
Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.
■ Bez większego oddźwięku przeszła dokonana 17 września przez polski Kościół Prawosławny kanonizacja Męczenników Katyńskich, wśród nich przede wszystkim ks. mjr. Szymona Fedorońki, naczelnego prawosławnego kapelana Wojska Polskiego. Poruszającym świadectwem dobrowolności ofiary księdza była odmowa przyjęcia godności w rosyjskim prawosławiu, oferowana mu przez Sowietów. Naczelny kapelan świadomie postanowił dzielić los żołnierzy, którym służył i z którymi służył, i zginął z nimi w Katyniu. Wierność owczarni połączył z wiernością Rzeczypospolitej, potwierdzając swe patriotyczne przekonania, w imię których działał przed wojną w Stowarzyszeniu Polaków Prawosławnych. Niezwykłe świadectwo zostawiła jego rodzina. Wszyscy trzej synowie, typowi przedstawiciele pokolenia wojennego (urodzeni w latach 1918-22), przed wojną uczniowie warszawskiego Liceum Władysława IV, gdy przyszła niemiecka okupacja – poszli do wojska, w konspiracji czy na obczyźnie. Orest i Wiaczesław, podchorążowie Armii Krajowej, polegli w powstaniu warszawskim. Aleksander zginął parę miesięcy wcześniej, w czasie lotu Dywizjonu 300 nad Mannheim.
Nie chodzi o to, by z historii tej polskiej łemkowskiej rodziny czynić kapliczkę „różnorodności”. Oni nie oddali życia za wymyśloną Polskę bez właściwości, ale za taką, jaka była. Ks. Fedorońko nie głosił wielowyznaniowości, tylko domagał się uznania polskiego charakteru polskiego prawosławia, które – jak powtarzał – może wnieść ważne wartości w życie Rzeczypospolitej. Bezsensowne byłyby dywagacje na temat typowości czy przypadkowości ich losu, bo trudno z tak spójnego wspólnego świadectwa czynić przypadek. A nawet jeśli historia tej rodziny jest szczególna (a jest, bo niewiele innych było tak doświadczonych przez podwójną okupację) ważny jest narodowy realizm – takie rodziny, takie historie, były. Taka jest historia katolickiej Polski, której los dzielą nie tylko katolicy.
■ Gdy po gaśnicowym wybryku posła Brauna przypomniałem ofiarę życia, którą w Katyniu złożył mjr Baruch Steinberg, naczelny rabin Wojska Polskiego i weteran Polskiej Organizacji Wojskowej, zwolennicy Grzegorza Brauna reagowali wzruszeniem ramion. A przecież rabin Steinberg nie był jedynym Żydem, który oddał wtedy życie za Polskę.
Owszem, czym innym jest używanie faktów przeciw faktom, na przykład do zaprzeczania kontestacji Państwa Polskiego przez znaczące nurty opinii mniejszości narodowych, a czym innym – zaprzeczanie patriotycznej wierności wielu Polaków, wywodzących się, czy po prostu należących – do tych mniejszości. Czym innym jest krytyczna roztropność – czym innym zatrzaskiwanie drzwi bliźnim. Tym bardziej – zaprzeczanie Polakom ich dowiedzionej polskości.
Katolickie państwo wyznaje wiarę w swych aktach publicznych, a nie wyklucza tych obywateli, którzy wiary tej nie dzielą. Jego otwartość to solidarna tolerancja, co dyktuje – jak uczył Pius XII – „większe dobro”. Poprzez właściwe instytucje, akty i obyczaje daje wyraz swej katolickości, ale nie zaprzecza udziałowi we wspólnocie Rzeczypospolitej tych, którzy nie we wszystkim uczestnicząc w jej duchowej czy historycznej tożsamości, dzielą na swój własny, wypracowany w historii, sposób naszą wspólnotę losu.
Jako państwo właśnie, wspólnota powszechna, dla wszystkich znajduje miejsce. Świadczy prawdzie, nie odrzuca ludzi. Właśnie o tym opowiada Hanna Malewska w swej historii „Panów Leszczyńskich” – od Rafała starszego, który przewodził protestanckim dysydentom, po Wacława, Prymasa Polski, który bronił niepodległości u boku Jana Kazimierza w czasie szwedzko-protestanckiego najazdu. Albo Zofia Kossak w finałowej scenie „Błogosławionej winy”, gdy ekskomunikowany (a noszący przydomek Pobożny!) wojewoda Mikołaj Sapieha sprzeciwia się protestanckiemu małżeństwu Władysława IV, bo „nie może być dwóch różnych wiar (…) pomiędzy królem i narodem, ani między królową i poddanymi”. Na okrzyki protestantów: „Nienawiść do różnowierców mówi przez niego, nic więcej!” – wojewoda im odpowiada:
„Nienawiść! Dalekim od niej. Przypomnę niezapomniane słowa wielkiego kanclerza, Jana Zamoyskiego (…) «Dałbym sobie prawą rękę odciąć – mówił onże kanclerz – byle was wszystkich móc ujrzeć papieżnikami. Ale dałbym sobie odciąć obie ręce w waszej obronie, gdyby kto sumieniom waszym gwałt zadawał» … Przypomnę też wskazania księdza Skargi, zwanego Młotem na Ariany, któren mówił: «Złe heretyctwo, ale natury chwalebne, złe odszczepieństwo, ale krew miła» … Tak myślę jako oni obaj… Dalekim od nienawiści…”.
To jest Polska. W Sejmie katolickiej Rzeczypospolitej mogły się toczyć takie debaty.
■ W ostatnim monarchicznym polskim parlamencie, Radzie Stanu powołanej przez Radę Regencyjną w lutym 1918 roku, oprócz nominatów i członków z wyboru zasiadało także z urzędu sześciu katolickich biskupów-ordynariuszy, dwóch superintendentów ewangelickich (luterański i kalwiński) i warszawski rabin-senior. Oczywiście zdecydowanie przeważającą większość Rady stanowili katolicy, tym niemniej członkowie zasiadający z urzędu (wiryliści) gwarantowali reprezentację społeczności, którym bezwzględna demokracja obecności bynajmniej by nie gwarantowała.
W tym samym czasie Rada Regencyjna wydała dekret „w przedmiocie przysięgi dla ministrów, urzędników, sędziów i adwokatów”, który stanowił m.in., że „osoby wyznania mojżeszowego wygłaszają rotę przysięgi, mając głowę nakrytą i trzymając Torę w ręku lub kładąc na niej dwa palce”.
Zarówno ustawę, jak dekret, podpisał na pierwszym miejscu arcybiskup-regent Aleksander Kakowski, rok później został kreowany kardynałem przez papieża Benedykta XV
Wszystko to było echem polskiej historii, ale również – dawnej katolickiej Europy.
■ O Jakubie III, Starszym Pretendencie i zięciu Jakuba Sobieskiego, Maria Niemojowska trafnie napisała, że „dla swej religii poświęcił szansę panowania”. Ostatni Stuartowie byli bezkompromisowymi katolikami; bezkompromisowymi – gdy chodzi o własny obowiązek. Papieże odpłacali im solidarnością, czego pamiątką jest wspólny grobowiec Stuartów w bazylice świętego Piotra w Rzymie, na początku lewej nawy. Tam również spoczywa Klementyna Sobieska, wnuczka zwycięzcy spod Wiednia, żona Starego Pretendenta.
Wspomniana już Niemojowska zwraca natomiast uwagę, że Jakub III, prawdziwy bohater wiary, przez całe życie na swym emigracyjnym dworze w Rzymie „dbał z niezmierną skrupulatnością o utrzymanie równowagi między swymi katolickimi i protestanckimi zwolennikami, sprawiedliwie rozdzielając różne funkcje i dworskie godności”. Angielski pastor, który odwiedził dwór Starego Pretendenta, był zaskoczony, że anglikańscy dworzanie mają tam (w papieskim Rzymie!) swą kaplicę i kapelana, który z kolei zapewnił go, iż król Jakub jest prawym człowiekiem „wrogim jakimkolwiek religijnym dyskryminacjom, tak że na ten temat nigdy ani jedno słowo nie pada w tym domu”.
Tak było w czasach „kontrreformacyjnego absolutyzmu”, w papieskim Rzymie, na dworze wygnanego katolickiego monarchy.
Ale czy mogło być inaczej? Pouczająca jest inna jakobicka historia. Gdy syn Jakuba III, Karol Edward Stuart, poderwawszy do powstania szkockich górali, wkroczył do Anglii – młodzież Manchesteru sformowała „regiment angielski”, zwany też, ku chwale miasta, Manchesterskim. Zaciągnęło się doń grono katolików, ale również „niezaprzysiężonych” anglikanów, wiernych sprawie Stuartów (od przeszło pół wieku nawróconych już na katolicyzm). Wśród anglikańskich ochotników było trzech synów niezaprzysiężonego anglikańskiego biskupa, Thomasa Deacona. Wszyscy oddali życie za swego katolickiego suwerenna: młodszy Tomasz na szafocie, Robert krótko po powstaniu w więzieniu, a zaraz po nich najmłodszy, Karol, na wygnaniu na Jamajce.
■ Wróćmy jednak do Polski, gdzie w tej różnolitej Polsce jesteśmy my, Polacy-katolicy?
Jedną z najważniejszych książek wydanych w ostatnich latach była dla mnie „Ślachta” Macieja Falkowskiego. Czytałem ją, a właściwie przeżywałem, jak „Pana Tadeusza”, jak powrót do lat dziecinnych, albo – jak jeszcze jedną podróż do rodziny na wieś pół wieku temu. Z Gorzowa najpierw pociągiem do Krzyża, potem z Krzyża do Warszawy, z Warszawy do Tłuszcza, z Tłuszcza do Ostrołęki, a stamtąd, już PKS-em, do Suska, a właściwie chyba na przystanek Zamość i stamtąd, piechotą, obok krzyża, który nasza wieś postawiła – na drugi koniec Suska Nowego do rodziny, do Pawłowskich.
Doskonale znam świat, o którym pisał Falkowski. Świat, którego „rytm wciąż wyznaczają dwa kalendarze: rolniczy i kościelny”. Naszą okolicę, gdzie od pokoleń mieszkali Pawłowscy, Orłowscy, Małkowscy, Zarębowie i Camletowie. Skąd się wzięli ci ostatni? Jakiś szkocki żołnierz ożenił się z mazurską jedynaczką i osiadł na gospodarstwie jej rodziców? Tego nazwiska – oprócz północnego Mazowsza – jest jeszcze sporo w Stanach; ale skąd tam przyjechali – z Highlandów czy znad Narwi? Nikt tego nie wie, bo „nie ma to już większego znaczenia. Drobnoszlacheckie dziedzictwo przejawia się tutaj (…) w niekoniecznie uświadomiony sposób”. Wiele razy, gdy mówiłem, że mama pochodzi spod Ostrołęki, słyszałem – a to z Kurpiów! Gdy w końcu ją zapytałem, odpowiedziała mi: „Nie, oni mają piękne odpusty w Myszyńcu i bardzo ładne obyczaje, ale my nie jesteśmy Kurpiami”. My mieszkaliśmy na południe od Narwi.
W rodzinnej gminie mojej mamy, w Rzekuniu pod Ostrołęką, przeciw włączeniu Rzeczypospolitej do Unii Europejskiej padło 42 % głosów (dwa razy więcej niż w kraju), w Jabłonnie Lackiej, rodzinnej gminie mojego ojca, jeszcze więcej – 56 %. Szczególnie w czasach młodości skłonni jesteśmy przeceniać wyjątkowość własnych przekonań. Gdy czas mija – coraz lepiej rozumiemy ich społeczny kontekst. Gdy rodzice w domu opowiadali o powojennej partyzantce, o oddziale kpt. Kamieńskiego- „Huzara”, który kwaterował w chłopskiej chacie moich dziadków Jurków – myślałem, że to powszechne doświadczenie. Potem, patrząc na mapy – powstania styczniowego i powojennego oporu antykomunistycznego – zrozumiałem z jak szczególnej ziemi mam szczęście pochodzić. Tak, Falkowski ma rację, jesteśmy „inni”, jakkolwiek osobliwie miałoby to brzmieć. Choć jeszcze bardziej osobliwe są deklamacje o „różnorodności”, o „szacunku dla innych”, tych, którzy Polaków postrzegają jako szarą niezróżnicowaną masę.
■ XX-wieczne życie mazowieckich zaścianków można by zaś streścić w triadzie Wiara-Rodzina-Praca. A gdzie w tym Ojczyzna? Wszędzie: w obowiązkach wobec Boga i bliźnich, w rodzinnym przekazie pamięci narodowej, w pokornym (albo jak ktoś chce wznioślej – heroicznym) podejmowaniu trudu życia. „Ciężka fizyczna robota od wschodu do zachodu słońca, wynikająca wprost (…) z Bożego nakazu była (…) całym życiem. Jedyną, nie licząc regularnej modlitwy, odpowiedzią na wszechogarniającą biedę i przeciwności losu i jedynym, nie licząc poświęcenia się rodzinie i nadziei na za życie wieczne, sensem egzystencji człowieka na tym świecie. (…) Antyteza lenistwa, bezczynności, jednego z najgorszych możliwych grzechów”.
„W ich biografiach – chwilę wcześniej pisze Falkowski – na próżno szukać bohaterskich czynów, choć nie dlatego, że ich nie było. Po prostu inaczej opowiadali o tym, co ich w życiu spotkało. (…) Przeprowadzenie uciekających do ZSSR przed Niemcami Żydów przez zieloną granicę czy uratowanie oficera przed Katyniem nie było w ich oczach bohaterstwem, ale przyzwoitością. W swoim rozumieniu postąpili po prostu po chrześcijańsku”.
A sprawa niepodległości? Byli z reguły gotowi na każde jej wezwanie, choć po każdej klęsce tłukli dzieciom do głów, żeby się pochopnie nie narażać i pamiętać, że tylko na rodzinę w biedzie można liczyć, a że i tak nikt nas nie zmieni, póki zachowujemy wiarę. Po czym, gdy historia znowu przyspieszała, ich dzieci wypełniały ten sam obowiązek, by potem przed jego podjęciem przestrzegać następne pokolenie.
Wiara pozostawała nienaruszona, była stałą busolą, a przede wszystkim gwarancją tożsamości. Praca zaś była atawistyczną reakcją na groźbę społecznej degradacji, szansą na dumne potwierdzenie praw, nawet jeśli honor i dumę nazywano, bardzo nieprecyzyjnie, „ambicją”. I była konieczną alternatywą dla kolaboracji, nazywanej u nas po prostu „karierowiczostwem”.
Zawsze będę więc protestował przeciw opinii marszałka Piłsudskiego, że nasz kraj jak obwarzanek, bo wszystko, co dobre na brzegach, a w środku – pusto. Jak to? Mazowsze i Podlasie dało Polsce Krasińskiego, Chopina, Norwida, Sienkiewicza, Wyszyńskiego, Popiełuszkę. Iluż lepiej od nich czuło i wyraziło ducha Ojczyzny?
Nie my stanowimy całą Polskę. Górale i Ślązacy, Kurpie i Kaszubi, Kraków, Wrocław i Trójmiasto, i Szczecin na najdalszych dziś kresach – wszyscy mogą opowiadać swoje dawniejsze i nowsze historie. I ich suma stanowi o wielkości Ojczyzny. Tak jak suma regionalnej (i „stanowej”) dumy – stanowi naród.
■ Kim więc, powtórzę, jesteśmy w Rzeczypospolitej my, Polacy-katolicy? Jej pierwszym stanem, po prostu. To my jesteśmy społeczną gwarancją zachowania wiary, tradycji, tożsamości, bo to nasi przodkowie – ów „mazowiecki Ciemnogród” – obronili katolickość Rzeczypospolitej na pierwszych elekcjach viritim. Ale również społecznej siły, solidarności, narodu i porządku moralnego, który służy wszystkim.
Dziś największym bohaterem trzeciej niepodległości nie jest żaden polityk, ale podmiot zbiorowy – opinia katolicka i patriotyczna. To ona podjęła walkę o państwo, dezorganizując plany płynnej „transformacji ustrojowej” PRL. Oczywiście, nie byliśmy sami, ale bez naszego zaangażowania niewiele z tego byłoby możliwe. Na szczęście nie myśleliśmy o Polsce tylko dla siebie. I to dzięki opinii katolickiej w Konstytucji zapisany został akt wdzięczności za kulturę chrześcijańską przekazaną przez poprzednie pokolenia narodowi, znalazło się tam również uznanie naturalnego ustroju małżeństwa i rodziny, a jeszcze przed jej uchwaleniem Trybunał Konstytucyjny uznał prawo do życia „w każdej jego fazie” za metanormę zobowiązującą samą Konstytucję, bo warunkującą jej demokratyczny i praworządny charakter. Każdego, kto kwestionuje wartość tych zapisów, należałoby zapytać – ile razy powoływał się na ich obowiązujący charakter? Bo nasi przeciwnicy potrafią krzyczeć „KonstytucJA”.
My zaś nie zrealizowaliśmy tego w imię naszych praw, „praw większości”, ale w imię dobra wspólnego, cały czas powołując się na prawo naturalne, wykazując prawnonaturalny charakter etyki katolickiej i zrodzonej z niej cywilizacji. Można to wszystko deprecjonować, ale dla opinii chrześcijańskiej w Europie stanowi to pułap współczesnych osiągnięć. Oczywiście te instytucje są niedoskonałe, ale od ich wszystkich braków znacznie gorszy jest brak odwoływania się do ich zobowiązującego i obowiązującego charakteru w codziennej polityce.
■ Dziennik publiczny „Jestem Żydówką”, wydany przez Miriam Synger, znaną blogerkę, to ciekawe świadectwo nonkonformizmu żydowskiej rodziny, która po paroletniej próbie mieszkania w Izraelu świadomie wróciła do Polski. Ale to również opowieść o względności kategorii „mniejszości”. Autorka opowiada o szkole społecznej swych dzieci, w której sprzeciwiła się dorocznemu śniadaniu wielkanocnemu. Znam tę sprawę i z drugiej strony, bo dotknęła naszych przyjaciół i ich dzieci.
Pani Synger uznała, że „jako matka powinna głośno krzyczeć”, aby inni rodzice „przesunęli się kawałek”, bo w przeciwnym razie jej dzieci będą „pokornie się dopasowywać”, uznając, że „swoje potrzeby i siebie muszą zepchnąć na dalszy plan”. A „jako mniejszość” – pisze autorka dziennika – „robimy to cały czas”, na przykład żeby „być uznanym za małżeństwo, musimy brać osobny ślub cywilny, bo żydowski nie jest przez państwo uznawany”.
Otóż opinia ta to typowy przykład uprzedzeń, czyli przeświadczeń „uprzedzających” właśnie wiedzę o tym, jak jest. Bo to, o czym Miriam Synger pisze, to nie opis dzisiejszej sytuacji polskich Żydów, ale co najwyżej opis ich sytuacji i sytuacji milionów katolików w okresie półwiecza przymusowego komunistycznego laicyzmu. Dziś, w niepodległej Polsce – jak stanowi ustawa „o stosunku Państwa do gmin wyznaniowych żydowskich w Rzeczypospolitej Polskiej” – „małżeństwo zawarte w formie przewidzianej prawem wewnętrznym gmin żydowskich wywołuje skutki cywilne”, a „osobę duchowną, przed którą składa się oświadczenia o zawarciu małżeństwa, określa prawo wewnętrzne gmin żydowskich”.
Co więcej – przepisy te to adaptacja do życia wspólnot żydowskich (podobnie jak i wszystkich wyznań chrześcijańskich) standardów określonych przez konkordat, który – w swych skutkach – zniósł ucisk religijny, któremu podlegali wszyscy ludzie wierzący pod władzą komunistyczną. Ten ucisk, na który słusznie skarży się autorka dziennika „Jestem Żydówką” znieśli katolicy, Kościół Katolicki.
A wracając do historii krakowskiej szkoły. Ostatecznie to nasi przyjaciele okazali się „mniejszością”, bo dla większości katolickich rodziców obchodzenie Wielkanocy w szkole, w świecie, w którym coraz mniej jest szkół, które o tym pamiętają, nie było aż tak ważne. Szkoda, bo my możemy się „dopasowywać”, byle Ładu Bożego nie „dopasowywano” do kultury każącej żyć jakby Boga nie było. Niestety, coraz więcej katolików się do niej adaptuje.
■ Georges Sorel pisał, że walki religijne nierzadko niosą podniesienie poziomu wiary. Twierdzenie tyleż szokujące w czasach ekumenizmu, co zaskakująco zbieżne z nauką Apostoła Pawła o Kościele i Izraelu: „zbawienie przypadło w udziale poganom, by ich pobudzić do współzawodnictwa”, a „będąc apostołem pogan, przez cały czas chlubię się posługiwaniem swoim w tej nadziei, że może pobudzę do współzawodnictwa swoich rodaków” (Rz 11,11-13).
Deprecjonowana dziś Trzecia Rzeczpospolita – rękoma przede wszystkim Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego – zaraz po pierwszych wyborach otworzyła kaplicę sejmową, zawiesiła krzyż na sali obrad, a w sejmowym hallu umieściła tablicę z fragmentem alokucji Jana Pawła II. Tę listę można by ciągnąć dalej; a co do tego dołożyli krytycy dorobku trzeciej niepodległości? Żłóbek Bożonarodzeniowy musiał osobiście ufundować marszałek Krzysztof Bosak. I nie ukrywał, że zmobilizowały go do tego, po paru latach parlamentarnej działalności Konfederacji, chanukowe lampki zapaplane przy wejściu na korytarz marszałkowski raz w roku.
■ Teza Maurrasa o „czterech stanach skonfederowanych” – masonach, Żydach, protestantach, imigrantach („metojkach”, jak ich po ateńsku nazywał) – zawsze cytowana jest jako najbardziej jaskrawa ilustracja jego antysemityzmu. Tymczasem jest to jedynie uniwersalna obserwacja socjologiczna, pokazująca odruch, któremu ulegają nawet katolicy i który nie stanowi żadnego spisku (wyjąwszy oczywiście fundamentalną opozycję wolnomularstwa wobec cywilizacji katolickiej), choć bywa łatwo wykorzystywany do dezorganizacji społeczeństwa.
Nowoczesna demokracja, znosząc gwarancje stabilnego ładu (oparte kiedyś na prawach podstawowych i trwałych przywilejach) prowadzi do walki wszystkich ze wszystkimi, gdzie „większość” i „mniejszości” (a raczej większość aktualną i uczestników potencjalnych alternatywnych większości) dzieli neurotyczny, resentymentalny lęk, rodzący przekonanie, że tylko natarczywe rewindykowanie „praw”, a w praktyce – dążenie do dominacji, uchroni je przed marginalizacją. W tych warunkach łączenia się wszelakich aktualnych mniejszości bywa zwyczajnym odruchem. Dlatego właśnie katolicy – wbrew większości przesłanek kulturowych – przed dziesięciolecia głosowali na wigów w Anglii, na Demokratów w Stanach Zjednoczonych, i dlatego w krajach arabskich chrześcijanie często popierają komunistów. Tak wygląda refleks – uzasadnionej czy nieuzasadnionej – obawy przed marginalizacją.
Powołaniem państwa katolickiego, państwa dobra wspólnego, jest przełamać tę żywiącą się resentymentem dialektykę „większości-mniejszości”. Dobrze to widział kardynał Newman, gdy uważał, że monarchia – mimo swego protestanckiego charakteru – jest formą cywilizacji chrześcijańskiej w brytyjskim społeczeństwie, i gdy zapowiadał, że po powrocie Anglii do wiary ani jedna protestancka szkoła nie zostanie zamknięta.
Katolickie państwo wyznaje wiarę w swych aktach publicznych: w zapisach Konstytucji, przysięgach, przekazie historii, nade wszystko – przez udział przedstawicieli władz publicznych w aktach kultu (co niestety zamazuje reforma liturgiczna, gdzie kult przybiera formę zgromadzenia nadmiernie skupionej na sobie wspólnoty). Te instytucje potrzebują aktywnej opinii katolickiej, a także – dobrej polityki, bo trzeba je tworzyć – cierpliwie. Cierpliwość właśnie Dom Gérard uznał w swym „Jutrze Chrześcijaństwa” za jedną z najważniejszych cech budowniczych chrześcijańskiej cywilizacji; cierpliwość rozumianą nie jako odkładanie zmian na nieokreśloną przyszłość, ale jako stałe, choć stopniowe, tworzenie dobrych instytucji.
Same instytucje cywilizacji chrześcijańskiej trzeba budować i odbudowywać jako przestrzeń kultury katolickiej, ewangelizacji najpierw ad intra, potem ad extra, nie jako znaki tryumfu nad niekatolickimi rodakami. Katolickie państwo troszczy się o chwałę Bożą, o status religii, nie o interesy jej wyznawców (z wyjątkiem jednego, najważniejszego – ochrony warunków do przekazania następnym pokoleniom wiary i wartości moralnych). Wszystko to byłby jednak bezowocne bez egzystencjalnych postaw, takich jak życie i polityka Ludwika Świętego, królowej Jadwigi, Romualda Traugutta czy Eamona De Valery; i przede wszystkim bez sprawiedliwości, która należy do samej istoty dobra wspólnego.
Powołaniem katolickiego państwa – jako państwa dobra wspólnego – jest więc „dekonfederowanie” niekatolickich (czy narodowych) mniejszości, przede wszystkim poprzez stałe pozyskiwanie dla wspólnego patriotyzmu państwowego poszczególnych ludzi i środowisk. Tworzenie solidarnej wspólnoty, promującej miłość Ojczyzny i doceniającej każdy akt patriotyzmu, gdzie wyobraźnia miłosierdzia – jak to nazywał św. Jan Paweł II – znajdzie właściwe miejsce i instytucje dla wszystkich. Zaczynając od miejsca w pamięci narodowej.
Marek Jurek
Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.
(1960), historyk, współzałożyciel pisma Christianitas, były Marszałek Sejmu. Mieszka w Wólce Kozodawskiej.