analizy
2026.01.30 22:49

Korozja rodziny w epoce późnego kapitalizmu

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.

 

Próba napisania czegoś pewnego o przyszłości europejskiej rodziny – lub inaczej – o przyszłej sytuacji rodziny w Europie w okolicznościach braku stabilności całej kultury naszego kontynentu, jest zajęciem zwyczajnie niemożliwym do podjęcia. Od razu zaznaczam, że trzeba oddzielić od siebie te dwie kategorie czyli “rodzinę europejską” i “rodzinę w Europie”, co zostanie wyjaśnione na końcu rozdziału. Większość poniższego tekstu będzie poświęcona “rodzinie europejskiej” i kondycji, w której się znalazła. 

Kryzys jakiego doświadczamy, łatwo może nas zaprowadzić do magicznego optymizmu wbrew faktom lub też – analogicznie – do myśli o zbliżającej się ostatecznej katastrofie europejskiego obszaru cywilizacyjnego. I rzeczywiście, dziś wielu ludzi, nieraz i poszczególne państwa, a także Kościół, wydawać by się mogło, że ostatkiem sił, stają w obronie rodziny nuklearnej, jako wielkiego dobra ludzkiego życia. Niewątpliwie jest ona takim dobrem, jako wspólnota naturalna, a jej erozja, czy może nawet upadek, obserwowany na naszych oczach, mówi nam, że świat kręgu kulturowego, w którym przyszło nam żyć wszedł w fazę poważnej dysfunkcji. Nie znaczy to, że teraz narody będą się od razu rozpadać, a społeczeństwa zanikać. Dynamika dalszej erozji – a może i przyszłego odrodzenia – będzie bez wątpienia o wiele bardziej skomplikowana.

Sprawa jednak jest poważna i nie lekceważą jej chyba tylko ci, którym marzy się, by ludzkość po prostu zniknęła z Ziemi zawikłana w sprzeczności wytworzonej przez nią samą globalnej cywilizacji. Cywilizacji, która niewątpliwie ma swoje podłoże i źródło w szerokiej ekspansji politycznej i kulturalnej, jakiej przez wieki dokonali Europejczycy. Niezależnie bowiem nawet od radykalnych różnic pomiędzy lokalnymi tradycjami rozproszonymi po całym świecie, bez wątpienia istnieje rodzaj cywilizacyjnej globalnej atmosfery oddziałującej na niemal wszystkich żyjących ludzi. Atmosfera ta nie jest czymś samoistnym, jest emitowana przez tych, którzy dysponują odpowiednimi do jej tworzenia zasobami. W pewnym przynajmniej zakresie w emisji tej bierze udział każdy z nas żyjący w nowoczesnej kulturze Zachodu z jej narzędziami materialnymi do zmieniania świata i intelektualnymi do zmieniania myślenia. Tych narzędzi i tych zasobów bez wątpienia nie byłoby bez starej, zmęczonej bagażem swoich doświadczeń, Europy.

Odrzucona perspektywa

Mamy tu jednak mówić nie ogólnie o Europie, ale konkretnie o rodzinie w europejskim modelu kultury i o jej przyszłości. Warto zapytać, czy cywilizacja ludzka, czy wreszcie sam człowiek może przetrwać czasy, w których zabrakłoby rodziny? Faktem jest wycofywanie się z życia rodzinnego zarówno społeczeństw, jak i jednostek, nie tylko na naszym kontynencie, ale niemal wszędzie tam, gdzie cywilizacja europejska w jej nowoczesnej fazie zostawiła swoje piętno. Można czasem usłyszeć wręcz głosy, że koniec rodziny już nastąpił, skoro przestała ona być powszechnym sposobem organizacji ludzkiego losu. Dlaczego zatem narody istniejące w szerokim obszarze oddziaływania kultury Starego Kontynentu nie rozpadają się tak po prostu, gdy porzucają tę najbardziej naturalną wspólnotę życia człowieka? A przecież często porzucają nie tylko rodzinę, ale również i związane z nią naturalne gatunkowe cele rodzaju ludzkiego?

Przekaz intelektualny naszych czasów pełen jest jeremiad nad biedą duchową świata. Jeremiady te jednak często szybko zamieniają się w rozczarowane zagniewanie ich autorów, podobne zresztą do tego doświadczonego przez proroka Jonasza, który – o czym mówi nam Pismo Święte – nie doczekał się spodziewanego zniszczenia Niniwy. Jak Bóg nie chciał zburzyć tego starożytnego miasta, tak, pomimo wielu dokonanych zbrodni – nawet na skalę przemysłową – i ciągłych eksperymentów z ludzką naturą przeprowadzanych przez człowieka nowoczesnego, i nasza historia nie chce się zakończyć, a cywilizacja upaść. Nawet tak zwany Zachód, będący rozszerzoną formułą eurpejskości, który żwawo oddala się od praw Bożych i naturalnych, ciągle stoi dość mocno na nogach. Dzieje się tak pomimo tego, że nie widać w naszych czasach szczególnych owoców nawrócenia, które ocaliło mieszkańców Niniwy. Stałym doświadczeniem chrześcijan i innych krytyków współczesnej kultury wydaje się nieustanna konieczność znoszenia obojętności i znudzenia wobec uskutecznianego przez nich nawoływania o cywilizacyjną zmianę. Stanowi to, jak sądzę, przykrość analogiczną do tej, z jaką zetknął się święty Paweł na Areopagu w Atenach. Tylko, że na skalę masową. 

Nie jest kwestią bez znaczenia dlaczego tak mało uszu jest gotowych do słuchania dziś proroków zapowiadających ludzkości poważne turbulencje, które będą wiązały się z dalszym słabnięciem instytucji rodziny. Z pewnością odnaleźć w tym zjawisku można pewnego rodzaju charakterystyczną dla naszego gatunku krótkowzroczność. Tak jak Grecy nie uważali, by ktoś mógł poważnie sądzić, że Bóg stał się człowiekiem, tak ludzie naszej epoki wciąż hołubią przesąd, wedle którego forma moralna społeczeństw nie ma wpływu na ich los, dobrostan i przetrwanie. Choć nie zawsze zdajemy sobie dobrze z tego sprawę, powstawanie i trwanie rodzin bez wątpienia należy do moralnego aspektu kondycji ludzkiej. To wokół rodziny i przynależących ściśle do niej spraw takich jak seksualność, prokreacja, tożsamość, wychowanie, edukacja, etyka, wreszcie życiowe cele konkretnych ludzi i społeczeństw, rozwija się kryzys.

Niewykluczone, że jednym z powodów, dla którego współcześnie perspektywa moralna w znacznej mierze została odrzucona jako wskaźnik diagnostyczny pozwalający ocenić stan społeczeństw, jest to, że klasyczny język moralny, na przykład ten, który znajdujemy w Piśmie Świętym, często posługuje się bardzo konkretnymi i bezpośrednimi wyrażeniami w nazywaniu zła. My zaś, z jednej strony, zwyczajnie nie lubimy, gdy pokazuje się palcem nasze grzechy, z drugiej łatwiej nam pojąć problem zła społecznego, gdy wychwytujemy jego strukturalny i procesualny charakter. Owszem, można to uznać za zwykły element przemiany kultury w epoce nowoczesnej, wymagający jedynie etycznej integracji, jednak problem jest głębszy. Razem z tą zmianą coraz bardziej zanika świadomość istnienia związku pomiędzy czynami konkretnych ludzi, często traktowanymi jako sprawy jedynie prywatne, wyłączone ze społecznego obiegu, ze zjawiskami o szerokim, nawet powszechnym charakterze, którymi są tendencje społeczne. Siłą rzeczy coraz trudniej pojąć nam, że oprócz statystyki istnieje też indywidualna odpowiedzialność za zło w naszym środowisku życia.

Podobnie zresztą coraz mniejszą wagę przywiązuje się do tego czy głoszone i przyjmowane doktryny religijne, społeczne oraz polityczne są prawdziwe i koherentne z ludzką naturą. Współcześnie idee, także przekaz medialny w warstwie zasad społecznych, traktuje się bardzo doraźnie w oczekiwaniu efektów krótkoterminowych. Bez rozważania długotrwałych ich konsekwencji. Jeśli publiczność chętnie czyta artykuły opisujące trudy, a nawet patologie życia małżeńskiego lub rodzinnego, to wiele mediów jest gotowych do masowej produkcji tego typu materiałów w nadziei uzyskania łatwego zarobku. W dłuższej perspektywie jednak nasycanie umysłów odbiorców takimi treściami powoduje, że stają się one elementem ich obrazu świata, który wnoszą oni potem w życie swoje i swojego otoczenia. Zniekształcone w ten sposób sumienia łatwo odrywają się od przyrodzonych i nadprzyrodzonych celów konstytuujących człowieka istniejących uprzednio wobec jego samowiedzy.  

Istota adaptacyjna 

Wspomniana powyżej moralna obojętność ma też, jak sądzę, inne, bardziej długotrwale działające przyczyny. Doświadczenie historyczne, a także obfite dziedzictwo badań antropologicznych uczą nas – szczególnie w czasach, gdy skrupulatnie odnotowuje się niemal każde specyficzne ludzkie zachowanie – o wielkiej plastyczności człowieka jako gatunku i o jego zdolność do adaptacji. Nawet w zupełnie fatalnych warunkach dziejowych czy po prostu bytowych. Oznacza to ni mniej ni więcej, że człowiek potrafi przeżyć, a gatunek ludzki przetrwać, także w systemach społecznych i kulturach, które są bardzo dalekie od wspierania godziwej realizacji natury ludzkiej. Powiedzmy wprost, człowiek potrafi przetrwać nawet tam gdzie łamane są elementarne zasady godziwego życia a członków społeczeństwa zmusza się do funkcjonowania w strukturach grzechu. Za grzech możemy uznać wszystko, co działa zarówno przeciwko Bogu, jak i człowiekowi czy innemu Bożemu stworzeniu. Naturę zaś rozumiem tu klasycznie, jako pewnego rodzaju optimum, doskonałość, do której przeznaczeni są ludzie zarówno w fizycznym, jak i duchowym istnieniu. Badania etnografów, szczególnie z epoki romantycznej tej dziedziny nauki, gdy jeszcze podróżowano po świecie i prowadzono obserwacje uczestniczące, dają nam wiele przykładów ludów, których systemy plemienne wedle kategorii prawa naturalnego, a nawet coraz dalszych od niego obyczajów współczesnej kultury zachodniej, trzeba by określić mianem patologicznych. A mimo tego trwały one i reprodukowały się zarówno biologicznie, jak i kulturowo, często aż do chwili spotkania z siłą ludzi i instytucji Zachodu. 

Także dwudziesty wiek, tak bardzo naznaczony w naszej cywilizacji przemocą i nieludzkimi propozycjami rozwiązywania problemów relacji pomiędzy wspólnotami narodowymi lub skonfliktowanymi grupami interesu, wskazał na – nomen omen – nadludzką zdolność człowieka do przetrwania. W państwach totalnej kontroli i terroru powstawały, pomimo rozmaitych przeszkód, rodziny o silnych więzach. I choć jedni ginęli, to inni trwali wydając na świat potomstwo, wychowując je i formując – często bardzo skutecznie – do etosu dobrego życia osobistego i wspólnego. Dla scharakteryzowania europejskiej kultury nowoczesnej warto sparafrazować słowa Alexisa de Tocqueville’a z jego monumentalnego dzieła O demokracji w Ameryce. Nowoczesność – Tocqueville pisał w tym miejscu rzecz jasne o demokracji – “rozluźnia więzy społeczne, ale zacieśnia więzy naturalne. Oddalając od siebie obywateli, zbliża członków rodziny”. 

Można odnieść wrażenie, że jeszcze w XX wieku państwa – coraz mocniej od rewolucji francuskiej – wcielające mit natury ludzkiej, jako naznaczonej nieustającą wrogością do innych przedstawicieli naszego gatunku – zatrzymywały się przed wysokim zamkiem życia rodzinnego i nie miały śmiałości by go konsekwentnie demontować. Rodzina długo nie była traktowana jako rzeczywistość w swojej istocie upolityczniona, a więc i do pewnego stopnia stanowiła azyl dla ludzkiego losu, nawet w sytuacji dyktatury, terroru czy innych form upadku moralności. Czym innym jest fakt, że więzy rodzinne i małżeńskie, szczególnie w kregach arystokratycznych, były w dawniejszych epokach czymś w rodzaju szkieletu, na którym opierał się cały system społeczno-polityczny. Jednak klasyczny podział na sferę domu (ekonomia) i sferę publiczną (polityka), z ich odmiennymi dynamikami realizacji ludzkiej natury, trwał podskórnie niemal do naszych czasów. Oczywiście w rodziny uderzano, rozdzielano je, co stanowiło straszne narzędzie represji, ale sama rodzina, jako rzeczywistość najbliższa fundamentalnej konstytucji moralnej człowieka, trwała.

Upolitycznienie rodziny

Niestety wielu myślicieli nowoczesnych od dawna już, mniej lub bardziej świadomie, zaczęło upolityczniać rodzinę, a przede wszysktim jej wewnętrzne relacje. Ta długotrwała praca, w której wykuwano destrukcyjne pojęcia, nie zawsze miała za cel ugodzenie w samą rodzinę. Jednak bez wątpienia epoka, jaka nastąpiła po zmierzchu Christianitas okazała się czasem wielkiej pracy nad – na dobre i na złe – przemianą ludzkich umysłów. A jak z wielką szczerością pisał wybitny amerykański reformator ekonomiczny John Maynard Keynes w swojej Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza: “...idee głoszone przez ekonomistów oraz myślicieli politycznych, bez względu na to czy są słuszne, czy błędne, mają większą siłę, niż się powszechnie przypuszcza. W rzeczywistości to one właśnie rządzą światem. Praktycy, przekonani, że nie podlegają żadnym wpływom intelektualnym, są zazwyczaj niewolnikami idei jakiegoś dawno zmarłego ekonomisty. Szaleni władcy, na których spłynęło objawienie, czerpią swoje maniackie pomysły od jakiegoś teoretyzującego pisarzyny sprzed niewielu lat”. Jest w tych słowach wiele prawdy. Prawdą też jest, że jednym z głównych problemów jakie spadły na rodzinę w kulturze europejskiej epoki poklasycznej było przesunięcie się w jej ramach refleksji o człowieku z obszaru badań moralnych do dziedziny polityki. Ta zaś, zamiast pozostać kwestią etyki praktycznej przekształciła się w teorię władzy oraz teorię zarządzania, czyli nowożytnie ujetą ekonomię. To pomieszanie języków i zasad miało dalekosiężne skutki.

Nie będziemy tu rozstrzygać na ile redaktorzy rewolucyjnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela notując w artykule 3, że “żadne ciało ani jednostka nie może wykonywać władzy, która nie pochodzi wprost z woli ogółu” mieli na myśli także władzę ojca i matki nad dziećmi, czy mężczyzny nad rodziną – tak jednak te idee rozwinięto. Naturalne relacje zostały przez rewolucję podważone już w jej pierwszej fali, czego reperkusje widzieliśmy dokładnie w kolejnych dziejowych odsłonach. Szczególnie tych, które wyszły poza problematykę nierówności stanowych, a dotyczyły już bezpośrednio tematu moralnej konstytucji cywilizacji. Rewolucja hipisowska, rewolucja homoseksualna czy rewolucja gender polegały na zakwestionowaniu naturalnych zależności i więzi międzyludzkich, a nawet na zaprzeczeniu ich istnienia. Dynamika uruchomiona przez Deklarację z roku 1789 doprowadziła do praktyki, w której każdy, kto chciałby się sprzeciwiać arbitralności woli ogółu, przeważnie reprezentwanej przez wywrotowe idee, w imię jakiegoś wyższego – etycznego czy religijnego – prawa, może zostać uznany za apostoła zła i wroga publicznego. Tego właśnie jesteśmy świadkami obecnie. Wspólnoty naturalne człowieka, szczególnie może właśnie rodzina, znajduje się dziś na ławie oskarżonych jako przyczyna wszelkich ludzkich bied: osobniczego niespełnienia, przemocy, cierpienia, nieszczęścia, nerwic i neuroz.

“Poza władzą, która pochodzi z głosowania powszechnego, istnieje w społeczeństwie wiele innych autorytetów (jedne są naturalne, inne nadprzyrodzone), które nie wywodzą się z żadnych wyborów: autorytet ojca rodziny, władza rodzicielska w założonej przez niego instytucji, władza nauczyciela w szkole albo właściciela w przedsiębiorstwie” – pisał w książce Prawa człowieka (bez Boga) francuski myśliciel Jean Madiran. I zaraz dodawał: “Wszystkie te bardzo różne władze zostały zakwestionowane w ramach postępów permanentnej demokratyzacji powołującej się na ‘prawa człowieka’. Instynkt, natura, zdrowy rozsądek sprzeciwiają się tej piekielnej logice. Jest to jednak logika rygorystyczna i bezwyjątkowa, działająca z siłą śmiercionośnej trucizny”.

Dwuznaczność Marksa

Krytyka rodziny przeprowadzona przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa polegała na analizie tej instytucji w kontekście społecznym i ekonomicznym, jako powiązanej z własnością prywatną i wyzyskiem klasowym. Marks i Engels w swoich pracach, zwłaszcza w książce Święta rodzina oraz sam Engels w Pochodzeniu rodziny, własności prywatnej i państwa, podkreślali, że rodzina oparta na własności prywatnej i monogamii jest narzędziem utrwalania nierówności i wyzysku.

Krytykowali też ideał religijny i moralny rodziny uznając, iż jest ona pełna sprzeczności społecznych, a małżeństwo monogamiczne nie musi być absolutne czy nietykalne. W ich ujęciu rodzina burżuazyjna służyła przede wszystkim zabezpieczeniu interesów klasowych, reprodukcji własności i utrzymaniu dominacji mężczyzny jako właściciela – "burżuazyjnego pana" – podczas gdy kobieta i dzieci mają podporządkowaną rolę, co odbija relacje klasowe: kobieta przedstawiana przez tych autorów była jako proletariat wobec mężczyzny-burżuja. Marks i Engels krytykowali model rodziny mającej podstawę w zysku i własności, chcąc zastąpić ją formami społecznymi, które znosiłby wyzysk przez zniesienie prywatnej własność.

Choć w pismach teoretyków komunizmu można znaleźć bardzo aktualne uwagi mówiące, że współczesny kapitalizm rozbijają więzi rodzinne klasy pracującej to niewątpliwie przyczynili się oni w znaczący sposób do upolitycznienia rodziny jako instytucji społecznej. Ich refleksja zmusza także do rewizji optymistycznego spojrzenia de Tocqueville’a, w którego oczach nowoczesne i demokratyczne społeczeństwo zbliża ludzi do siebie właśnie w ramach relacji rodzinnych. Marks i Engels, piszący kilkadziesiąt lat później po francuskim podróżniku widzą to już inaczej. Rosnąca w epoce rewolucji przemysłowej kumulacja kapitału i rozwój kapitalizmu zniszczył społeczeństwa. Ta nowa potężna władza choć zapewniła – w warunkach niewątpliwie niegodziwych – minimum egzystencji biednym masom, zaczęła destruować możliwości tworzenia stabilnych relacji rodzinnych przejmując niemal całkowicie kontrolę nad czasem życia robotników. 

Skoro wiemy już, że polityka wtrącająca się do sfery domu osłabiła suwerenność obywateli, otwierając w ten sposób nowe możliwości kontroli społecznej, trzeba teraz napisać o innym procesie. Sama polityka przestała być rozumiana jako troska o dobro wspólne. Razem z rozwojem nowoczesności zaczęła się ona upodabniać do ekonomii, czyli wiedzy praktycznej o zarządzaniu domem w znaczeniu gospodarstwa, w którego skład wchodzą nie tylko ludzie, ale i zwierzęta oraz inne dobra. Znanym przykładem tego rodzaju nowego myślenia pozostaje głośna książka ekonomisty i anglikańskiego duchownego Thomasa Malthusa Prawo ludności. Wyłożył on w nie teorię kontroli ludzkiego pogłowia. Malthus sprzeciwiał się pomocy ubogim, ponieważ uważał, że wsparcie materialne zachęca ich do posiadania większej liczby dzieci, co prowadzi do przeludnienia i pogarsza sytuację żywnościową. Uważał, że głód, choroby i wojny to naturalne mechanizmy regulujące populację, a pomoc finansowa tylko pogłębia problemy, osłabiając motywację do pracy i oszczędzania. Jego teoria była na tyle wpływowa, że doprowadziła do reform w Anglii, które ograniczały pomoc dla biednych. Na tej samej półce możemy jednak postawić także książki utylitarystów Jamesa Milla i jego syna Johna Stuarta czy Jeremy’ego Benthama. 

W ten sposób dobro, jako cel polityki został zastąpiony arbitralnie ujętym pożytkiem, przeważnie wyrażonym przez abstrakcyjne parametry gospodarcze. Tą drogą ludzki los zaczął być systematycznie poddawany uprzedmiotowieniu. Tak jak nikt do naszych czasów nie przejmował się relacją cielaka i jego matki, ponieważ ich życie miało jedynie funkcjonalnie ekonomiczny sens, tak samo zaczęli być traktowani w nowoczesnej myśli społecznej, a potem praktyce politycznej, ludzie. Utylitaryzm stał się podstawą wielu polityk publicznych i można go określić, jako odpowiedzialnego choćby za upowszechnianie się mentalności eutanazyjnej. Współczesne gotowość rozważania takich kwestii jak opłacalność ratowania lub podtrzymywania czyjegoś życia, jest właśnie efektem tej rewolucji ekonomicznej w polityce. Był to straszny cios w rodzinę. Gdzieś w tym miejscu intelektualnej drogi nowoczesnej Europy – do której zaliczymy także przynajmniej Amerykę – umocniło się przekonanie, że człowiek dla dobrego funkcjonowania nie potrzebuje zasad moralnych zgodnych z celową naturą, ale jedynie systemu gospodarskiego optymalizującego jego wydajność, użyteczność i zadowolenie.  

Zły ojciec naszych czasów

Wobec powyższych uwag, w ideowo-społecznym krajobrazie Europy nie można pominąć, sformułowanego w okresie wczesnej nowoczesności, atomizmu politycznego Tomasza Hobbesa. Ma on zasadnicze znaczenie dla zrozumienia kryzysu rodziny w naszej epoce. W myśli tego pisarza, a tym bardziej wedle wniosków jakie z niej wyciągnięto, wszystkie instytucje, także rodzina, mają jedynie relatywny kulturowo charakter, a fundamentalną zasadą życia ludzkiego jest relacja przemocy pomiędzy człowiekiem, władzą, a także innymi ludźmi. W politologii tej człowiek jest samotną jednostką rzucona w pełen wrogości świat, która w zamian za bezpieczeństwo przyjmuje status niewolnika podległego politycznemu suwerenowi. Oddaje swoją siłę i wolę by móc stabilnie żyć. Na wszelkie działania – mówi nam implicite Hobbes – jednostka musi uzyskać zgodę posiadającej absolutne prerogatywy władzy. Także, by założyć rodzinę. Stabilność społeczeństwa i trwanie instytucji, ograniczenie prowadzącej do śmierci krwawej rywalizacji, dosłownie wszystko, jest według Hobbesa efektem arbitralnej woli władzy. Tylko silna władza chroni świat ludzi przed wojną wszystkich ze wszystkimi

Rodzina nie jest zresztą dla angielskiego pisarza jakimś szczególnym dobrem, ale ma służyć okiełznaniu ludzkich żądz, czyli – jak wszystko inne – ograniczeniu społecznej przemocy. Gdyby władza uznała, że rodzina stoi na przeszkodzie tych celów jakie ona sobie stawia, może rodzinę rozwiązać, zmienić lub rozszerzyć jej definicję, ograniczyć jej dostępność a nawet zakazać życia rodzinnego. Przynajmniej część z tych zjawisk stała się na naszych oczach politycznym faktem. Zintegrowana rodzina okazała bowiem przeszkodą dla nieskrępowanego rozwoju kapitalistycznego modelu ekonomicznej władzy, ponieważ ogranicza wydajność ludzkiej pracy zarobkowej i odwraca wzrok człowieka ku innym dobrom niż pieniądz. Rodzina, o czym pisał wspomniany już de Tocqueville, razem z religią daje ludziom wolność wobec tyranii polityki ekonomicznej. Pod przykrywką hobbesowskiego celu jakim jest utrzymanie pokoju społecznego rozwinęła się w ostatnich wiekach kultura wroga fundamentom ludzkiej natury.

Indywidualistyczna antropologia rozwinięta przez Hobbesa stała się szerokim fundamentem nie tylko nowoczesnej kultury politycznej, ale także biznesowej, której presji doświadcza niemal każdy, kto uczestniczy w życiu zawodowym. W efekcie implementacji hobbesowskiego indywidualizmu, jako optymalnego modelu społecznego – szczególnie przez politycznych utylitarystów i mentalnych wnuków Malthusa – być może największym strukturalnym problemem w życiu człowieka doby nowoczesnej stało się nieusuwalne pomiędzy potrzebami naturalnymi, czyli między innymi życiem rodzinnym, a wymogami pracy zarobkowej organizowanej przez wielki kapitał. Ten bowiem dopracował się pozycji suwerena, który faktycznie decyduje o statusie społecznym, ekonomicznym, a nawet o utrzymaniu przy życiu większości żyjących ludzi. 

Co więcej, posiada on też coraz pełniejszą kontrolę nad czasem życia każdego z nas, nie tylko gdy jesteśmy zajęci, ale także, gdy wydaje nam się że odpoczywamy. Obowiązki profesjonalne, konsumpcja, media społecznościowe i inne rozrywki zaczęły wypierać z horyzontu ludzkiego doświadczenia życie rodzinne. Na jego miejscu pojawiły się zdezintegrowane elementy wyrwane życia rodzin: coraz mniej zobowiązujące relacje seksualne zamiast płodnych zwiążków małżeńskich, przelotne związki uczuciowe zamiast wierności, powierzchowne znajomości budowanych latami mocnych więzi, wreszcie przywiązanie do zwierząt domowych zastępujących dzieci. To wszystko jest wygodne dla doczesnych potęg, które chcą budować świat tak by przede wszystkim przynosił zysk, a nie lepsze życie ludziom.

Zapomniana trzecia droga

Jesteśmy w tej opowieści bardzo daleko od wizji chrześcijańskiego modelu ładu, w którym to rodzina jest podmiotem społeczeństwa, co więcej w znacznej mierze samowystarczalnym ekonomicznie. Ta samowystarczalność powinna się opierać na drobnej przedsiębiorczość lub uprawie ziemi. Taki stan rzeczy widział w latach 30. XIX wieku de Tocqueville gdy podróżował po Ameryce za nim zamieniła się ona w kraj zdominowany przez przemysłową magnaterię. Podobną koncepcję rozwijali jeszcze w XX wieku dystrybutyści z Chestertonem i Bellokiem na czele. Mówiono wtedy o katolickiej trzeciej drodze pomiędzy socjalizmem i liberalizmem potępianymi przez papieży od czasów Leona XIII.  Dopiero w sytuacjach krytycznych, wedle zasady pomocniczości w sprawy osób i rodzin powinno wkraczać państwo lub inne wyższe struktury społeczne. Państwo będące raczej opiekunem niż ekonomem. Nie znaczy to, że państwo ma być słabe. Raczej powinno mieć ono kompetencje i wiedzę kiedy należy reagować, a to nie jest możliwe bez właściwego rozpoznania nie tylko zasady użyteczności, ale i sprawiedliwości. Niestety współczesne państwo pod wieloma względami samo upodobniło się do utylitarystycznych molochów, jakimi są wielkie korporacje biznesowe, przed którymi powinno ono chronić obywateli. Dziś ta rola obrońcy rodziny jest wciąż do odegrania przez państwo i niewątpliwie państwo jest jednym czynników który będzie miał wpływ na przyszłość europejskiej rodziny.

Problemy świata kapitalistycznego zauważali i zauważają także papieże naszej epoki Benedykt XVI, Franciszek i Leon XIV.

“Podczas gdy zyski niewielu ludzi rosną w sposób przekraczający oczekiwania, stanowiący większość oddalają się coraz bardziej od dobrobytu tej szczęśliwej mniejszości. Tego rodzaju brak równowagi rodzi się z ideologii broniących absolutnej autonomii rynków i spekulacji finansowych. Dlatego negują prawo kontroli ze strony państw powołanych do czuwania nad obroną dobra wspólnego. Odradza się nowa niewidoczna tyrania, czasem wirtualna, narzucająca w sposób jednostronny i nieubłagany swoje prawa i reguły” – pisał papież Franciszek w Evangelii gaudium (p. 56) i słowa te dokładnie przywołał w swojej pierwszej adhortacji Dilexi te (p. 92) papież Leon XIV .

Niemniej, jak już wspomniałem, rozmaite doświadczenia wynikające z długotrwałych obserwacji i przemyśleń, a także odrzucenia klasycznej i chrześcijańskiej antropologii, doprowadziły kulturę europejską, która zdążyła w rozmaity sposób rozszerzyć się na wiele obszarów globu, do przekonania, że nakazy moralne mające regulować życie ludzi dawnych epok, były tylko efektem ich niezdolności do systemowego kierowania rozwojem społeczeństw. A zatem, że można zrezygnować bez szkody z wymogów zasad moralnych, jeśli tylko w odpowiedni, funkcjonalny sposób zapewni się ludzkim gromadom poczucie, że prowadzą “dobre życie”. Definicja “dobrego życia” może być w tym założeniu dowolna byle była ekonomicznie funkcjonalna i może się sprowadzać do maksymalizacji różnego rodzaju satysfakcji. Nie będzie zaskoczeniem jeśli powiem, że filozofia Hobbesa, bardzo pesymistyczna w wymowie, miała swoje źródło w protestanckim zwątpieniu, którego częścią były obserwowane przez filozofa okrucieństwa rewolucji cromwellowskiej w Anglii. O tym także trzeba słowo powiedzieć. 

Świat pogrążony w mroku

To jak Hobbes widział człowieka i społeczeństwo było zresztą mocno przesiąknięte obrazami pozostawionymi nam w Państwie Bożym przez świętego Augustyna, który opisywał w swoim dziele, między innymi, świat pozbawiony łaski. W czasach nowożytnych antropologię hippończyka wyostrzyli ojcowie protestantcy, wierząc, że człowiek po upadku Adama jest do cna zły, a zatem i niezdolny do zbudowania godnego życia społeczeństwa. Wreszcie myśl ta znalazła swój finał z pesymizmie politycznym angielskiego pisarza i intelektualisty. Jeśli upadek człowieka w grzech jest całkowity, to i jego poznanie Boga oraz świata jest całkowicie zaburzone. Co oznacza, że nie mamy już, jako ludzie dostępu do świętości, właściwego rozumienia prawa Bożego czy sprawiedliwości. Co więcej, wszystkie instytucje, nawet Kościół i rodzina mogą być nie tylko przesiąknięte ludzką podłością, ale wręcz, w radykalnej interpretacji, mieć w niej źródło. 

Skoro człowiek upadł całkowicie i trwa w dezorientacji, możliwa jest w zasadzie każda opcja, nawet taka, że rodzina jako narzędzie opresji stanowi szatański podstęp przeciwko łasce Bożej. Z takiego myślenia właściwie musiał w końcu wyrodzić się rewolucyjny projekt polityczny i tak też się stało. Ponieważ Adam i Ewa łaskę utracili, a ludzie przez to stali się niezdolni do czynienia dobra, jedynym sposobem na zachowanie stabilności społeczeństwa – zdaniem Hobbesa – jest stosowanie przymusu i, mówiąc kolokwialnie, traktowanie ludzi, tak jak ekonom traktuje w gospodarstwie krowy. Możemy się gorszyć tego rodzaju perspektywą, jednak nowoczesny radykalizm wyrodził między innymi z okrucieństwa, jakie europejscy władcy rozpętali na tle religijnym w XVI i XVII wieku. 

Zwątpienie w możliwość poznania natury i prawa Bożego zaowocowało narodzinami nowej wiary w intelektualny i społeczny eksperyment mający na celu skutecznie podporządkowanie ludzi władzy. Eksperymentowano w imię równości, jak komuniści, w imię rasy, jak naziści, w imię abstrakcyjnego “dobra ogólnego”, co robili i robią utylitaryści. I ten ostatni rodzaj eksperymentu, który jest kontynuacją podejścia ekonomicznego do społeczeństwa, w znacznej mierze wygrał. Utylitaryści po różnych próbach uznali, że “dobro ogólne” najlepiej zrealizuje się wtedy, gdy każdy człowiek sam będzie określał nie tylko, co jest dla niego najlepsze, ale też kim jest, jaka jest jego tożsamość w sensie zarówno społecznym, ale też – tak to nazwijmy – bytowym, ontologicznym. W naszych czasach ten chaos poznawczy, który najpierw dotknął Boga, społeczeństwa, a teraz samego self, do którego zredukowano duszę człowieka, obwarowano politycznie jako zdobycz. Najłatwiej bowiem kierować społeczeństwem złożonym z ludzi, którzy nie wiedzą już naprawdę kim są i nie są związani ani z ziemią, ani z religią, ani z rodziną, ani nawet z płcią, a jedynie z konsumpcją. Jeśli bowiem człowiek zupełnie sam ma określić kim jest zwykle popada w dezorientację. W ten sposób powstaje idealny pracownik korporacji czy też poddany nowoczesnej władzy, niemal całkowicie odwrócony od ludzkiej konstytucji moralnej, którym można kierować niczym żywym narzędziem, za pomocą bodźców zmysłowych, psychicznych i ekonomicznych. 

Tego rodzaju wcielaną w życie dystopię zaproponowała nam nowoczesność i to jej opór muszą stawiać wspólnoty naturalne, które – wbrew mylnym sądom lub kłamstwom – wciąż się odradzają, jako wynikające z głębokiej struktury antropologicznej człowieka. Ludzie wciąż bowiem próbują, nieraz z wielkim entuzjazmem i w różnych okolicznościach życia zakładać rodziny, nawet jeśli nieustannie rośnie prawdopodobieństwo ich nietrwałości.  

Człowiek zekonomizowany

Jeśli spojrzeć okiem dyscyplin humanistycznych na nas samych, Europejczyków, tak jak my patrzymy na innych ludzi, dostrzeżemy właśnie przede wszystkim nietrwałość związków mających potencjał tworzenia rodziny. Zobaczymy nieustanne próby redefinicji pojęcia rodziny, czy permanentny kryzys tożsamości jednostki ludzkiej, którego jednym z objawów są przyjmujący różne postaci zaburzenia tożsamości płciowej. Nie chodzi tu tylko o kryzys związany z kwestionowaniem płci biologicznej, ale także o niezdolność do rozpoznania swojego powołania do bycia członkiem rodziny jako jednego w ważnych celów ludzkiej egzystencji. Na tym polega dysfunkcyjna postać kultury – na pomieszaniu w hierarchii celów ludzkiego życia. Widzimy także, że rzeczy te nie dzieją się przypadkowo. 

W naszych czasach pomieszanie to odbywa się, o czym już była mowa, głównie poprzez urzeczowienie osoby. Wynika ono choćby z dominacji doktryny kapitalistycznej, w której jednostka jest wartościowana poprzez jej efektywność produkcyjną. Doktryna kapitalistyczna, dość powszechnie społecznie zinternalizowana, powoduje że sprawy, które kiedyś należały do sfery centralnej ludzkiego życia, czyli domu, dziś są mentalnie i społecznie rozczłonkowane, zatomizowane. Zupełnie na wzór projektów w systemie korporacyjnym, gdzie synergia nie następuje we wzajemnej miłości ludzi, ale dochodach, optymalizacji i rozwiązywaniu problemów, za które zwykle uważa się same osoby. Negatywna antropologia teologiczna, jest bowiem wciąż obecna nawet w tak zeświecczonych bytach jak współczesne giga-przedsiębiorstwa. Relacje romantyczne, stałe związki, małżeństwa, dzieci, istnieją w życiu zachodniej cywilizacji, jako coraz bardziej osobne parametry, które zamiast tworzyć dom rodzinny wspierają znajdującą się w centrum życia aktywność zawodową. Jeśli któryś z tych parametrów okazuje się – mówiąc językiem biznesu – częścią problemu, a nie częścią rozwiązania, choćby, jako stymulator dobrego stanu psychicznego, jest w taki czy inny sposób usuwany z “projektu życiowego”. Efektem tego są takie zjawiska jak upowszechnianie się rozwodów czy alienacja i samotność dzieci, które coraz częściej przegrywają z pracą swoich rodziców.

Korporacje i system ekonomiczny wciąż poszukują idealnego pracownika. Jeśli krowom w nowoczesnych oborach odtwarza się muzykę Mozarta dla ich lepszej wydajność mlecznej, analogicznych stymulantów poszukuje się także w stosunku do człowieka. To jedna z cech charakterystycznych nowoczesnej cywilizacji. W tej metodzie nie formuje się człowieka sprawnego wewnętrznie, zdolnego do oporu wobec przeciwności, ale ludzi użytecznych, którzy niczym żywe narzędzia będą wykonywali zlecone zadania nawet kosztem zaniedbywania spraw najważniejszych. Trudno się temu dziwić. Z perspektywy systemu władzy i ekonomii naturalne predyspozycje człowieka do etycznej doskonałości, ale też naturalne cele życia, czyli choćby posiadanie rodziny są raczej przeszkodą. Tendencje te było widać już w dobie rewolucji przemysłowej i uprzedmiotowienia mas robotniczych przez wielki kapitał, dziś problem ten rozwija się i zaczyna powodować coraz dalsze kłopoty. Idea, że przez kontrolę polityczną, pracę i ukierunkowanie ludzkiego życia na wydajność uda się okiełznać złą, jak uważali ojcowie protestanccy i Hobbes, naturę człowieka, przyniosła fatalne skutki. 

U progu dojrzałej postaci kryzysu

Opisany powyżej proces przekształcania się obrazu człowieka z naturalnego modelu etycznego w model użytecznościowy dobiega w naszej cywilizacji znacznej mierze swojego końca. Obojętność na wynikające z prawa Bożego i prawa naturalnego kryteria oceny stanu społeczeństw jest wciąż dominującą atmosferą europejskiej cywilizacji. Choć z drugiej strony zjawisko dyktowanego ideologicznymi względami moralnego oburzenia w odniesieniu do różnych szczegółowych kwestii, stało się czymś powszechnym. Jednak te odruchy wciąż nie dotyczą spraw naprawdę zasadniczych, do których należy tkwiąca w ludzkiej naturze potrzeba życia rodzinnego opartego na trwałej relacji mężczyzny i kobiety oraz ich potomstwa. 

Porzucenie oceny kondycji moralnej społeczeństwa, jako nieistotnej zmiennej, skutkuje coraz wyraźniej postępującą erozją życia ludzkiego. Za tym idą efekty, które już zaczynają rzutować także na zekonomizowany model społeczeństwa. Razem z zanikiem rodzin coraz mniej liczne okazują się kolejne pokolenia. Wymiera powoli nie tylko Stary Kontynent, ale na horyzoncie majaczy nam także skalowana globalnie depopulacja, której rozwój bez wątpienia wiąże się dominującym systemem kapitalistycznym. Kolejne pokolenia stają się one coraz mniej liczne i coraz mniej też chętne do uczestniczenia w ekonomicznej grze światowych potęg, której zasady zgodnym chórem krytykował zarówno papieże, jak i Karol Marks. Kłopot polega na tym, że wyjście z tego systemu okazuje się coraz trudniejsze, ponieważ kapitalizm nie tylko skolonizował nasze nasze życie zarobkowe, ale także kulturę. inny świat dla większości ludzi jest trudny do wyobrażenia. Stało się tak dlatego, że kapitalizm spełnił swoją obietnicę relatywnie taniej konsumpcji dla wszysktich.

Jaka przyszłość dla rodziny?

System ekonomiczny, który dziś ma największy wpływ na ludzkie życie może podążyć różnymi drogami. Albo będzie zmierzał najpierw kierunku automatyzacji pracy by potem postąpić jeszcze dalej przeciw naturze człowieka i przesunie się w kierunku produkcji ludzi – upowszechnienie surogacji i in vitro, rozwój technologii sztucznych macic, otwarcie przemysłu rozrodczego – albo przekształci się w bardziej ludzki i akceptujący przyrodzoną kondycję człowieka. Obie tendencje obecne są w kulturze korporacyjnej, która stoi na rozdrożu. Jednak to pierwsze rozwiązanie jest bardziej prawdopodobne, ponieważ pozostaje w większej zgodzie z krótkowzroczną logiką systemu, którego jedynym właściwym celem jest wydajność i pomnażanie kapitału. Produkowanie ludzi to oczywiście odległa przyszłość, na razie kapitalizm – dopóki depopulacja jest dopiero rosnącą na horyzoncie chmurą –  będzie do cna będzie eksploatował dostępne na świecie zasoby ludzkie, tak by podtrzymać swój sposób działania bez jego reformy. Niestety, młode pokolenia, choć coraz wyraźniej buntują się przeciwko globalnemu korporacjonizmowi, zostały także już zainfekowane niechęcią zakładania rodziny. Stało się to w dużej mierze dlatego, że zobaczyły one jak źle ze swoich rodzinnych powinności wywiązywali się pochłonięci pracą rodzice, ale także dlatego, że antyrodzinna i antynatalistyczna propaganda trwa z wielką intensywnością. 

Jednak to nie jedyna przyczyna. Choć żyjemy w Europie w bogatych państwach, to równocześnie koszty oczekiwanego przez społeczeństwa i wymaganego przez państwa poziomu opieki nad dziećmi są olbrzymie. Trzeba zatem powiedzieć, że w kryzysie rodziny aspekty materialne i kulturowe bardzo mocno się mieszają i na siebie wpływają. Na dziś można powiedzieć, że “rodzina europejska” najprawdopodobniej w najbliższych dziesięcioleciach stanie się zjawiskiem ekskluzywnym, mniejszościowym, tożsamościowym i statusowym. Natomiast “rodzina w Europie” będzie miała charakter imigrancki. Jednego można być pewnym, na miejsce ludzi, którzy odejdą, uwikłani w system własnej cywilizacji, przyjdą jacyś inni nowi ludzie, których forma życia bliższa będzie naturalnemu przeznaczeniu człowieka i jego celom. Jednym z celów rodzaju ludzkiego jest gatunkowe przetrwanie.

Ludzie Kościoła lubią powtarzać, że rodzina jest przyszłością Europy. Ziszczenie się tego proroctwa może mieć jednak bardzo zaskakującą dla nas postać, ponieważ najprawdopodobniej “rodzina w Europie”, będzie czymś zupełnie innym niż “rodzina europejska”, tak jak sobie ją wciąż wyobrażamy. Dlaczego tak się może stać? Na to pytanie każdy czytający te słowa może sobie dość łatwo odpowiedzieć. 

Tomasz Rowiński

Esej ukazał się w książce "Przyszłość chrześcijaństwa w Europie", ktora ukazała się nakładem wydawnictwa Homo Dei.

 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ. 

 


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor "Christianitas", redaktor portalu Afirmacja.info, publicysta poralu Aleteia.org, senior research fellow w projekcie Ordo Iuris: Cywilizacja Instytutu Ordo Iuris, historyk idei, publicysta, autor książek; wydał m. in "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa", "Królestwo nie z tego świata. O zasadach Polski katolickiej na podstawie wydarzeń nowszych i dawniejszych", "Turbopapiestwo. O dynamice pewnego kryzysu", "Anachroniczna nowoczesność. Eseje o cywilizacji przemocy". Mieszka w Książenicach koło Grodziska Mazowieckiego.