Komentarze
2026.02.03 17:00

Fizyk w kościele, czyli refleksji kilka o mikrofonach i głośnikach

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy.

 

Oh! smutna to jest i mało znajoma

Głuchota –
Gdy Słowo słyszysz – ale ginie koma
I jota…
(C. Norwid, Wczora-i-ja)

Od czasu, gdy do wzmacniania dźwięku zaczęto powszechnie stosować aparaturę elektroniczną – a więc co najmniej od połowy XX wieku – urządzenia sztucznie nagłaśniające pojawiły się również w kościołach. Rzecz sama w sobie wydawała się szczęśliwa. Dawniejsze świątynie wprawdzie budowano tak, by dźwięk z ambony niósł się naturalnie, ale nie zawsze było to wystarczające, zwłaszcza w kościołach większych, a także w średnich, gdy tłumnie wypełniały się ludźmi. Ciała ludzkie i ich ubrania skutecznie pochłaniają fale dźwiękowe, co osłabia słyszalność.

Zanim jednak w kościołach pojawiły się mikrofony, problem słyszalności nie był pozostawiony przypadkowi. Droga rozwiązania była po prostu inna. To architektura i geometria, a nie elektronika, służyły wspomaganiu zrozumienia kazania.

Ambona była umieszczana wysoko i z boku nawy nie z powodów estetycznych, lecz akustycznych. Wysokość skracała drogę dźwięku do dalszych rzędów, a położenie boczne ograniczało bezpośrednie odbicia od ściany znajdującej się za mówcą. Nawet daszek ambony (zwany z francuska abat-voix) miał znaczenie: działał jak reflektor, odbijając falę głosu w dół i w stronę wiernych, zamiast w sklepienie. Była to w istocie mechaniczna wersja kierunkowego wzmocnienia akustycznego.

Sprzyjała temu również architektura. Nawy o wydłużonych proporcjach wspomagały kierunkowe rozchodzenie się dźwięku, rytmiczne filary i arkady rozpraszały fale zamiast je kumulować. Jak wielkie ma to znaczenie, widać choćby w bydgoskiej „bazylice” św. Wincentego à Paulo: monumentalna rotunda pozbawiona naw i filarów ma akustykę skrajnie nieprzyjazną mowie. Nie bez znaczenia były też materiały. Kamień i drewno odbijały dźwięk szybko i „krótko”, a unikanie gładkich, równoległych powierzchni ograniczało powstawanie echa i nadmiernego pogłosu.

Istotny był również styl mówienia. Wolniejsze tempo, wyraźna artykulacja, pauzy, intonacja i melodia zdania pozwalały słuchaczowi „dopowiedzieć” to, co docierało do niego nie w pełni. Kaznodzieja mówił do ludzi i do przestrzeni, a nie do urządzenia.

Nowoczesność przyniosła tu paradoks. Wiele kościołów XX wieku uprościło formę, zrezygnowano z ambon, wprowadzono twarde, gładkie powierzchnie. Milcząco przyjęto założenie, że „od nagłośnienia jest elektronika”. Architektura przestała pomagać, a nagłośnienie zaczęło walczyć z wnętrzem. Dawniej kościół był instrumentem akustycznym; dziś bywa traktowany jak sala, którą trzeba przekrzyczeć.

To z kolei wygenerowało zupełnie nowe problemy. W ogromnej większości kościołów – śmiało można mówić o dziewięciu na dziesięć – dźwięk jest po prostu za głośny, co utrudnia, zamiast ułatwiać, zrozumienie słowa i odbiór śpiewu. Problemem stał się nie brak nagłośnienia, lecz jego nadmiar i niewłaściwe użycie. Dźwięk jest, ale sens znika. Nie chodzi o porzucenie mikrofonów, lecz o brak refleksji nad jakością dźwięku. Często zakłada się z góry, że poprawa sytuacji wymagałaby ogromnych inwestycji, na które Kościoła nie stać. Tymczasem wiele można osiągnąć środkami bardzo prostymi.

Zbyt silne wzmocnienie nie jest wbrew pozorom kwestią gustu, lecz fizyki fal akustycznych w dużej kubaturze. U źródeł problemu leży intuicja: „nie słychać – podkręcić”. Fizyka odpowiada: im głośniej, tym gorzej. Zwiększanie głośności podnosi nie tylko poziom dźwięku bezpośredniego, lecz także energię pogłosu, a pogłos nie niesie informacji – on ją rozmazuje. W rezultacie im większe wzmocnienie, tym mniej wyraźne słowa.

Nie chodzi tu o estetykę, o „ładne brzmienie”. Stawką jest rozumienie. Nadmierny pogłos i głośność powodują zatarcie spółgłosek oraz dominację niskich i średnich częstotliwości. Efekt ten pogłębia kolejny powszechny błąd: zbyt duża odległość mikrofonu od ust.

Problem potęguje fakt, że z punktu widzenia technicznego liturgia bywa traktowana jak spektakl słowno-muzyczny, podczas gdy mowa i muzyka wymagają zupełnie odmiennego podejścia. Mowa nie jest muzyką – informacja zawarta jest w krótkich impulsach, które trzeba zachować w czasie, a nie „rozmyć” pogłosem.

Każdy kościół ma pogłos niejako z definicji. To nie wada, lecz cecha, którą należy uwzględnić. Pogłos jest jak echo myśli – piękny, dopóki nie zagłusza sensu.

Najbardziej dotkliwym skutkiem złego nagłośnienia bywa przesterowanie: krzykliwe kazania, metaliczny śpiew organisty, piski przy podnoszeniu głosu. W profesjonalnych instytucjach nad dźwiękiem czuwa realizator, który reaguje natychmiast. W kościołach takiej możliwości zazwyczaj nie ma – pozostaje profilaktyka i rozsądne ustawienia.

Skąd biorą się problemy, których można uniknąć? Po pierwsze, wiele świątyń korzysta ze starych systemów, projektowanych jedynie „żeby było słychać”. Ustawienia bywają nietknięte przez dekady, choć akustyka zmienia się wraz z wnętrzem, liczbą ludzi i sposobem użytkowania. Po drugie, często ten sam tor dźwięku obsługuje kazanie, śpiew i organy – jakby jednym obiektywem fotografować portret i krajobraz.

Co zatem można zrobić? Zacznijmy od słowa. Dobra słyszalność to nie sprzęt, lecz cechy odbioru: wyraźne spółgłoski, brak dominacji basu i jednoznaczna lokalizacja źródła. Słuchacz z zamkniętymi oczami powinien wskazać, skąd mówi kaznodzieja. Dobre nagłośnienie mowy sprawia, że zapominamy o głośnikach.

Liturgia jest jednak z natury śpiewana. Tu elektronika nie powinna zastępować akustyki. Dobre wsparcie muzyki cechuje naturalność i brak agresji. Organy i śpiew powinny brzmieć tak, jakby mikrofonu w ogóle nie było.

Nie każdy kościół da się nagłośnić idealnie. Nowoczesne systemy robią to lepiej, lecz są kosztowne i wymagają fachowego projektu. Brak pieniędzy nie usprawiedliwia jednak złych decyzji. Często już obniżenie poziomu o 6–10 decybeli oraz właściwe użycie mikrofonu przynoszą natychmiastową poprawę.

Tu pojawia się czynnik psychologiczny. Dla wielu osób – zwłaszcza starszych – „dobrze słychać” znaczy „jest głośno”. Wynika to z ubytku słuchu wysokich częstotliwości i trudności w rozróżnianiu spółgłosek, kompensowanych głośnością. Paradoks polega na tym, że im głośniej, tym gorzej rozumieją, choć subiektywnie czują się bezpieczniej.

Jeśli przez lata było głośno, ustawienie ciszej wywoła bunt. Ucho adaptuje się szybciej niż rozum. Żądanie głośności nie jest roszczeniowością, lecz lękiem przed wykluczeniem. W świecie słuchawek i podcastów ucho przyzwyczaja się do dźwięku bliskiego i skompresowanego. Kościół jest jego przeciwieństwem.

Dlatego warto prosić o cierpliwość. Po kilku tygodniach wielu wiernych stwierdza, że „teraz jest lepiej”.

Na koniec sformułujmy złotą regułę proboszcza: jeśli w kościele jest trochę za cicho, ludzie się przyzwyczają. Jeśli jest trochę za głośno – będą cierpieć, choć rzadko powiedzą to wprost. W kościele cisza sprzyja modlitwie, a krzyk jedynie złudzeniu, że coś zostało powiedziane.

Michał Jędryka

 

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcia pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostanie przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co więcej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ. 

 

 


Michał Jędryka

(1965), z wykształcenia fizyk. Był nauczycielem, dziennikarzem radiowym i publicystą niezależnym. Jest ojcem czwórki dzieci. Mieszka w Bydgoszczy.