
Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.
W 1990 roku Państwowy Instytut Wydawniczy wydał pierwsze polskie tłumaczenie książki Jeana Raspaila, naonczas pisarza jeszcze w kraju nieznanego, a w świecie frankofońskich konserwatystów już popularnego. Pozycją tą była powieść „Któż pamięta Ludzi z Ziemi Ognistej” (napisana w 1986 roku). Po przeszło 30 latach stała się ona trudno dostępna, a dziś wznawiana jest przez wielkopolskie Wydawnictwo Dębogóra. Stąd też warto przyjrzeć się tej wyjątkowej powieści, która chyba nieprzypadkowo została wydana na krajowym rynku jako pierwsza, bowiem to nie tylko wciągająca historia, nie tylko dzieje się, w znanej już czytelnikowi Raspaila scenerii patagońskiej, lecz także dotyka fundamentalnych pytań o naturę człowieka i losy cywilizacji.
Jean Raspail (1925-2020) to pisarz, który zarówno swoim życiem, jak i twórczością w bardzo udany sposób pobudza struny konserwatywnej duszy. Za młodu z trzema przyjaciółmi, francuskimi skautami udał się w podróż canoe z Montrealu w górę (sic!) rzeki św. Wawrzyńca, przez Wielkie Jeziora Amerykańskie, a potem w dół Missisipi, aby uczcić pierwsze wyprawy francuskich traperów do Ameryki Północnej. Świadectwo tej wyprawy to książka „Na królewskim szlaku”. Wielokrotnie Raspail udawał się także i do Patagonii, której stał się wielkim fanem i popularyzatorem, także na łamach powieści. Bo powieści właśnie to główny nurt twórczości Raspaila. Osadzone często w osnowie rzeczywistych historii, wydobytych z archiwalnych dokumentów czy prasy, przedstawiają niejednokrotnie cywilizacje w stadium swojego zmierzchu. Bohaterowie tych powieści, romantycy walczący o zachowanie tradycji i dotychczasowych zwyczajów, porywają się na czyny bohaterskie, ale i beznadziejne. Wreszcie w powieściach Raspaila znajdziemy niejedną rozterkę natury moralnej, trudne pytania o miłosierdzie, o wiarę. Wiele z tych elementów znajdziemy także w „Któż pamięta…”.
Czy możliwe jest przy tym napisanie interesującej opowieści, której akcja dzieje się na przestrzeni nie kilku lat, nie żywota człowieka, nawet nie stu lat, lecz kilkunastu tysięcy lat? Znający inne dzieła Raspaila wiedzą, że podejmował się on już opowiedzenia kilkuset lat historii Kościoła Katolickiego („Pierścień Rybaka”), czy też francuskiej monarchii od czasów rewolucji 1789 roku po współczesność („Sire”). I udawało mu się to poprzez prowadzenie akcji powieści dotyczącej wycinka problemu równolegle w różnych czasach. W „Któż pamięta…” jednak francuski powieściopisarz podejmuje się dzieła o wiele trudniejszego – opowiedzenia na kartach tylko trzystu stron całej historii konkretnej kultury – losów patagońskich Indian z plemienia Alakalufów (Kaweskarów). Tragiczne losy patagońskich Indian Czytelnik znajdzie już co prawda na kartach słynnej powieści Raspaila „Ja, Antoni de Tounens, król Patagonii”, niemniej znajdują się tam oni niejako na uboczu historii życia głównego bohatera, pragnącego zostać tytułowym władcą południowoamerykańskich kresów. Autor wspomina tylko o agresywnej ekspansji Hiszpanów (Chilijczyków) rugujących Indian z ich dotychczasowych terytoriów, siłą nawracających na katolicyzm i pozbawiających własnej kultury. W „Któż pamięta…” to jedynie fragment opowieści trwającej tysiące lat.
Raspail pokazuje historię indiańskiego plemienia o relatywnie najsłabszej kondycji, które, u początku ludzkiej obecności w Ameryce, daje się przegnać z bogatych w zwierzynę terenów przez inne indiańskie ludy. W efekcie Alakalufowie trafiają w nad wyraz niegościnne rejony Cieśniny Magellana i Ziemi Ognistej. Lodowce, wzburzone morze, wybrzeża pozbawione roślinności lub pokryte nienadającymi się do wykorzystania, wilgotnymi, w stadium ciągłego gnicia, lasami. O uprawach czy polowaniach na lądzie tym nie może być mowy i jedynym źródłem pożywienia okazują się morskie ssaki, ryby i owoce morza. Alakalufowie stają się mistrzami przetrwania w skrajnych warunkach, spędzając większość życia na łodziach i sypiając w skórzanych namiotach. Właśnie słowo „przetrwanie” dobrze oddaje stan ich egzystencji, ciągle na granicy życia i śmierci, z tak wielkim wysiłkiem poświęconym na „przeżycie”, zdobywanie jedzenia i rozmnażanie, że na nic więcej ich już nie stać. W kaweskarskim języku ma ponoć brakować słów określających szczęście. Egzystencja patagońskich Indian, nazywających siebie po prostu „ludźmi” (to znaczy słowo „kawerskar”) bliska jest raczej zwierzęcej.
Na kartach książki Raspail oczami samych Alakalufów pokazuje kolejne etapy spotkania tej prymitywnej kultury z cywilizacją Zachodu. Od pierwszych okryć Magellana i, początkowo udanego, ukrywania swojego istnienia przed obcymi, poprzez coraz częstszą obecność białego człowieka także w Patagonii i stopniowe „cywilizowanie” terytorialnych zdobyczy, po ukształtowanie się nowoczesnych państw Ameryce Południowej i próby wciągnięcia autochtonów w życie społeczno-polityczne. Czytelnik znajdzie więc w „Któż pamięta…”, powstałe w oparciu o rzeczywiste źródła historyczne, historie misjonarzy, którzy, bagatelizując język i zwyczaje Indian, próbowali ich siłą nawracać na chrześcijaństwo i osiągali tym samym efekt odwrotny od zamierzonego. To wreszcie świadectwo braku odporności Alakalufów na choroby przyniesione przez białego człowieka – nie tylko na te przenoszone przez wirusy i bakterie, lecz także na cywilizacyjne, jak alkohol czy osiadły tryb życia. Natura morskich łowców choć odporna na surowe warunki, w starciu z zachodnią kulturą przegrywa.
Jeszcze w XIX wieku w czasie fascynacji Europejczyków egzotyką ludów pierwotnych, także Patagończycy, w dodatku posądzeni o kanibalizm, chwilowo stają się obiektem fascynacji gawiedzi chcącej podziwiać „ludzkie dziwadła” w cyrkowych klatkach. Z drugiej strony biały człowiek nie był w stanie przekonać, nawrócić patagońskich Indian z dotychczasowego sposobu życia i wierzeń, czy to przez ignorancję, brak chęci poznania języka, czy też poczucie wyższości. Jedynym scenariuszem stało się więc starcie obu cywilizacji, o efektach łatwych do przewidzenia. Choć o współczesnych Alakalufach można znaleźć w przestrzeni medialnej sprzeczne informacje, podające ich zupełne wyginięcie, bądź też przetrwanie w bardzo ograniczonej liczbie, to nie da się ukryć, że ich kultura istnieje już tylko w nielicznych historycznych źródłach i właśnie w historiach opisanych przez Raspaila.
Wszystkie te historie Raspail jest w stanie przedstawić z perspektywy indywidualnego bohatera, Indianina o imieniu Lafko, pokazując jego indywidualne wybory i wobec którego Czytelnik może odczuwać empatię. To czyni powieść francuskiego pisarza rzeczywiście wyjątkową i sprawia, że nie stanowi ona tylko relacji o zagubionej w mrokach dziejów cywilizacji, lecz także interesującą fabułę. Fabułę, która w dodatku konfrontuje Czytelnika z głębokimi pytaniami o kondycję cywilizacji.
Czy historia ginącej indiańskiej kultury to sztucznie wywołany przez Raspaila żal? A może jednak zgodne z ludzką naturą odczucie, że doprowadzenie do upadku cywilizacji to wykroczenie przeciw podstawowej, zadanej przez Boga powinności człowieka: „bądźcie płodni i czyńcie sobie ziemię poddaną”?
Ktoś mógłby pomyśleć, że problem ginącej cywilizacji jest dość odległy współczesnym mieszkańcom Polski. Czy aby na pewno? Polacy mogą nie dostrzegać tego, że i we współczesnych granicach Rzeczypospolitej żyją raspailowscy „Indianie”. Wybrawszy się w okolice Kartuz czy Kościerzyny na Pomorzu znajdziemy jeszcze osoby mówiące w innym języku – kaszubskim. Ilu ze współczesnych Kaszubów używa jednak tego języka na co dzień? Może wkrótce stanie się on już tylko folklorystyczną ciekawostką, a nie podstawowym elementem kultury i narzędziem formułowania i wyrażania myśli. Podobnie, któż z Kaszubów i mieszkańców innych rejonów Polski kojarzy zwyczaj „pustych nocy”, polegający na opłakiwaniu zmarłego poprzez śpiewanie przez trzy noce przed pogrzebem charakterystycznych pieśni religijnych? Jeszcze przed kilkudziesięcioma laty na pomorskiej wsi był to standard postępowania, dziś może kultywowany i to w ograniczonej formie przez garstkę.
Te same nuty nostalgii za odchodzącym światem znajdziemy i literaturze traktującej o tragicznych dziejach Rzeczypospolitej w ciągu ostatniego stulecia. Przykładem może być „Na skraju imperium…” Mieczysława Jałowieckiego (1876-1962), polskiego arystokraty i dyplomaty, znanego z nabycia na rzecz Polski Westerplatte i innych nieruchomości w Gdańsku w latach 1919-1920. Urodzony na Wileńszczyźnie, w młodości zjeździł Kresy wzdłuż i wszerz, bacznie obserwując dziś już nieistniejący świat polskiego ziemiaństwa na tych terenach. W jego wspomnieniach nie sposób nie dostrzegać tęsknoty nie tylko za fizycznymi świadectwami kultury szlacheckiej – dworami, folwarkami, lecz przede wszystkim za światem zasad i dawnych zwyczajów, bezpowrotnie utraconym, ostatecznie pogrzebanym przez tragedię II wojny światowej.
Choć Rzeczpospolita utraciła już tak wiele dawnych elementów swojej kultury i fizycznej obecności – choćby na Kresach – trwa nieprzerwanie od ponad tysiąca lat. Jednak nawet w szerszej perspektywie trudno uznać obecny moment za okres kulturowego rozkwitu (abstrahując od wzrostu gospodarczego), a pytania o przyszłość Narodu Polskiego nabierają szczególnej wagi. Wystarczy spojrzeć na statystyki demograficzne: trudno odnaleźć w nich choć cień optymizmu. W 2025 roku urodziło się 238 tys. dzieci, podczas gdy zmarło 406 tys. osób. Współczynnik dzietności wynosi zaledwie 1,1, pozostając daleko poniżej poziomu 2,1 zapewniającego prostą zastępowalność pokoleń. Główny Urząd Statystyczny prognozuje, że do 2060 roku liczba mieszkańców Polski zmniejszy się o około 10 milionów. Czy zatem naprawdę tak daleko nie tylko Kaszubom – mogącym się dziś poszczycić relatywnie wysoką dzietnością – lecz także całemu narodowi polskiemu do losu „Ludzi z Ziemi Ognistej”? I czy w obliczu demograficznej przewagi innych narodów oraz imigracji z regionów odmiennych kulturowo możliwe będzie zachowanie własnej kultury?
Jakie uczucia i jakie postawy taka perspektywa w nas rodzi? Czy chęć zmiany obecnego stanu, czy rezygnację i apatię? Na to pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam, natomiast Jean Raspail pokazuje, że nawet kultury trwające tysiące lat mogą zniknąć.
Jakkolwiek ważna, tematyka zmierzchu danej cywilizacji i walki o sprawy z gruntu beznadziejne obecna jest i na kartach innych powieści Raspaila, choćby składających się na sagę rodu Pikkendorfów („Siedmiu jeźdźców”, „Hurra Zara!”, „Królestwo Boreasza”). To co jednak czyni „Któż pamięta…” na tle innych powieści tego autora pozycją wyjątkową, to zagadnienie podane nie wprost, od którego jednak czytelnik nie może uciec – pytanie o istotę człowieczeństwa.
Z jednej strony na kartach powieści Raspaila znajdziemy opis prymitywnej kultury Indian, niedalekich w swojej egzystencji od zwierząt. Jedynym właściwie, co jest ich w stanie pobudzić do działania, jest głód. Wobec nietrwałości otoczenia nie stają się twórcami sztuki, a nadprzyrodzoność sprowadzają do surowych i gniewnych sił natury z reguły nie dających się niczym przebłagać. Szczęście inne niż fizyczna przyjemność, wynikająca ze zdobycia pożywienia, chwilowej obfitości w wielorybi tłuszcz, właściwie nie jest im znane.
Czy Alakalufowie to zatem jeszcze ludzie? Czy potrafią rozróżnić dobro od zła? Czy jest w nich w ogóle coś więcej niż zwierzęca natura? Z jednej strony chęć przerwania w skrajnych warunkach to niesamowite świadectwo umiejętności człowieka do przystosowania się. Z drugiej jednak to także świadectwo zdominowania człowieczeństwa przez naturę. Czy osąd ten mogą odmienić nieliczne, przechowane przez pokolenia pieśni lub tajemniczy kamień z wyrzeźbioną postacią, przekazywany przez głównych bohaterów powieści z pokolenia na pokolenie? Czy wreszcie można uznać że istnieje, zdaje się zgodnie z intencją samego autora, tożsamość Boga i natury, pozwalająca Alakalufom przetrwać w skrajnie niesprzyjających warunkach?
O ileż wyższa i bardziej bogata jest cywilizacja białego człowieka. Religia katolicka, okręty wojenne, armaty, wojsko, nowoczesna gospodarka. Czy taka cywilizacja wobec ludzi zwierzętom podobnym może zachować się inaczej niż zamykając ich w klatach? Indiańskie kobiety stają się seksualnymi niewolnicami dla przepływających przez Cieśninę Magellana marynarzy. Co bardziej ludzcy przedstawiciele nowych władców próbują tworzyć dla Alakalufów osady podobne do osad białego człowieka. Przez pierwsze kilkaset lat natura okazuje się silniejsza i udaje się to dopiero w wieku XX. Dla Kaweskarów zbudowana przez białych złota klatka nadmorskiej miejscowości Puerto Edén staje się nie „rajem”, lecz piekłem – choroby, utrata umiejętności radzenia sobie w trudnych warunkach, będących immanentnym elementem ich tożsamości. W międzyczasie kolejne grupy misjonarzy, bez znajomości indiańskiego narzecza, bezskutecznie próbujący autochtonów nawracać. Historie opisywane przez Jeana Raspaila nie wystawiają białemu człowiekowi pozytywnej cenzurki.
Czy wobec tego ta cywilizacja zdaje egzamin z człowieczeństwa? Czy pod pozorem słusznej motywacji przekazywania Dobrej Nowiny, raczej nie stało poczucie wyższości i udowodnienia swojej racji? Czy cywilizowanie Indian na siłę i wyrywanie ich z natury, nie było wyrywaniem ich z miejsca i sposobu życia przeznaczonego im przez samego Boga? Jednak, czy zderzenie kultur, które dzieli tysiące lat rozwoju mogło się skończyć inaczej? Czy patagoński „skansen” miałby rację bytu w wieku XX czy XXI? Czy nieuchronność zdarzeń powinna zamykać dyskusję o człowieczeństwie? Czy zwalnia także z indywidualnej, moralnej odpowiedzialności?
„Któż pamięta Ludzi z Ziemi Ognistej” to historia i na czasie, i ponadczasowa. Dobrze, że Wydawnictwo Dębogóra czyni ją na powrót dostępną dla polskiego Czytelnika. Zyskuje on nie tylko wciągającą historię z drugiego krańca świata, odległej Patagonii, lecz także skłaniającą do refleksji nad kondycją moralną zachodniej cywilizacji, stykającą się z innymi kulturami. Polska, przynależąc do tego kręgu kulturowego, nawet w obliczu zaborów nie musiała obawiać się wypadnięcia poza jej krąg. Dziś jednak wobec zmian demograficznych warto się zastanowić, czy los Alakalufów nie jest i nam pisany. Czy i my kiedyś nie zostaniemy zmiażdżeni przez walec historii? To czego brakuje w powieści Raspaila, to nadzieja, ale czy dla nas ona jeszcze jest?
Wojciech Labuda
Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ.
Wojciech Labuda, w latach 2021-2023 Pełnomocnik Premiera ds. ochrony miejsc pamięci, zawodowo związany z sektorem publicznym i branżą paliwowo-energetyczną, miłośnik twórczości Jeana Raspaila, Kaszub z dziada pradziada.