżywamy zapowiedź Jego powrotu, kapłan i wierni wychodzą Mu na spotkanie. Tak więc kierunek modlitwy wyraża teocrentryczny charakter liturgii, jest bowiem posłuszny napomnieniu: Zwróćmy się ku Panu!”16 Jeśli naprawdę gdzieś nie ma możliwości, aby kapłan przy ołtarzu stanął po stronie ludu, a twarzą versus Dominum, należałoby korzystać z ułatwiającej, skromniejszej propozycji kard. Ratzingera: niech na ołtarzu stanie krucyfiks. „Powinien on stać na środku ołtarza oraz być punktem skupiającym wzrok kapłana i modlącego się zgromadzenia. … Do prawdziwie absurdalnych zjawisk ostatnich dziesięcioleci zaliczam fakt, że krzyż jest odstawiany na bok, aby nie zasłaniał kapłana. Czy krzyż przeszkadza Eucharystii? Czy kapłan jest ważniejszy od Chrystusa? Ten błąd należy naprawić możliwie jak najszybciej”17.
Rezygnacja z osobistej ingerencji w ryt, nawyk odmawiania Kanonu Rzymskiego, traktowanie jako normę celebracji indywidualnej, ponowne odkrycie wspólnej orientacji celebransa i wiernych - już te cztery kroki dałyby bardzo dużo. A przecież, także w ramach obecnego prawa powszechnego, można jeszcze więcej: używać łaciny w niektórych częściach Mszy, zabiegać o choćby podstawowy repertuar chorału gregoriańskiego (Kyrie, Gloria, Credo, Sanctus, Agnus Dei, Ite missa est); przejąć z tradycji liturgicznej pewne wymowne gesty kapłańskiej pobożności (nikt przecież nie zabroni celebransowi trzymać po konsekracji złączonych palców, którymi dotykał przed chwilą Ciała Pańskiego... Podobnie nikt nie zabroni mu odmawiać przed Mszą w kościele Psalmu 42 Introibo adaltare Dei); ściszać głos w trakcie Kanonu (może wystarczyłoby nieużywame wtedy mikrofonu?)... „Ku zmartwieniu niektórych liturgistów powiedziałem w 1978 roku, że cały Kanon wcale nie musi być zawsze odmawiany głośno. Chciałbym po długim zastanowieniu powtórzyć to tutaj z naciskiem oraz w nadziei, że po dwudziestu latach znajdzie się więcej zrozumienia dla tej tezy. … Nie jest prawdą, iż pełne, nieprzerwane głośne odmawianie Modlitwy eucharystycznej jest warunkiem uczestnictwa wszystkich w tym centralnym akcie święta Eucharystii. … Kto kiedykolwiek znalazł się w kościele zjednoczonym w cichej modlitwie Kanonu, ten doświadczył, czym rzeczywiście jest wypełniona cisza”18.
Można się spodziewać, że są i w Polsce księża rzeczywiście wrażliwi na ducha liturgii, i że nie zniechęci ich ostracyzm, konformizm czy inercja. Z pewnością niektóre zasadnicze posunięcia — zarówno w sferze aktów prawodawstwa, jak i zmiany klimatu — zawsze będą należały do Rzymu. Ogromnie ważna, w pewnym sensie decydująca, jest postawa biskupów w diecezjach. W każdym razie w epoce kultu „prekursorów" umiarkowane i zdecydowane prekursorstwo w odzyskiwaniu zagubionych bogactw tradycji liturgicznej nie powinno nikogo gorszyć. Trzeba tylko trochę cywilnego i kapłańskiego męstwa w wykonywaniu prawa powszechnego, nieograniczonego do „celebry w małych grupach” czy odprawiania sine populo. W niektórych przypadkach chodzi zresztą po prostu o wykonywania wyraźnych poleceń soborowej konstytucji o liturgii, na którą częściej się powoływano niż ją rzetelnie referowano. „Z punktu widzenia zwykłego wiernego dwoma najbardziej oczywistymi skutkami reformy liturgicznej Drugiego Soboru Watykańskiego wydają się być zniknięcie łaciny i zwrócenie ołtarzy ku ludowi. – napisał kard. Ratzinger w jednym z ostatnich tekstów przed wstąpieniem na tron Piotrowy. - Ci, którzy przeczytają odnośne teksty, będą zaskoczeni – o żadnej z tych zmian nie ma mowy w dekretach Soboru. Użycie języka narodowego jest oczywiście dozwolone, szczególnie w Liturgii Słowa, ale w tekście soborowym owo zezwolenie poprzedza reguła ogólna, która brzmi: „W obrządkach łacińskich zachowuje się używanie języka łacińskiego, poza wyjątkami określonymi przez prawo szczegółowe” (Sacrosanctum Concilium, 36 § 1). W tekście soborowym nie ma nic o odwracaniu ołtarzy ku ludowi; ten punkt poruszają tylko posoborowe instrukcje”19.
Cokolwiek jednak działoby się z „reformą reformy” (która dotyczy liturgii zreformowanej za pontyfikatu papieża Pawła VI), w jej punkcie wyjścia znajduje się dziś sprawa, która staje się – także w optyce Kardynała – kryterium wiarygodności całego przedsięwzięcia: „Dla właściwego kształtowania świadomości liturgicznej ważne jest również, by w końcu zerwać z deprecjonowaniem obowiązującej do 1970 roku formy liturgii. Każdy, kto się opowiada za dalszą obecnością tej liturgii czy bierze w niej udział, jest dziś traktowany jak trędowaty - tutaj kończy się wszelka tolerancja. Czegoś podobnego nie było w całej historii Kościoła - przekreślono przecież jego całą przeszłość. Jak w takim razie można dowierzać jego teraźniejszości? Jeśli mam być szczery, to nie rozumiem również, dlaczego tylu biskupów w znacznej mierze podporządkowało się temu nakazowi nietolerancji, który bez przekonujących racji staje na przeszkodzie niezbędnemu pojednaniu wewnętrznemu w Kościele”20. Tak więc, o ile proroctwa na temat niesprecyzowanej przyszłości „reformy reformy” mogą ostatecznie nic nie kosztować, o tyle opowiedzenie się za możliwością dalszego celebrowania liturgii tradycyjnej jest zawsze, już w tej chwili, konkretnym świadectwem obrony dziedzictwa liturgicznego. Nie chodzi tu zresztą wyłącznie o skądinąd ważne świadectwo o tym, że „w całej swej historii Kościół nigdy nie zniósł, ani nie zakazał prawowiernych form liturgicznych, co byłoby całkowicie obce Duchowi Kościoła”21. Stosunek do „starej liturgii” mówi z reguły coś znacznie więcej, gdyż zachowanie praktycznej możliwości odprawiania Mszy trydenckiej „jest najmocniejszym, a stąd najtrudniejszym do zniesienia, sprzeciwem wobec opinii tego, kto sądzi, że wiara w Eucharystię sformułowana przez Trydent utraciła swoją ważność”22. Jak widać, można osobiście „nie tęsknić” za liturgią trydencką – jednak metodyczne jej lekceważenie oraz mściwe jej unicestwianie z reguły zdradza pewną duchową chorobę i budzi podejrzenia o wiarę w ofiarny charakter Mszy i realną obecność Chrystusa w Eucharystii. A to już są zasadnicze kwestie wiary. Może się więc okazać, że żywe spory o obecność tradycyjnej liturgii kryją w sobie coś więcej niż różnice w ocenie samej formy. Być może tu i tam dotykają samego rdzenia wiary eucharystycznej Kościoła.
Kardynał Ratzinger podsuwa tę refleksję zwłaszcza tym, którzy osobiście czują się zadomowieni w liturgii zreformowanej, o jej stan się martwią – a obecność liturgii tradycyjnej traktują co najwyżej jako kwestię rozszerzania pewnego rezerwatu. Czy w kontekście wyżej przedstawionej sugestii nie powinni zmienić zdania i, swoiście bezinteresownie, zatroszczyć się o trwanie dawnej liturgii – właśnie dla dobra całego Kościoła? Kilka lat temu w czasie Dni Liturgicznych w Fontgombault Kardynał postawił tę samą kwestię w zastosowaniu do tradycjonalistów: „Znam bardzo dobrze wrażliwość wiernych, którzy kochają tę liturgię [trydencką] – to również po trosze moja własna wrażliwość. … Wydaje mi się, że powinniśmy w każdym razie unikać tego, aby ta liturgia znalazła się zamrożona w lodówce dla pewnego gatunku osób”23. To dobro i skarb dla całego Kościoła. Tę prawdę wyraził kard. Ratzinger bardzo dobitnie, gdy kilka lat temu wyposażył w swoją przedmowę wznowienie starego „przedsoborowego” mszalika dla wiernych – i życzył, by jego używanie przyczyniało się do zrealizowania intencji Soboru Watykańskiego II…
Tu w jakimś sensie wracamy do pierwotnego doświadczenia, którego opis podano wyżej: fascynacji liturgicznej młodego Josepha Ratzingera. Chodzi przecież o to, by także dziś młody człowiek ze zwykłej rodziny - choćby w prowincjonalnej miejscowości, a nie w jakimś wyjątkowym „miejscu wzorcowym” czy ekskluzywnej wspólnocie – mógł w związku ze swą parafialną Mszą doznać „ekscytującego przeżycia, gdy wnika w tajemniczy świat”24 liturgii i uczyć się „przyjąć formy, które otrzymaliśmy jako dar”25 w nieprzerwanym ciągu wieków.
Czy w Polsce jest świadomość wagi tej sprawy? Przyznajmy, że dość mizerna. Oczywiście są tu ludzie w ogóle niezainteresowani dotykaniem tej sprawy teraz, pod Benedyktem XVI – ich marzenia szły zawsze w stronę kolejnych wersji liturgii fabrykowanej przez oświecone komisje lub „tworzone” przez natchnione zespoły. Są też inni, kompletnie na kwestię liturgii niewrażliwi, uznający ją za warstwę zupełnie drugorzędną, wręcz dekoracyjną - o ile tylko „Msza jest ważna”, a konsekracja dokonała się choćby w kociokwiku czy wewnątrz „ewangelizacyjnego” show. Pozostaje reszta, która wiąże logicznie obecne słabości chrześcijaństwa także z desakralizacją sakralnego „języka” liturgii - ludzie ci dostrzegają sprzężenie zwrotne: desakralizacja wprowadza do kultu styl po prostu niegodny Boga Trzykroć Świętego, a równocześnie dąży do zniesienia napięcia – bolesnego i twórczego, lecz przede wszystkim rzeczywistego – między darem z nieba a kondycją tego świata, między łaską i grzesznikiem. Pierwsze prowadzi do profanacji, a drugie stępia świadomość walki duchowej, osłabia wagę czytelnego świadectwa w chwilach próby i głoszenia narodom prawdy Chrystusa jako jedynej pełnej Prawdy, która wyzwala i zbawia. Liturgia jest źródłem i szczytem życia chrześcijańskiego – jeśli więc, nawet przy zachowaniu ważności sakramentalnej, przeniknie ją modernistyczna desakralizacja, może działać niejako wbrew sprawowanemu sakramentowi, stając się źródłem zatrutym i tracąc strzelistość szczytu. Wciąż żywi swych uczestników sakramentem, lecz duchem swoich słów i gestów nieustannie dezawuuje jego prawdę.
Można się zadziwić, że w większości komentarzy publikowanych na łamach polskiej prasy „na powitanie Benedykta XVI” nie dostrzeżono wśród priorytetów kardynała Ratzingera kwestii liturgicznej – i nie dostrzeżono jej pierwszeństwa w stosunku do innych ważnych kwestii. Zamiast więc podjąć wysiłek zrozumienia hierarchii spraw zaznaczonej w myśli kardynała, który stał się papieżem, każdy pisze o tym, co mu bliskie – lub o tym, co łatwiej mu przechodzi przez gardło, nie naruszając zbytnio oswojonych idei. Prawdę mówiąc, jeśli tak dalej pójdzie, dowiemy się od niektórych entuzjastów nowego papieża, że głównym przedmiotem troski obecnego Benedykta XVI był zawsze rozwój nowych wspólnot albo konflikty ekonomiczne na linii Północ-Południe. Tymczasem, choć nikt nie kwestionuje np. pewnej otwartości kardynała Ratzingera względem potencjału ewangelizacyjnego nowych ruchów, trudno porównywać ten ważny wątek z naprawdę szerokimi i osobiście zaangażowanymi rozważaniami o liturgii, czyli dziele Bożym: jako świadectwie nieprzerwanej ciągłości „Kościoła wszystkich czasów” i jako formie wyznawania wiary w Najświętszy Sakrament sformułowanej dogmatycznie przez Sobór Trydencki. Prawda to także właściwe proporcje w referowaniu obiektywnych faktów.
W tym kontekście należałoby wrócić do postawionej kilka miesięcy temu także w tym miejscu kwestii „archipelagu ortodoksji radykalnej”. Fakt istnienia takiej spójni między katolickimi tradycjonalistami, duszpasterstwem Opus Dei, ruchami w rodzaju Communione e Liberazione, niektórymi środowiskami charyzmatycznymi lub oazowo-rodzinnymi i wieloma innymi wspólnotami – można uznać za pewny w kontekście zaangażowań ich członków w przestrzeni debaty publicznej, wspólnych wystąpień w obronie cywilizacji życia i swoiście analogicznych świadectw radykalizmu chrześcijańskiego życia. Nie wszystkie drogi są tu od razu proste – i nie wszystkie są podobne. Wspólne bywa nastawienie – gdy zamiast ogólnych impresji o „duchu Soboru” szuka się solidniejszego pożywienia Katechizmu, czy idzie na całość w obronie i krzewieniu cywilizacji życia. Nazwanie tej zarysowującej się więzi „ortodoksją radykalną” jest równocześnie próbą skrótowego opisu jej podstawowych tendencji (skrzyżowania katechizmu z dynamizmem życia) oraz wyzwaniem dla wszystkich, których ona obejmuje lub miałaby objąć.
Ortodoksja to pełne, radosne i szczere przylgnięcie umysłem i wolą do wszystkiego, co Kościół wszystkich czasów nauczał jako prawdę konieczną do zbawienia. Radykalizm to odważne wchodzenie z wiarą coraz głębiej w życie, nawet w trudne dylematy współczesności, umiejętność i chęć mocowania się z realnym życiem, a nie z jego imitacjami. Można domniemywać, że jeśli się jest katolikiem, to przyjęcie postawy radykalnego nawrócenia musi doprowadzić do naturalnej potrzeby ortodoksji; a odkrycie ortodoksji domaga się radykalnego nawrócenia. Gorzej jeśli pierwotny radykalizm wyradza się w lekceważenie prawdy, np. na rzecz przeżyć, a odkryte światło ortodoksji zaczyna służyć jedynie do oślepiania innych. Jednak spotkanie obu składników – światła ortodoksji i gorąco radykalizmu – daje cudowną syntezę duchowego ognia: światło, które nie poraża, lecz przy którym można się ogrzać, oraz ogień, który nie kopci, lecz oświetla drogę. Oto sekret, jak być „integrystą w wierze, a progresistą w miłości”. Zapewne jedni idą ku niemu od strony „integryzmu” ortodoksji, a drudzy od strony „progresizmu” radykalnego świadectwa. O ile jedni i drudzy się nie będą zatrzymywali, będą coraz mocniej odczuwali i solidarność, i możliwość wymiany dobra z tymi, którzy przychodzą z przeciwnego kierunku. Wcale nie jest pewne, że wszyscy spotkamy się w archipelagu ortodoksji radykalnej – za to jest możliwe, że wielu z nas spotka się w nim po przejściu swojego odcinka drogi i po oczyszczeniu ze swojej charakterystycznej ciasnoty, będącej karykaturalnym rysem właściwej duchowości, który utrudnia naszym duchowościom służenie całemu Kościołowi. Każdy z nas powinien przestać szkodzić Kościołowi swoją własną ciasnotą – a tym mocniej służyć mu tym, co w naszej katolickiej duchowości najbardziej katolickie.
Istnieje więc założenie wspólnej wiary katolickiej – która „bez uczynków jest martwa”.
Istnieje domniemanie, że przyjmuje ona, jak zawsze w ciągu wieków, niekiedy skrajnie różny kształt duchowości, czasem równocześnie zanurzonych w podobnym doświadczeniu, a jednak z trudem się tolerujących (jak niegdyś dominikanie z franciszkanami).
Istnieje też obserwacja, że dzisiejsze zasadnicze typy duchowości katolickiej nierzadko pozostają z sobą w bolesnej zwadzie.
Istnieje wreszcie podejrzenie, że zwada ta wynika po części ze wspomnianych wyżej różnic tyleż nieusuwalnych, co drugorzędnych – a po części z tego, że każda z tych duchowości (tradycjonalistyczna, konserwatywna, neokatechumenalna czy charyzmatyczna) jest po swojemu dotknięta wielkim kryzysem duchowym wieku XX, każda w trochę inny sposób – i każda po swojemu z nim walczy, niekiedy rozpoznając wrogów i przyjaciół zupełnie po omacku, przez siatkę ułomnych intuicji26, a z drugiej strony narażając się na opór rzeczników leniwej inercji, konformistycznego „pokoju z tym światem” lub wręcz modernistycznego zaadaptowania chrześcijaństwa do ideologii nowoczesności.
Istnieje wreszcie dojmująca potrzeba, by w takim razie nie walczyć ze sobą, lecz walczyć ze wspomnianym kryzysem, co najwyżej dostarczając sobie wzajemnie deficytowe medykamenty duchowe oraz oczyszczając się dzięki świadectwu katolickiego życia i wzajemnemu braterskiemu upomnieniu.
Wydaje się, że każdy kto głębiej przemyśli pierwsze cztery z wyżej wymienionych punktów – i uzna prawdziwość trzeciego – przyjmie konkluzję zawartą w ostatnim, piątym, za swoją własną. Wtedy odkrywany dziś Archipelag Ortodoksji Radykalnej zostanie uznany za wspólne dobro, a nie za ewentaulne pole podbojów czy realizacji własnych interesów partykularnych środowisk.
Jednym z trudnych sprawdzianów dla spójni Archipelagu będzie z pewnością odniesienie jego składników do liturgii jako duchowego priorytetu obecnego papieża Benedykta XVI. W trakcie publicznej debaty na temat Archipelagu Paweł Lisicki postawił tu zasadniczy znak zapytania, zwracając uwagę, że przypisywane do Ortodoksji Radykalnej nowe wspólnoty przyjmują na ogół entuzjastycznie możliwości dawane w ramach nowej liturgii – podczas gdy środowiska konserwatywne i tradycjonalistyczne są tu albo zdecydowanie powściągliwe, albo wręcz krytycznie odnoszą się do samych efektów reformy posoborowej. Rzeczywiście, trudno nie zauważyć tej rozbieżności, lecz nie warto poprzestać na jej stwierdzeniu. Po wspomnianej wyżej debacie ktoś z jej uczestników, zadomowiony duchowo w liturgii zreformowanej, powiedział mi, że niezależnie od różnicy w odniesieniu do efektów reform posoborowych wspólny dla nas jest sprzeciw wobec desakralizacji służby Bożej i dbałość o sakralną godność liturgii. Oto pewna wspólnota ważnych idei i intencji, w jakimś sensie zastępująca wspólnotę konkretnego doświadczenia i odniesienia do tej samej szaty liturgicznej. Można mieć nadzieję, że wraz z pontyfikatem Benedykta XVI tę wspólnotę idei uda się nieco ukonkretnić – po obu stronach – wspólną życiową interpretacją soborowej konstytucji o liturgii, zgodną z rozumieniem tego dokumentu nie wbrew, lecz zgodnie z wielką tradycją liturgiczną Kościoła zachodniego. To właśnie z tej wspólnej interpretacji życiowej wynikałaby zarówno gotowość do „reformy reformy” w zakresie rytu nowego (aby wrócił do większej wierności dyrektywom Soboru), jak i doceniana przez wszystkich wolność dla rytów tradycyjnych (aby w zupełnie nowej sytuacji mogły służyć po dawnemu Kościołowi – jednym jako codzienny pokarm życiowy, innym jako inspirujące świadectwo bogactwa duchowości katolickiej, a wszystkim - jako drogowskaz Tradycji w ocenie reform).
Zadanie ukonkretnienia pewnej wspólnoty podstawowych idei liturgicznych nikogo nie pozostawia bezrobotnym – dla każdego środowiska jest w jakimś stopniu wymagające wysiłku i nowej otwartości. Wziąwszy pod uwagę naturalne zjawisko zróżnicowania duchowości, celem nie jest unifikacja albo szukanie gotowości do kompromisu polegającego na „przycinaniu” poszczególnych rytów, aby podobały się wszystkim lub wszystkich pociągały. Natomiast fundamentalnie ważne wydaje się osiągnięcie szczerej zgody w czterech punktach, które można by sformułować jako wspólne przylgnięcie do powtarzanych przez Kościół trydenckich sformułowań dogmatów o ofierze Mszy i o realnej obecności Chrystusa w Eucharystii, uznanie za bazę w rozpoznaniu zdrowego pluralizmu wewnątrz rytu rzymskiego tego, co mieści się wyraźnie w soborowej konstytucji Sacrosanctum Concilium (zarówno gdy chodzi o klauzulę nienaruszalnego uznania dla obrzędów tradycyjnych, jak obowiązujące wszystkich normy ogólne, jak i konkretne wskazówki dotyczące reformy), uznanie prawomocności wszystkich ksiąg liturgicznych, które zostały wydane legalnie przez Stolicę Apostolską, rzeczywisty szacunek dla dziedzictwa liturgii tradycyjnej, traktowanej jako punkt odniesienia w ocenie rozwoju liturgii dzisiaj i także dlatego uważanej praktycznie za potrzebny składnik liturgicznego życia kościołów lokalnych, dostępny wszystkim, którzy tego pragną.
Można się spodziewać, że wśród tych czterech punktów dla jednych z naszych przyjaciół problemem będzie praktyczne pożegnanie się z wizją „zdrady Ewangelii” przez Kościół średniowiecza i Soboru Trydenckiego oraz marzeniem o wszelakim „powrocie do epoki przedkonstantyńskiej” – a dla drugich uznanie, że niezależnie od śladów, jakie zostawiły zakulisowe matactwa teologów, którzy skończyli jako heretycy, nauczanie ostatniego soboru pozostaje dla wszystkich punktem odniesienia jako uroczysty głos ogółu katolickiego episkopatu złączonego z Biskupem Rzymu. Jedni powinni zrozumieć, że to, co traktują od lat już rutynowo, jako normę, jest być może efektem powtarzanych nadużyć, do których przywykliśmy i które nawet legalizowano. Drudzy muszą pojąć, że poza „oazami” liturgii tradycyjnej nie rozciąga się pustynia – i że nieraz oazami katolickiego życia duchowego są ośrodki budowane na szczerej „wierności Soborowi”.
Różnice w podejściu do liturgii biorą się zresztą nie tylko z żałosnego dziedzictwa reformatorskich nadużyć, lecz i z dominujących w różnych sektorach katolicyzmu polsjkiego trzech różnych kluczy w ocenie przeżywanej liturgii: dla jednych jest nim tradycja, czyli dziedziczenie form ostemplowanych od wewnątrz pobożnością wieków; dla drugich – autentyczność, jako opór przed rutyną i skoncentrowanie na istocie; dla jeszcze innych – swojskość lokalnej pobożności, która wiąże cały system „języka” służby Bożej z doświadczeniem ojczyzny ziemskiej. Choć pierwszy z tych kluczy wydaje się najbardziej teologiczny, dwa pozostałe – antropologiczny i socjologiczny – mogą go mu dobrze sekundować. W obecnych warunkach jednak często się sobie przeciwstawiają: zwolennicy skrajnej autentyczności nie mają zrozumienia dla rytu jako takiego, a rzecznicy swojszczyzny z reguły ograniczają swoje zainteresowanie liturgią do jej otoczki ludowych nabożeństw czy pieśni i ich patriotycznego przekazu. Na pewno byłoby wskazane przywrócenie każdemu z tych kryteriów właściwego mu miejsca.
Oczywiście potrzebne jest także pewne oczyszczenie pamięci. Jest faktem, że przez wiele trudnych lat tradycjonaliści byli zupełnie samotni w dostrzeganiu zasadniczych braków liturgii zreformowanej – i że z tego właśnie powodu traktowano ich nieraz jak ludzi wykluczonych z Kościoła, nawet wtedy gdy mogli się bez trudu powołać na równie krytyczne wypowiedzi prefekta Kongregacji Nauki Wiary, albo cytować przejmujące przeprosiny Jana Pawła II za nadużycia reformy posoborowej. Zresztą także w przypadku faktycznego nieposłuszeństwa części tradycjonalistów, należących do ruchu abp. Lefebvre’a, sytuacja nie jest tak prosta jak chciałoby wielu. W samym ogniu konfliktu z Bractwem Św. Piusa X kard. Ratzinger mówił w roku 1988 w specjalnej konferencji do biskupów Chile: „Nawet mimo absolutnej pewności, że winy nie można przypisać Stolicy Świętej, naszym obowiązkiem jest zastanowić się nad nami samymi, nad tym, jakie błędy popełniliśmy, jakie błędy popełniamy nawet teraz. … Jednym z podstawowych odkryć teologii ekumenizmu jest to, że schizmy mogą się pojawić tylko wtedy, gdy w Kościele przestano żyć pewnymi prawdami i pewnymi wartościami wiary chrześcijańskiej, gdy przestano je kochać. Prawda, która ulega marginalizacji, staje się autonomiczna, pozostaje poza całością kościelnej struktury, a następnie tworzy się wokół niej nowy ruch. Musimy zastanowić się nad faktem, iż spora liczba katolików, o wiele wykraczająca poza wąski krąg Bractwa Lefebvre’a, postrzega tego człowieka jako w pewnym sensie przewodnika, a przynajmniej jako użytecznego sprzymierzeńca. Nie da się przypisać wszystkiego motywom politycznym, nostalgii czy mniej ważnym czynnikom kulturowym. Przyczyny te nie są w stanie wyjaśnić przyciągania odczuwanego nawet przez młodych – szczególnie przez młodych – pochodzących z wielu całkowicie różnych narodów, otoczonych przez całkowicie odmienne rzeczywistości polityczne i kulturowe. Wprawdzie prezentują oni to, co z każdego punktu widzenia jest oglądem ograniczonym i jednostronnym, ale bez wątpienia fenomen tego rodzaju byłby nie do pomyślenia, gdyby nie działały tu dobre elementy, elementy, które, ogólnie rzecz biorąc, nie znajdują dostatecznej możliwości życia w dzisiejszym Kościele”27. Tak więc, schizma abp. Lefebvre’a mogła się pojawić i znaleźć obrońców tylko dlatego, że w Kościele przestano żyć pewnymi prawdami i przestano je kochać.
Ubolewamy nad tą schizmą, mamy wzmocnioną nadzieję na jej uleczenie – ale na tym nie koniec. Pozostaje nauka o tym, czy i gdzie próbowano wyciągać praktyczne wnioski, o których mówił kardynał Ratzinger: kto ostrzegał przed duchowymi chorobami, reagował na nie, a kto wolał się izolować przed prawdą o nich tłukąc w termometr, czyli w „schizmatyków-lefebrystów”, traktowanych gorzej niż poganin i celnik. Przecież zamiast rozpatrzeć się uczciwie w tym, co czyni kaplice lefebvrystów i ich wydawnictwa czymś atrakcyjnym, zatykano uszy, mnożono polemiki oparte na ignorancji i nieuczciwości, w przerwach panreligijnych kongresów dialogowych przypominano uroczyście o strasznych skutkach bycia na Mszy „u schizmatyków”, ich stoiska usuwano z ekumenicznych kiermaszy, książki ich wydawnictw tropiono zaciekle promując zarazem w ramach wydawnictw katolickich teksty otwartych heretyków, wraz z mistrzem dialogu księdzem Tischnerem zastanawiano się, po samarytańsku, nad tym, „co zrobić w sytuacji, gdy ktoś przyjmuje tę samą doktrynę co Lefebvre, a tylko nie wyświęca kapłanów” (kłopot polega na tym, że nie można go wtedy tak łatwo ogłosić wykluczonym z Kościoła)28.
Pewne negatywne reakcje na „tradycjonalistów” można oczywiście złożyć jeszcze na karb emocji wywoływanych również kostycznym i złośliwym sposobem bycia niektórych reprezentantów Bractwa Św. Piusa X. Trudno tym jednak wytłumaczyć ciasny, zimny, a czasem złośliwy stosunek do tych wiernych, którzy prosili swoich pasterzy o zastosowanie do nich – w zamyśle papieża Jana Pawła II „hojne i wspaniałomyślne”29 – wolności sprawowania tradycyjnej liturgii we Mszy świętej, w chrzcie ich dzieci, w zawieranych małżeństwach, w pogrzebach bliskich, w I Komunii dzieci. Można by ułożyć pęczniejące teczki z listów, które nie uzyskiwały żadnej odpowiedzi, lub z negatywnych odpowiedzi, które ograniczały się do przypomnienia, że w Kościele „obowiązują wszystkich” księgi liturgiczne zatwierdzone po Vaticanum II. Za tymi teczkami stoją konkretne ludzkie tęsknoty, pragnienia i cierpienia, kwalifikowane w pewnym dokumencie papieskim jako „uprawnione pragnienia”30 – bardzo rzadko starano się w nich dostrzec, by powtórzyć jeszcze raz Kardynała, dobre elementy, które nie znajdują dostatecznej możliwości życia w dzisiejszym Kościele. Znacznie częściej uznawano, że chodzi o elementy, którym możliwości życia w dzisiejszym Kościele zdecydowanie nie należy stwarzać – które zasługują co najwyżej na swoistą eutanazję poprzez odłączenie od kościelnej aparatury. „Niestety, tolerancja nawet dla ekstrawaganckich igraszek, jest u nas niemal nieograniczona, podczas gdy praktycznie nie ma czegoś takiego jak tolerancja dla dawnej liturgii. Z całą pewnością jest to błędna droga”31. Niestety, jest to droga, która przeszła także w poprzek polskiej ziemi, przez życie konkretnych ludzi i ich rodzin, przez życie konkretnych kapłanów i kandydatów do kapłaństwa. Na szczęście obok tego wygodnego traktu dyskryminacji przebijała się trudniejsza ścieżka normalności – której symbolami, złączonymi z imionami ordynariuszy, może być dziś trwałość duszpasterstwa tradycyjnego u warszawskich ojców redemptorystów (z pielgrzymką Christianitas do Czerwińska) oraz regularna celebracja Mszy tradycyjnej na Wawelu.
Czy dziś przyjdzie nareszcie kres tej dziwnej sytuacji, gdy nieraz energie Kościoła marnowały się w bratobójczych wykluczeniach? Dzisiejsze prawo kościelne jest już i tak dość szerokie, by kto chce (!) mógł próbować zmieścić w zwykłym nurcie życia kościelnego wszystkie dobre elementy, elementy, które – jak dotąd - nie znajdują dostatecznej możliwości życia w dzisiejszym Kościele. To kwestia otwartości na obecność w Polsce instytucji, jak Bractwo Kapłańskie Św. Piotra, powołanych przez Stolicę Apostolską właśnie dla kultywowania liturgicznej i duchowej tradycji łacińskiej. To także kwestia realistycznych rozstrzygnięć kanonicznych, które otworzyłyby przestrzeń normalnego życia dla katolików tradycji łacińskiej, wraz z ich rodzinnymi świętami chrztu, małżeństwa czy pierwszej Komunii. Być może pewne generalne rozwiązania przyjdą ze strony Stolicy Apostolskiej, w której – także za sprawą ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary – dojrzewa od lat projekt pełnej wolności dla starej Mszy i powołania administratur apostolskich rytu tradycyjnego. Jednak, prawdę mówiąc, te spodziewane regulacje nigdy nie zastąpią szerokości umysłu i otwartości serca u wszystkich osób zaangażowanych w tę sprawę na poziomie „terenu” kościołów lokalnych, gdzie można już dziś zrobić bardzo wiele dla „liturgicznego pojednania, które ponownie uzna jedność historii liturgii i przyjmie Sobór Watykański II nie jako wyłom, ale moment ewolucyjny”32.
Paweł Milcarek
Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.
W ostatnich tygodniach „cuda działy się w naszych oczach”, także na polskiej ziemi. Jednak nie mylmy cudu ze sztuczką magiczną. Świat i Polska nie zmieniły się w ciągu paru dni jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zostały natomiast dotknięte łaską, która przemienia po to, by dać nowe możliwości sercu człowieka. Możliwości – a nie gotowe fakty, gdyż te ostatnie mają być skutkiem współdziałania człowieka z dawaną łaską. Także Benedykt XVI nie ma w sobie nic z wszechmocnego czarodzieja – jego laska pasterska nie przemieni świata jednym dotknięciem. Za to może otworzyć bramy nowych możliwości, przekraczając próg zawężanych nadziei ziemskich. Tego możemy się spodziewać po wybitnym teologu, którego w sędziwym wieku uczynił Bóg ziemskim ojcem wierzących, a którego liczne książki zamigotały teraz nowym blaskiem nadziei wbrew nadziei.
1 Kard. J. Ratzinger, Sól ziemi, 1997, s. 41.
2 Kard. J. Ratzinger, Moje życie, 1998, s. 20-21.
3 Card. J. Ratzinger, Simandron. Der Wachklopfer Gedenkschrift für Klaus Gamber, 1989 – cyt. „Nova et Vetera“ nr 1(2) 1995, s. 32.
4 Kard. J. Ratzinger, Moje życie, s. 132.
5 Kard. J. Ratzinger, Sól ziemi, s. 152.
6 Kard. J. Ratzinger, Sól ziemi, s. 151n.
7 Kard. J. Ratzinger, Moje życie, s. 133.
8 „L’Homme nouveau” z 7 X 2001, cyt. „Christianitas” nr 9 (2001), s. 5.
9 Ks. Jacek Dunin-Borkowski, Msza święta infantylna, „Więź”, gdudzień 2002, s. 47.
10 Błogosławione marnowanie, Kraków 2003, s. 258.
11 Tamże, s. 257.
12 Krzysztof Jankowiak, Tęsknota za liturgią naprawdę odnowioną, „Więź”, luty 2003, s. 109.
13 Ks. Dariusz Kwiatkowski, Watykańska odnowa liturgii, „Więź”, grudzień 2002, s. 19.
14 Kard. J. Ratzinger, Bóg i świat, Kraków 2001, 382.
15 Kard. J. Ratzinger, Bóg i świat, Kraków 2001, 383.
16 Kard. J. Ratzinger, w: Klaus Gamber, Zwróćmy się ku Panu!, Poznań 1998, s. 5.
17 Kard. J. Ratzinger, Duch liturgii, Poznań 2002, s. 77.
18 Kard. J. Ratzinger, Duch liturgii, 190.
19 Kard. J. Ratzinger, w: U.M. Lang, Turning towards the Lord, San Francisco 2004 – cyt. “Christianitas” nr 19/20, 2004, s. 352.
20 Kard. J. Ratzinger, Bóg i świat, 383.
21 Kard. Ratzinger, Rozproszyć obawy przed dawną liturgią, „Christianitas” nr 1/2, 1999, s. 16.
22 Kard. J. Ratzinger, Teologia liturgii, „Christianitas“ nr 9, 2001, s. 23.
23 Kard. J. Ratzinger, Bilans i perspektywy, „Christianitas” nr 9, 2001, s. 146n.
24 Kard. J. Ratzinger, Sól ziemi, 41.
25 Kard. J. Ratzinger, Bóg i świat, 384.
26 Na czym mogą polegać przeszkody w odnajdywaniu wspólnoty chrześcijańskiego radykalizmu ponad genealogiami przed- i posoborowości, możemy zrozumieć czytając np. następujący fragment przesłania, które w zastępstwie Kiko Arguello wygłosił do uczestników ubiegłorocznego Zjazdu Gnieźnieńskiego Stefano Gennarini, „odpowiedzialny za Drogę Neokatechumenalną w Polsce”: „Sobór jeszcze nie dotarł do parafii. Nie wystarczy tylko odwrócić ołtarz, jeśli potem mamy robić tylko to, co robiono przedtem. Jest to kwestia życia i śmierci – wprowadzenie Soboru, widzimy to ciągle. Na przykład w Holandii… Wiecie, że Holendrzy są bardzo dzielni, podjęli Sobór w sposób potworny. Doszło tam do polaryzacji: na północy nie sposób już odróżnić parafii katolickich od protestanckich, są w rękach świeckich, kobiety praktycznie pełnią rolę proboszczów itp... Na południu, zobaczywszy cały ten bigos, dostrzegli całą tę płaską, straszną kulturę, która dochodzi do głosu, kiedy brak nadprzyrodzoności, nie ma życia wiecznego, gdzie liczy sie tylko ciało, zdrowie, dom... I zrobili tak, jakby Soboru nie było, dalej celebrowali mszę plecami do ludu, księża noszą sutannę. (…) Mówię to, dlatego że to jest pokusa, żeby myśleć, że zamykając się na odnowę soborową, zatrzymując to co było przedtem… To jest iluzja, bo kultura, która nadchodzi, nadchodzi i tak. To jest przegrana bitwa… Musimy bardzo dobrze to zrozumieć, że nie zamykając się, lecz ewangelizując, mając odwagę głoszenia Ewangelii w jej radykalności, na pewno!” (http://www.euroforum.pl/euroforum/?MID=7320). Można by rzec, że szczery radykalizm i wynikająca z niej strategia ewangelizacji mieszają się tutaj z zapewne dość zakorzenionymi przesądami posoborowymi, magią „wprowadzenia Soboru” (za cenę życia i śmierci), pewną postacią dziejowego determinizmu i – co najważniejsze – z zawartą w zapleczu skrajnie negatywną oceną dobrych kilkunastu wieków „Kościoła przedsoborowego”. O wiele łatwiej byłoby nam rozmawiać bez tych obciążeń.
27 Kard. J. Ratzinger, Uwagi do biskupów Chile – konferencja z 13 lipca 1988 (http://www.ratzinger.it/modules.php?name=News&file=article&sid=79).
28 Por. Dzieci Soboru zadają pytania, 1996, s. 389.
29 Jan Paweł II, motu proprio Ecclesia Dei.
30 Jan Paweł II, motu proprio Ecclesia Dei.
31 Kard. J. Ratzinger, Sól ziemi, 153.
32 Por. Kard. J. Ratzinger, Moje życie, 133.
(1966), założyciel i redaktor naczelny "Christianitas", filozof, historyk, publicysta, freelancer. Mieszka w Brwinowie.