
Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.
Powiedzieć, że demokracja jako ustrój przeżywa poważny kryzys, to powiedzieć banał, albo oczywistość. Nie tylko demokracja w Polsce, ale na całym świecie wydaje się mieć poważne kłopoty. Oczywiście biurokratyczne elity trzymające władzę energicznie temu zaprzeczą, ale szkoda czasu na dyskusję z nimi. Warto zastanowić się już nawet nie nad tym czy to co wydaje się już chylić ku upadkowi, miało rzeczywiście jakąś wartość w historii, ale co po sobie pozostawi.
Churchill powiedział w Izbie Gmin 11 listopada 1947 r. słynne zdanie,które po angielsku brzmiało Democracy is the worst form of Government except for all those other forms that have been tried from time to time. Dosłownie znaczy to mniej więcej: Demokracja jest najgorszą formą rządu, z wyjątkiem wszystkich innych form, których próbowano. Tu jednak trudno dosłownym tłumaczeniem oddać sens logiczny, który należy zapisać mnie więcej tak: Demokracja jest najgorsza — ale wszystkie inne wypróbowane formy są jeszcze gorsze. Cytując go rzadko kto jednak pamięta, że użył formuły: „it has been said” — „powiedziano”, czyli raczej przywoływał zasłyszany gdzieś aforyzm, niż wygłaszał tezę z filozofii polityki o ustrojach.
Nie zmienia to faktu, że klasyczna obrona demokracji często brzmi defensywnie: demokracja jest wadliwa, głupia, podatna na demagogię, ale inne ustroje były jeszcze gorsze. Jesteśmy często skłonni zgodzić się z tym argumentem „negatywnym”: nie dlatego demokracja jest dobra, że jest dobra, tylko dlatego, że reszta okazała się groźniejsza. Zostawmy na razie na boku klasyczną argumentację Arystotelesa, którą zresztą przytacza się często w formie mocno uproszczonej, gdy tymczasem u Filozofa (że użyję tej Tomaszowej formy) jest subtelniej: demokracja nie jest u niego najgorszym ustrojem w ogóle, lecz zwyrodniałą formą dobrych rządów wielu.
Monarchiści oczywiście w tej sprawie mają niewzruszoną opinię o doskonałości rządów królewskich. Pytania które się realnie nasuwają są trudniejsze. Czy monarchia jako taka jest gorsza albo lepsza? A może gorsze lub lepsze były konkretne monarchie w konkretnych warunkach? Czy republiki demokratyczne XX wieku są same przez się bardziej racjonalne niż monarchie konstytucyjne? Czy może jest odwrotnie? Czy powszechne wybory automatycznie dają lepszą elitę polityczną niż dynastia, arystokracja, senat, korporacje zawodowe, samorząd stanowy, Kościół, uniwersytety i inne stare formy reprezentacji?
Oczywiście można argumentować, że monarchia klasyczna miała kilka zalet, których demokracja bardzo szybko się pozbyła: ciągłość, symboliczny autorytet ponad partiami, długą perspektywę, rozdzielenie majestatu państwa od bieżącej walki politycznej. Król nie musiał co cztery lata udawać, że zbawi lud podatkiem od niczego i dopłatą do wszystkiego. Miał inną pokusę, oczywiście — ale nie tę samą.
Po I wojnie światowej runął nie tylko pewien zestaw dynastii w Europie. Runął cały porządek wyobraźni Europy dziewiętnastowiecznej. Hohenzollernowie, Habsburgowie, Romanowowie, Osmanowie — to były nie tylko rodziny panujące, ale zworniki pewnej cywilizacji politycznej. Nie zawsze sprawiedliwej, nie zawsze sprawnej, czasem ociężałej jak urzędnik cesarsko królewski, ale jednak posiadającej pamięć instytucjonalną.
Ich upadek stworzył próżnię polityczną w którą jak wiadomo weszły ideologie: republikanizm, nacjonalizm, socjalizm, komunizm, faszyzm, technokratyzm, a później, po kolejnej wojnie tak zwana liberalna demokracja w postaci nam znanej. Innymi słowy po 1918 r. Europa nie przeszła po prostu od „starego” porządku do „lepszego”, lecz weszła w laboratorium polityczne, w którym różne nowoczesne ideologie zaczęły testować człowieka, społeczeństwo i państwo (testy te wcześniej już „wdrożyły” w pewnym zakresie Anglia i Francja). Wyniki były tragiczne: kolejna wojna światowa, totalitaryzmy, zimna wojna, potem triumf liberalnego Zachodu po 1989 r. i złudzenie końca historii. Teraz, gdy Rosja, Izrael i inni rozpętały kolejne wojny, widać, jak bardzo to złudzenie było nietrwałe, okazało się tylko jedną z pauz w długim kryzysie nowoczesności.
Chcę jednak spróbować z tej perspektywy spojrzeć w przyszłość, choćby tę najbliższą, w skali lat i dekad. Czy jesteśmy w stanie przewidzieć co nas czeka po rozpadzie demokratycznego świata, który wydaje się nieuchronny? Wbrew nadziejom niektórych monarchistów, nawet gdyby ktoś uznał, że monarchia była pod wieloma względami ustrojem lepszym, stabilniejszym albo bardziej ludzkim, pojawia się problem praktyczny: powrót do monarchii i porządków dawnych, po stu latach republikańskiej mentalności jest prawie niewyobrażalny.
Monarchia nie jest przecież tylko konstytucyjnym zapisem: „od jutra mamy króla”. Monarchia wymaga całej kultury uznania. Wymaga przekonania, że władza może być dziedziczna, symboliczna, sakralna albo przynajmniej historyczna; że państwo nie jest wyłącznie maszyną do obsługi interesów wyborców; że istnieje coś takiego jak majestat, ciągłość, obowiązek wobec przeszłych i przyszłych pokoleń. A tego nowoczesny człowiek został systematycznie oduczony.
Przyzwyczajono nas, że każda władza musi pochodzić z wyborów, że każda hierarchia jest podejrzana, każdy autorytet musi się codziennie tłumaczyć przed opinią publiczną, a wszystko, czego nie można przegłosować, wygląda jak zamach na wolność. Ewentualna restauracja monarchii nie byłaby prostym „przywróceniem normalności”. Bardziej przypominałaby próbę, pardon le mot, wstawienia gotyckiego ołtarza do hali odlotów. Sam ołtarz może być piękny, ale cała przestrzeń została zaprojektowana przeciw niemu.
Po upadku dawnych form władzy inne realne alternatywy zostały albo skompromitowane, albo zapomniane, albo kulturowo unieważnione. Monarchia wydaje się anachronizmem, arystokracja — skandalem, sojusz tronu i ołtarza niemożliwością, korporacjonizm podejrzanym wspomnieniem XX wieku. Autorytet elit zdaje się żartem po stu latach edukacji masowej, mediów i internetu. A demokracja nie jest już żywym, pewnym siebie ustrojem, tylko łabędzim śpiewem wieku ideologii.
Chociaż wciąż władza mówi — jesteśmy demokratyczni, opozycja mówi — my jesteśmy prawdziwie demokratyczni, chociaż komitety bronią demokracji, ulica i zagranica podnosi demokratyczne sztandary, a media mienią się czwartą władzą w demokratycznym porządku, to wszystko coraz wyraźniej tworzy znak, że demokracja stała się nie tyle ustrojem, ile ostatnim obowiązującym zaklęciem politycznym. Największy zaś jej problem polega na tym, że zaklęcie to zaczyna tracić moc.
Nie trzeba tu opierać się tylko na intuicji. Freedom House podaje, że poziom globalnej wolności spadał w 2025 r. dwudziesty rok z rzędu. W 54 państwach sytuacja się pogorszyła, a w 35 poprawiła. V-Dem zatytułował swój raport za 2025 r. „25 lat autokratyzacji”, co dobrze oddaje szerszy trend. Świat od ćwierćwiecza nie idzie spokojnie ku liberalnej demokracji, lecz raczej ku mieszanym, chwiejnym a nawet otwarcie autorytarnym formom rządzenia.
Warto sobie uświadomić, że wbrew rozmaitym ideologom, kryzys demokracji nie polega na tym, że gdzieś wojskowi przejęli albo chcą przejąć władzę. I nie na tym że jakiś prezydent albo premier zaczął majstrować przy sądach. Tek kryzys jest o wiele głębszy i ma charakter cywilizacyjny.
Demokracja jaką znaliśmy w XX i pierwszych dekadach XXI wieku, zakładała kilka rzeczy: względnie wspólną kulturę, zaufanie do instytucji, zdolność obywateli do rozmowy, istnienie elit zdolnych do samoograniczenia, media pełniące funkcję kontrolną, partie reprezentujące realne interesy społeczne oraz — last but not least — szkołę uczącą myślenia, a nie tylko produkującą dyplomy. Na naszych oczach niemal wszystkie te warunki zostały naruszone. I — co ważne — w znacznie szerszej perspektywie niż krajowa. Nie bez znaczenia był covid, media społecznościowe, ale przede wszystkim gnicie moralności jako kręgosłupa cywilizacji.
Co zostało? Została procedura: wybory, kampanie, sondaże, debaty, rytuały konstytucyjne. Ale pod spodem często nie ma już wspólnoty politycznej. Jest rynek emocji. Demokracja bez etosu staje się plebiscytem gniewu.
Jak już wskazałem, upadek demokracji nie musi oznaczać powrotu króla, cesarza czy klasycznej dyktatury wojskowej. To byłoby aż zbyt czytelne, takiej odwracalności w historii raczej nie ma. Nowoczesność rzadko powtarza dawne formy w czystej postaci. Raczej produkuje hybrydy. Poniższe scenariusze też nie muszą się zrealizować, możliwa jest kombinacja zupełnie innego rodzaju. Cztery możliwości jednak się nasuwają i zostały opisane w różnych źródłach a ostatnia z nich zdaje się zwracać szczególną uwagę.
Pierwszy, częściowo już chyba się zarysowujący obraz, to demokracja fasadowa. W takim scenariuszu wybory nadal byłyby przeprowadzane, funkcjonowałyby partie, parlament, ale realna władza przesunęłaby się do administracji, służb, sądów i mediów. Być może udział we władzy miałyby też (a może już mają?) wielkie platformy technologiczne, banki, korporacje, organizacje ponadnarodowe. Obywatel bedzie mógł wrzucać kartkę do urny, ba, będzie mógł kandydować, ale coraz mniej spraw naprawdę będzie zależeć od tej kartki i wybranych przedstawicieli.
Drugi scenariusz to technokratyczna ekspertokracja. Usłyszymy, że świat jest zbyt skomplikowany, by zostawić go wyborcom. Klimat, migracja, epidemie, sztuczna inteligencja, bezpieczeństwo cyfrowe, finanse — wszystko to wymaga fachowców. Ekspert zaś, jak wiadomo, nie rządzi; on tylko „wdraża konieczne rozwiązania”. Scenariusz ten jest tyle niebezpieczny dla zwykłych obywateli, co bardzo wygodny dla elit rządzących, bo konieczność nie ma opozycji ani odpowiedzialności. Widać tu daleką ale wyraźną analogię z marksizmem. Tam była konieczność historyczna, tu będzie techniczna, medyczna czy geofizyczna.
Inną możliwością jest plemienna demokracja permanentnej zimnej wojny domowej. To też jest scenariusz, którego pierwsze objawy zaczynają nam majaczyć na horyzoncie. Formalnie będziemy mieć rytuał wyborów, ale każda strona uważać będzie drugą nie za rywala, tylko za zagrożenie egzystencjalne. Wtedy zwycięstwo wyborcze przestaje być zmianą rządu, a staje się czasową okupacją państwa przez jedno plemię przeciw drugiemu. Ten jednak scenariusz może mieć charakter przejściowy, do czasu ostatecznego zwycięstwa jednej ze stron przez zniszczenie drugiej.
Czwarty scenariusz jest bliski temu, przed czym ostrzega Andrzej Zybertowicz, a w ostatniej encyklice Leon XIV.
Encyklika Leona XIV Magnifica humanitas z 15 maja 2026 r. uderza dokładnie w ten punkt: nie tylko w samą sztuczną inteligencję, ale w koncentrację władzy technologicznej, która może przekształcić człowieka z osoby w obiekt zarządzania. Papież pisze, że w epoce AI zagrożona jest godność ludzka przez nowe formy dehumanizacji, a podstawowym obowiązkiem jest „pozostać głęboko ludzkimi”.
Wydaje się bowiem, że jeden z największych błędów polega na wyobrażeniu sobie, że przyszły autorytaryzm będzie miał twarz generała w ciemnych okularach, cenzora z pieczątką, czy więzienia politycznego na peryferiach miasta. Ale to jest obraz XX-wieczny, dzisiejsza forma może być dużo bardziej elegancka, miękka i trudniejsza do nazwania. Nie trzeba przecież zakazywać opozycyjnej gazety, jeżeli można obniżyć jej zasięgi. Nie trzeba wsadzać człowieka do więzienia, jeżeli można go odciąć od konta, płatności, widoczności, zatrudnienia albo reputacji. Nie trzeba palić książek, jeżeli można sprawić, że nikt ich nie znajdzie w wyszukiwarce.
Dawna władza mówiła: nie wolno. Nowa władza mówi: naruszasz standardy społeczności.
To brzmi uprzejmie, ale jak doskonale wiedzą policjanci i psychologowie, uprzejmość bywa wyrafinowanym opakowaniem przemocy.
W „Magnifica humanitas” Leon XIV wskazuje, że gdy technologia staje się najwyższym kryterium, człowiek ryzykuje redukcję do „danych, trybiku w maszynie albo towaru”. Człowiek przestaje być osobą, która ma sumienie, intencje, historię, możliwość nawrócenia, prawo do błędu i obrony. Staje się zestawem sygnałów: co kupuje, gdzie chodzi, z kim rozmawia, co ogląda, co lajkuje, jak głosuje, czy płaci na czas, czy używa niepokojących słów, czy znajduje się w sieci kontaktów ludzi podejrzanych.
W klasycznej cywilizacji zachodniej człowiek był osobą. W chrześcijaństwie — obrazem Boga. W liberalizmie — wciąż jeszcze, przynajmniej teoretycznie — jednostką mającą prawa. W demokracji — obywatelem, cokolwiek to znaczy. W cyfrowym autorytaryzmie staje się rekordem w bazie danych. W klasycznej teorii polityki pytamy: kto rządzi? Król, parlament, arystokracja, lud, partia, wojsko? W autorytaryzmie cyfrowym odpowiedź brzmi inaczej: rządzi ten, kto ustala warunki dostępu!
Leon XIV pisze, że w rewolucji cyfrowej najwyższym poziomem władzy nie zawsze jest państwo, lecz wielcy aktorzy gospodarczo-technologiczni, którzy mają faktyczną władzę nad codziennym życiem: monopolizują ekspertyzę, dane i decyzje, określają warunki dostępu, zasady widoczności, formy interakcji, a nawet możliwości ekonomiczne. To jest diagnoza ustrojowa. Papież mówi w gruncie rzeczy, że suwerenność przestaje być tylko polityczna, a staje się infrastrukturalna.
Dlatego w XXI wieku nie tylko nikt nie pyta kto ma koronę. Ale nawet pytanie kto ma większość w parlamencie staje się mniej istotne. Dziś coraz częściej trzeba pytać: kto ma serwery, modele, platformy, chmurę, dane, systemy płatności i algorytm dystrybucji widzialności.
Leon XIV w przemówieniu przy prezentacji encykliki mówił o algorytmach, które mogą blokować dostęp do ochrony zdrowia, zatrudnienia i bezpieczeństwa na podstawie danych skażonych uprzedzeniem i niesprawiedliwością. Wspomniał też o ludziach niemających głosu przy decyzjach, które mogą generować nowe formy wykluczenia i cierpienia. To jest dokładnie mechanizm autorytaryzmu cyfrowego.
Bardzo mocna część encykliki dotyczy nowych form niewolnictwa. Papież wskazuje, że świat AI nie jest „niematerialny” ani magiczny: za natychmiastową odpowiedzią maszyny stoją zasoby naturalne, energia, infrastruktura oraz niewidzialna praca ludzi: etykietowanie danych, trenowanie modeli, moderacja treści, często w trudnych warunkach i za minimalne wynagrodzenie.
Leon XIV pisze wręcz o nowych formach kolonializmu: już nie tylko panowanie nad ciałami, ale zawłaszczanie danych — zdrowotnych, epidemiologicznych, genetycznych, demograficznych — zwłaszcza w regionach słabszych strukturalnie. To jest kolonializm bez flagi. Dawniej stawiano fort, wysyłano gubernatora i zakładano kompanię handlową. Dziś wystarczy centrum danych, aplikacja, „darmowa” usługa i regulamin na 99 stron.
Churchillowska obrona demokracji była trafna w świecie, w którym istniała jeszcze pamięć innych ustrojów i świeże doświadczenie totalitaryzmów. Ale dziś problem wygląda inaczej. Nie stoimy przed spokojnym wyborem między demokracją, monarchią, arystokracją czy republiką mieszaną. Stoimy w świecie, w którym dawne formy legitymizacji zostały zniszczone, demokracja traci wewnętrzną wiarygodność, a przyszła forma władzy nie ma jeszcze nazwy. To jest właśnie najbardziej niepokojące: nie że demokracja może upaść, lecz że może upaść w pustkę. Nie w stronę powrotu króla, senatu mędrców czy dawnego porządku, ale w stronę czegoś bez twarzy: zarządzania, nadzoru, algorytmicznej opinii publicznej, miękkiego przymusu, permanentnego stanu wyjątkowego i fasadowych procedur.
Po monarchii zostały pałace, genealogie i ceremonie. Po demokracji mogą zostać formularze, loginy i regulaminy platform. I to byłaby ironia dziejów: człowiek nowoczesny obalił tron, bo nie chciał klękać przed królem, a może skończyć, klikając „akceptuję” pod regulaminem, którego nawet nie był w stanie przeczytać.
Michał Jędryka
Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.
(1965), z wykształcenia fizyk. Był nauczycielem, dziennikarzem radiowym i publicystą niezależnym. Jest ojcem czwórki dzieci. Mieszka w Bydgoszczy.