Felietony
2023.12.29 10:54

Bezdzietność

Ten artykuł, tak jak wszystkie teksty na christianitas.org publikowany jest w wolnym dostępie. Aby pismo i portal mogły trwać i się rozwijać potrzebne jest Państwa wsparcie, także finansowe. Można je przekazywać poprzez serwis Patronite.pl. Z góry dziękujemy. 

Kiedy przyjdziesz, dziecię moje?

(Pauza)

Kiedy dłonie me ukoję jaśminowym ciałkiem twoim?

F. G. Lorca, Yerma

 

O ile mnie pamięć nie zawodzi to twórca krytycznej filozofii historii, Henri-Irénée Marrou, powiedział, że filozof szuka zawsze „najszerszego zamknięcia” danej kwestii. Kiedy jednak owo zamknięcie jest tak szerokie, że nic już nie wyjaśnia? Jest to pytanie ważkie i nie wiem, czy można na nie sformułować dostatecznie - no właśnie! - ogólną odpowiedź. Być może granice namysłu (np. użyteczności hipotezy) dane są nam jedynie poprzez niego i w nim. To znaczy, że wyłaniają się przed nami w procesie myślenia niby kontur linii brzegowej przed człowiekiem na oceanie.

To jednak, o czym pragnę dziś pisać, jest funkcją nie szerokości, lecz głębi spojrzenia. Chodzi mi o coś, co za Hildebrandem można nazwać „spiskowaniem z logosem rzeczy”, choć po prawdzie chodzi mi raczej o… odmowę spiskowania z Logosem przez ludzi. Rzecz to nadzwyczaj subtelna i byłabym spokojniejsza sądząc, że tego, co mam tu do powiedzenia, nie zrozumie tylko młokos (co do wieku czy co do sposobu bycia). Niestety ta pociecha nie jest mi dana. W istocie sądzę, że także starzec (co do wieku czy co do sposobu bycia) będzie tu w nie lada kłopocie. Sama znam jednego tylko myśliciela, w którego palcach widzę tę cienką niczym babie lato nić, lecz jest ona tak cieniuchna iż niejeden - dumny z siebie niczym dziecko demaskujące nagiego cesarza - zawoła „tam nie ma żadnej nici!”. Myślicielem tym jest Sergiusz Awierincew - mało dziś chyba znany, co jednak nie jego oskarża. Pisał ten spiskowiec Logosu i logosów rzeczy:

„najbardziej nawet »domowe«, »familijne«, najbardziej – jeśli można tak powiedzieć – »mieszczańskie« lekcje codziennej obyczajności prowadzone są na tym samym poziomie, na którym roztaczają się podniosłe wizje porządku świata” (S. Awierincew, Świat jako szkoła, w: tegoż, Na skrzyżowaniu tradycji, s. 207–208).

Tak! Owszem, więcej nawet! Istnieje ścisła zależność między porządkiem świata (Logosem) a codzienną obyczajowością i w ogóle logosami w codzienności, zwłaszcza zaś „domem”, „familią” i związanymi z tym relacjami! Oto moja teza - ta właśnie cieńsza od babiego lata: powszechny zanik zmysłu rodzenia na Zachodzie (tutejsze wymieranie, bezpłodność, seksualna wsobność) ma związek ze stosunkiem do Logosu. Chodzi tu o zerwanie zdolności postrzegania relacji między logosem własnego ciała (celowość układu rozrodczego) a Logosem, krócej: między pro-creatio a Creatio. Z kolei, twierdzę, zdolność ta nie wygasła w ludziach sama z siebie niczym zmysły człowieka w starczych latach. Została ona raczej wygaszona wskutek zupełnego załamania się sfery symbolicznej za Zachodzie, bez której człowiek nie może się pojmować, gdyż słowo i symbol są antropologicum.

Co jednak - badajmy dalej - jest najpewniejszym rezerwuarem zasobów symbolicznych? Oto nasze schody, a raczej - nie wątpmy o tym - Jakubowa drabina. Rezerwuarem zasobów symbolicznych (przez co rozumiem treści żywych i dających życie, upostaciowanych w znaku czy komunijnym układzie znaków) jest religia. A jeśli religia, to jej „serce” i jej „głos”, a więc rytuał, a więc pietas, a więc… liturgia.

Spójrzmy teraz na tę przedziwną familię chrześcijaństwa: [Bóg] Ojciec, [Człowiek] Matka, [Bóg, Człowiek] Syn. Oto przenikanie zasady Boskiej i ludzkiej: Logosu i logosu/logosów.

Trzeba nam teraz ustalić, gdzie byli oni przede wszystkim spotykani. I to spotykani nie na sposób reprezentacji czy przypomnienia („o, spójrz na tę przydrożną kapliczkę!” czy „wspaniałe są te freski Fra!”), lecz uobecniani? Twierdzono przez wieki i wielu chrześcijan tutejszych wciąż twierdzi, że uobecnianie, niesłychane rekapitulowanie logosów przez Logos dokonuje się w liturgii chrześcijańskiej, a właściwie we Mszy. (A jeśli, Czytelniku, syczysz tu zniecierpliwiony na ten trop chrześcijański, to wiedz, że „trzy są rzeczy nienasycone - owszem cztery” - o których filozofia nigdy nie powiedziała dosyć: ogród, macierzyństwo, liturgia. I łono nierodzące. I jeszcze koniec świata). W tejże to liturgii mszalnej dokonywało się najwyrazistsze i najzupełniejsze przywołanie-adorowanie Syna i Matki skierowanych ku Ojcu pochylonemu nad ludzką dziedziną. Liturgia teocentryczna jest tu zatem ojco-centryczna. Z kolei jest ona matko-centryczna i, nie inaczej, dziecko-centryczna. Płodzenie-zradzanie w dziedzinie ludzkiej pozostawało w „grze obrazów” z płodzeniem-zradzaniem Boskim. Ludzkie pro-creatio niejako odtwarzało i uobecniało, na ile było to w jego naturze, Creatio.

Jeżeli człowiek jest homo religiosus, to jest on również homo liturgicus, przez co rozumiem, że zwraca się ku Bogu lub bogom w akcie chwalby, a nawet, że swemu życiu stara się nadać charakter chwalebny („zadowolić bogów”, „ucieszyć ich”, „ułożyć się z nimi”). I, owszem, swym działaniom kultycznym nadaje charakter publiczny: sacra publica. Oto właśnie leitougia i leitourgos. Zasadnicze zatem (twierdzę), a przynajmniej nietrywialnie, znaczenie ma fakt załamania się symboliki mszalnej katolicyzmu dokonane wraz z liturgicznym zwrotem antropocentrycznym po reformach lat 60-tych i 70-tych XX wieku i trwające po dziś dzień wyniszczanie starożytnej liturgii zastępowanej przez niebotyczny chaos w dziedzinie znaków, a także doktrynalno-dycyplinarnej. Nie będę opisywała przemian dziedziny symbolicznej w starym i nowym rycie, literatura jest tu bowiem tak kolosalna, jak zakurzona. Nie jest z pewnością powinnością felietonistki dokonywać streszczeń wnikliwych i rozbudowanych wywodów myślicieli związanych z różnymi dyscyplinami, niech jej tylko wolno będzie zauważyć mozolne wyłanianie się „filozofii liturgii”, której pisząca te słowa stara się dzielić wysiłki.

Owszem, mogłabym napisać coś prostego i nie wszystkim wiadomego, a mianowicie, iż czynnikiem istotnie wpływającym na dzietność jest alfabetyzacja, a dokładniej: alfabetyzacja kobiet. Demografowie mówią w tym kontekście o hipotezie alfabetyzacji. Moim celem jest jednak coś dokładnie przeciwnego, a mianowicie odejście od dyskursu socjologicznego i demograficznego celem ukazania metafizycznych podstaw kryzysu dzietności. Owszem, śmieszy mnie i poniekąd nawet gorszy, gdy kwestia tak nie-sa-mo-wi-ta i niezwykła, jak nierodzenie sprowadzana jest do polityki społecznej. Nie o „kryzys demograficzny” bowiem chodzi, ale właśnie o bezdzietność. O odmowę płodzenia i rodzenia. A zatem o coś najgłębiej nienaturalnego. Tę właśnie nienaturalność tu adresuję. O tej to nienaturalności twierdzę, że jest ona w głębokim, choć utajonym i pośrednim, związku z załamaniem się uobecniających struktur symbolicznych w najwyższej i najdoskonalej formie danych w „źródle i szczycie” życia religijnego na Zachodzie, tj. w katolickiej Mszy starego obrządku z jej naciskiem na „kobiece i męskie”, „ojcowskie i macierzyńskie”, „boskie i ludzkie”, a także na zależność, porządek, hierarchię i telos. Również na wspólnotę skierowaną w jednym kierunku (Ojca) i podążającą za opiekunem kultu („ojcem”) niczym rodzina mająca jeden cel. O nacisku na mszalne „maniery” nie wspomnę nawet, choć przecież „najbardziej nawet »domowe«, »familijne«, najbardziej – jeśli można tak powiedzieć – »mieszczańskie« lekcje mszalnej obyczajności prowadzone były na tym samym poziomie, na którym roztaczają się podniosłe wizje porządku świata”…

Należy przy tym rozumieć, że symbol oddziałuje poza afiliacją, a zatem że niejako „rozlewa się” na wiernych i niewiernych, wyznających i niewyznających i że podobnie jak liturgia jest publiczny. Słusznie zaznaczał Ricoeur, że choć nie trzeba w symbolu widzieć wezwania, to jednak trzeba widzieć w nim wyznanie. I to właśnie wyznanie jest jakby apelem skierowanym do każdego, kto pozostaje w obrębie oddziaływania danego symbolu. Jednocześnie on sam jakby przenika w głąb osób (w duchu psychologii głębi należałoby mówić o jego oddziaływaniu na nieświadomość) jednocześnie przecież dokonując afirmacji danych treści na poziomie całej kultury.

Należy zatem rozumieć, że dzieci nie rodzą się, gdyż żyjemy w sytuacji Trwogi. Chodzi mi tu nie tyle o doświadczenie psychiczne, ile o stan bytu „zablokowanego” w komunikacji z człowiekiem. Sama psychologia trwogi jest tu zresztą również ciekawym aspektem. Kilkukrotnie już słyszałam od młodych ludzi o ich zamiarze powstrzymania się od prokreacji z lęku (nie, nie o warunki bytowe) o… kształt duszy dziecka, o zanik efektywnej psychagogii. „Przegram ze światem, nie będę mogła przekazać mu właściwego rozumienia dobra i zła”, „znikło prawdziwe kształcenie, więc kim się dziecko bez niego stanie” - oto wątpliwości znanych mi dwudziestokilkulatków. Tak, trwoga. Tak, Trwoga. Gdy nagle milknie niesiony ku nam przez wieki krzyk Racheli „spraw, żebym miała dzieci, bo inaczej umrę!” (Rdz. 30,1) należy się trwożyć. I gdy nie słychać bolesnego skowytu bezdzietnej Yermy, bliższej nam może:

 

Chcę syna, cierpień wołam, co syna przynoszą. Dwa źródła mleka pulsują w mej piersi, tętnią jak konie, gdy pędzą przed siebie i potrącają zwisłe gałęzie nad ziemią, ciężkie gałęzie tęsknot z drzewa moich pragnień. Oj, biedne moje, biedne, ślepe piersi! Gołąbki bez bieli, bez oczu, stworzenia! Jak boli biedna moja krew, więziona, tysiąc żądeł kłuje moje łono! Gołąbki bez bieli, bez oczu stworzenia! Jak boli biedna moja krew, więziona, tysiącem żądeł kłuje moje łono!

 

Tymczasem… nie. Zachód nie woła już cierpień, co dziecko przynoszą. „Cierpienie” samo ma dla niego inne oblicze. Nie Yermy - bohaterki z najwyższym taktem i przenikliwością opisanej przez nadzwyczajnego poetę i dramatopisarza Lorcę, poza tym homoseksualistę. (Nie czytajcie Państwo bzdurnych egzegez feministycznych jego złożonych postaci kobiecych, vita brevis!). Figurą cierpiącego stał się oto Gej. Towarzyszy mu kobieta cierpiąca z powodu niemożności spędzenia płodu. Na czoło cierpienia wysuwa się teraz jednak osoba tranzycyjna: ni to kobieta, ni to mężczyzna - jakby w drodze między jednym a drugim, choć jest to tylko dead end. Oto nasza trójca coraz bardziej nietykalna w dziedzinie symbolicznej: Gej, Trans i Termina („terminacja ciąży”). (Trójcy tej wolno jednak brukać i deptać symbole Ojca, Matki, Syna, wolno też przerywać uobecniające czynności liturgiczne, dawne symbole przeznaczone są wszak do egzekucji). Dziecka nie ma i - tu akurat nie trzeba wiele przenikliwości - nie będzie.

Justyna Melonowska

-----

Drogi Czytelniku, prenumerata to potrzebna forma wsparcja pracy redakcji "Christianitas", w sytuacji gdy wszystkie nasze teksty udostępniamy online. Cała wpłacona kwota zostaje przeznaczona na rozwój naszego medium, nic nie zostaje u pośredników, a pismo jest dostarczane do skrzynki pocztowej na koszt redakcji. Co wiecej, do każdej prenumeraty dołączamy numer archiwalny oraz książkę z Biblioteki Christianitas. Zachęcamy do zamawiania prenumeraty już teraz. Wszystkie informacje wszystkie informacje znajdują się TUTAJ


Justyna Melonowska

Justyna Melonowska (1976) - absolwentka Prywatnego Żeńskiego Liceum Sióstr Urszulanek we Wrocławiu, psycholog, doktor filozofii. Kieruje Pracownią Filozofii Wychowania w Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Członkini European Society of Women in Theological Research.