Duchowość
2017.04.14 17:37

Wody głębokie nie potrafią ugasić miłości

„Szczęśliwe tych dusz stadła spojone miłością” – pisał Aleksander Teodor Lacki, aby zaraz potem dodać: „Wasze szczęśliwości do niebieskich mieszkańców przyrównam radości”[1]. Na podstawie tych dwóch wersów można wysnuć wniosek, że siedemnastowieczny poeta, zgodnie z najstarszymi tradycjami chrześcijańskimi, uznał miłość Boga i człowieka za fundament Królestwa Bożego. Niebo odmalowywano wówczas jako łąkę, na której dusze sycą się wzajemnie swoją obecnością. W rzeczy samej, dojrzała, prawdziwie duchowa więź między osobami zawiera w sobie pewien przedsmak wieczności[2], zmierzając zarazem w kierunku życia przyszłego jak gdyby do utraconej ojczyzny albo ziemi obiecanej. Wyjście poza granice swojego «ja» w kierunku «drugiego» prowadzi następnie ku przekroczeniu ram doczesności. Nie może być inaczej, skoro w świetle Objawienia miłość jawi się jako „płomienie Pana” (Pnp 8, 6), a nawet jako pełnia doskonałości (zob. Kol 3, 14), która „pochodzi od Boga” (1J 4, 7).

Wiadomo, że śmierć i zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa urzeczywistniły wieczną perspektywę ludzkiego życia i miłości. Obie wprowadzone zostały w królewskie komnaty (por. Pnp 2, 4), aby mogły stać się w niebie częścią Bożej pełni. Już jednak niektóre księgi Starego Testamentu opisywały bolesne rozdarcie pomiędzy świadomością śmierci a pragnieniem czegoś, co w samej swej istocie opiera się wszelkiemu przemijaniu. Dlatego też w ostatnim rozdziale Pieśni nad pieśniami Oblubienica w takich oto słowach wyśpiewuje Oblubieńcowi swój hymn o miłości: „mocna jak śmierć jest miłość, wody głębokie nie potrafią ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki” (Pnp 8, 6.8). Początkowa fascynacja dwojga przeistacza się w uczucie dojrzałe i angażujące najgłębsze pokłady osobowego «ja». W zjednoczeniu kobiety i mężczyzny odkryta zostaje bowiem tajemnica osoby wraz z jej najbardziej intymnymi sferami, niedostępnymi dla kogokolwiek poza jedynym poślubionym oblubieńcem. Pieśń nad pieśniami wyraża to przy pomocy alegorii ogrodowego źródła: „Jesteś ogrodem dobrze zamkniętym, siostro moja i oblubienico moja, ogrodem starannie zamkniętym, źródłem zapieczętowanym” (Pnp 4, 12). Głębokie spotkanie oblubieńców jak gdyby otwierało zatrzaśnięte wrota do duchowego ogrodu umiłowanej osoby. Ale nawet w cieniu tej radosnej celebracji życia skryła się perspektywa śmierci: et in arkadia ego. Pragnienie zjednoczenia z kimś drugim, w kim rozpoznało się kość z własnej kości i ciało z własnego ciała (zob. Rdz 2, 23), staje wkrótce naprzeciw tragicznej prawdy o przemijalności wszystkiego, co istnieje. Dwie największe siły – płomień miłości i ciemność śmierci – tym razem zdają się sobie przeciwstawiać i nawzajem równoważyć. Literatura piękna, a zwłaszcza literatura barokowa konflikt ten opisywała najczęściej w kontekście więzi oblubieńczej, w szczególny sposób jednoczącej i życiodajnej[3]; aczkolwiek doświadczany jest on równie mocno w każdej innej relacji.

Czy istnieje sprzeczność większa od tej, która zachodzi pomiędzy miłością a śmiercią? Pierwsza dąży przecież do całkowitej afirmacji kogoś drugiego, odkrycia jego jedyności i zamieszkującego w nim ducha, druga natomiast – sprowadza niepowtarzalny świat osoby do prochu i nicości. W pewnym sensie kochać oznacza – unieśmiertelniać, spoglądać na drugiego jak gdyby z perspektywy Chrystusa. Jednocześnie śmierć pozostaje powszechną koniecznością. Stąd też mędrzec Syrach skarży się, że „smutny los został przygotowany dla każdego człowieka” (Syr 40, 1), a Jeremiasz rozpamiętuje Rachelę, która „opłakuje swoich synów i nie chce, by ją pocieszano, bo nie ma ich już” (Mt 2, 18). Misterium paschalne Boga-Człowieka i Miłości Wcielonej zmieniło jednak przekleństwo przemijania w błogosławieństwo narodzin do nowego życia. Sama śmierć została uśmiercona i na zawsze zamknięta w grobie. Jednym z owoców drzewa krzyża stała się wobec tego obietnica, mówiąca że „miłość nigdy się nie kończy” (1Kor 13, 8). Nawet jeśli „proroctwa się skończą”, „zniknie dar języków” i „wiedzy już nie stanie” (1Kor 13, 8), ona – jak mówi staropolski przekład ks. Jakuba Wujka – „nigdy nie ginie”. Spośród wszystkich darów duchowych tylko jej przyobiecana została wieczność[4]. Apostoł Paweł nie precyzuje, o jaki rodzaj miłości tu chodzi, dlatego należy przyjąć, że jego „nowotestamentowa Pieśń nad pieśniami” dotyczy całej gamy relacji na wzór Trójcy Świętej. Agape stanowi przecież grunt dla każdej ludzkiej więzi, od rodzicielskiej czy przyjacielskiej, aż po małżeńską. Świadczy o tym użycie czasownika ἀγαπᾶτε w Ef 5, 25: „Mężowie miłujcie swoje żony, tak jak Chrystus umiłował swój Kościół”. Mowa tu o relacji czerpiącej z pełni Najświętszego Serca Jezusa, a zatem przechodzącej także przez wszystkie stadia Jego tajemnicy paschalnej: drogi krzyżowej, mniejszych czy większych wyrzeczeń dla drugiego, ale również śmierci i zmartwychwstania.

Księga Tobiasza mówi o inspirowanej przez Boga jedności kobiety i mężczyzny: „pokochał ją bardzo, a jego serce już na zawsze przylgnęło do niej” (Tb 6, 19). Sednem relacji małżeńskiej (stanu przynależącego w swym zewnętrznym przejawie do obecnego wieku), jest zatem „złączenie duszy z duszą”[5], owe „przylgnięcie serca”, którego z kolei nie sposób zamknąć w ramach doczesności[6]. Cytując parafrazę staropolskiego poety, siódmy sakrament Kościoła „wraz cielesną miłość z duszną godzi”[7]. Ta duchowa podstawa stale wychyla się ku życiu wiecznemu[8]. Jaka jest jednak eschatologiczna perspektywa więzi małżeńskiej, skoro z jednej strony „miłość nigdy się nie kończy” (1Kor 13, 8), z drugiej jednak – „gdy nastąpi zmartwychwstanie, nikt nie będzie ani żenił się, ani za mąż wychodził” (Mt 22, 30)? W odpowiedzi na to pytanie, św. Augustyn stwierdził, że „symbol małżeństwa z jedną żoną za naszych dni oznacza przyszłą jedność nas wszystkich, poddaną Bogu w jednym państwie niebieskim”[9]. Wspólnota małżeńska, zachowując swoją wyjątkowość, rozszerzałaby się coraz bardziej, wpierw na dzieci i potrzeby Kościoła, a w perspektywie Królestwa Bożego – na wszystkich świętych. Intuicję tę kontynuował średniowieczny mistyk, bł. Jan Ruysbroeck, zdaniem którego w niebie „będziemy wiecznie, z miłością i z radością przebywać nawzajem jeden w drugim i radować się w Chrystusie”[10]. W podobnym tonie św. Franciszek Salezy wychwalał prawdziwą miłość, która sama w sobie jest już antycypacją życia anielskiego: „Jak dobrą jest rzeczą kochać się wzajemnie na ziemi na podobieństwo tego, jak się kochają w Niebiosach, i nauczyć się tak obcować na ziemi, jak obcują w Niebie”[11]. O jedności wszystkich zbawionych, która nie jest jakimś zanurzeniem się w powszechnej, ponadosobowej miłości, ponieważ nie usuwa wyjątkowości i niepowtarzalności każdej pojedynczej relacji, konsekwentnie pisali również późniejsi święci Kościoła. Również wielki osiemnastowieczny mistrz duchowy, św. Alfons Maria de Liguori, w następujący sposób opisywał wzór chrześcijańskiej wdowy:

 

Pomnaża (…) swoje modlitwy, częściej w Komunii Świętej łączy się ze swym Boskim Oblubieńcem i Pocieszycielem, przywiązuje się silniej do Niego, uznając doznaną stratę za nowo zerwany węzeł, który ją łączył z tą ziemią, i ożywia w sobie nadzieję na spotkanie z ukochaną osobą w niebie[12].

 

Liguori odczytywał sens wdowieństwa przez pryzmat uczestnictwa w drodze krzyżowej Jezusa Chrystusa. Rzeczywiście, tradycyjna duchowość upatrywała w tym integralną część tajemnicy paschalnej ludzkiej miłości. Jako taka wiedzie ona do nowego życia, w którym kobiety i mężczyźni „będą żyli jak aniołowie w niebie” (Mt 22, 30), ponieważ objawi się tam miłość, jakiej „serce ludzkie nie zdołało pojąć” (1Kor 2, 9). W wymiarze ziemskim wiąże się z tym wezwanie do porzucenia spraw przygodnych oraz zaparcia się samego siebie: „kto by bowiem pragnął ocalić swoje życie, straci je, kto by zaś stracił swoje życie dla Mnie, ocali je” (Łk 9, 24). Wielu świętych postrzegało wdowieństwo jako swego rodzaju drogę mistyczną, wiodącą przez oczyszczenie zmysłów, obumieranie na wzór ziarna rzuconego w ziemię (por. J 12, 24), zjednoczenie z Boskim Oblubieńcem, aż po ponowne spotkanie ze zmarłym ukochanym w centrum Jego Serca. „Jak śmierć mocna jest miłość, skłaniająca nas do wyrzeczenia się wszystkiego; wszakże staje się ona również jako Zmartwychwstanie wspaniała, dla przyobleczenia nas w chwałę”[13].

Fałszywą byłaby jednak duchowość nie dostrzegająca ludzkiego dramatyzmu tej drogi. Ból po stracie bliskiej osoby nie świadczy przecież o małej wierze; raczej odwrotnie – wiara oświetla cierpienie blaskiem Wielkanocy[14]. Nawet męka Syna Bożego poprzedzona była smutkiem Getsemani. Dlatego też Jan Kochanowski w akcie buntu przeciw etyce stoickiej pisał: „Prózne to ludzkie wywody, żeby szkodą nie zwać szkody”[15]. Także inny współtwórca polskiego renesansu, Łukasz Górnicki, zostawił po sobie przejmujący tren na śmierć swojej żony:

 

By płacz, najmilsza moja, mógł mi cię powrócić,

A to, co się już stało, chciał Bóg nazad wrócić,

Wylałbym wszystkie me łzy, aby się zmiłował

Bóg, a żywotem ciebie, mnie tobą darował[16].

 

Tren Górnickiego nie kończy się pocieszeniem, a jedynie – mniej lub bardziej retorycznym – wołaniem o rychłe zabranie go z padołu ziemskiego. W nieco inną stronę zwrócił się jednak poeta katolicki wczesnego baroku, Jan Dominik Morolski. W jednym z utworów prosi on Boga o łaskę zjednoczenia ze zmarłą żoną w wieczności, przyjmując zarazem, że lata samotnej pielgrzymki mają w planach niebios szczególną wartość. Opatrzność, która zechciała wprząc Jana Dominika i Zofię w jedno jarzmo, tym bardziej nie rozdzieli ich przecież przy zmartwychwstaniu: „Żeby mię złączył z tobą, życzę sobie, Ten, co mię był dał tobie”[17]. Do uczestnictwa w przyszłym obcowaniu świętych należy jednak dojrzewać poprzez coraz to ściślejszą komunię z Najświętszym Sercem Jezusa. Autor wydanej w 1628 roku Pamiątki śmierci małżonki dostrzegł więc w swoim wdowieństwie wąską i ciernistą drogę do uświęcenia. Na jej końcu czeka nowy świt, nowe spotkanie, nowe objawienie życia, choć „już w innej postaci” (Mk 16, 12). „O szczęśliwy dniu, w który i nas obu, i bracią inszą Bóg pobudzi z grobu”[18] – pisze poeta, pełen przekonania, że jeśli znajdzie się wśród godnych zmartwychwstania do wiecznej szczęśliwości, z pewnością będzie mógł kontemplować oblicze Boga wraz z oblubienicą. W innym miejscu Pamiątki głos zabiera sama zmarła Zofia Kłosowska: „Mężu mój, choć ja teraz daleko od ciebie, przecie nas tylko jedna noc dzieli od siebie”[19]. Nocą tą – w przewrotny sposób kojarzącą się z nocą poślubną – może być podległe grzechowi i cierpieniu życie doczesne, albo oczyszczenie zmysłów. Wbrew pozorom, trwa ona dość krótko, zaś po niej następuje nieskończony poranek. Podobnie pisał Richard Crashaw, dla którego opuszczenie obecnego świata nie dzieli, lecz raczej ściślej łączy synów i córki Boże:

 

Przez śmierć powtórnie poślubieni sobie,

Drugie małżeńskie łoże mają w grobie;

Bo choć dłoń Losu wymusić umiała

Rozwód, co duszę oddziela od ciała,

Męża i żony nigdy nie rozdzieli,

Jedno albowiem wspólne życie mieli (…).

Niech śpią więc, niech ich nikt nie wzywa,

Póki nie minie noc burzliwa

I świt nie wstanie nieskończony.

Wtedy rozsuną się zasłony,

A oni spojrzą, obudzeni,

W dzień, co się nigdy w noc nie zmieni[20].

 

Przemiana ciała, ze śmiertelnego w nieśmiertelne, przypieczętuje koniec obecnego kształtu świata, którego częścią jest małżeństwo. Ujawni to jednak nową formę obcowania kobiet i mężczyzn, znacznie głębszą od małżeńskiej, ponieważ przekroczy ona ramy stworzonej natury. Zmysły przestaną już pośredniczyć w poznaniu tajemnicy drugiej osoby, owego „ogrodu starannie zamkniętego” (Pnp 4, 12); w dniu powszechnego zmartwychwstania stanie się możliwa bezpośrednia łączność dusz w wypełniającym wszystko Ciele Chrystusa[21]. „Będzie to społeczność tych, którzy mają w Bogu jedną duszę i jedno serce. Jedność owa będzie doskonała po ziemskiej pielgrzymce” – nauczał św. Augustyn. „Wobec tego sakrament małżeństwa w naszych czasach utożsamił się z małżeństwem jednego mężczyzny z jedną kobietą”[22].

Zgodnie z treścią chrześcijańskiej cnoty nadziei, „wszystko przyczynia się do pomnażania dobra u tych, którzy miłują Boga” (Rz 8, 28). Wszakże On sam – mówi trudna, ale ożywcza nauka Pisma – „sprowadza śmierć i ożywia, przywodzi do umarłych i spośród nich wyprowadza” (1Sm 2, 6). Toteż Morolski wyznaje, że śmierć jego żony, połączona z nadzieją spotkania jej kiedyś w przybytkach Pańskich zrodziła nowe, niespodziewane dobro: zapaliła jego serce do bardziej żarliwej pracy nad swoim zbawieniem („Więc żebym z tobą rad wiódł kompaniją wiecznie, widzę, że świętym zostać potrzeba koniecznie”[23]), jak również do oderwania się od doczesnych przywiązań („Nieszczęśliwy, a tęskniąc za tobą się spieszę”[24]). Staropolskie utwory żałobne proponują radykalną zmianę spojrzenia na ludzkie więzi; od perspektywy poddanej marności do bolesnej wprawdzie, ale oczekującej chwalebnej przemiany stworzenia: „Bracie sieroto, co wierzysz, że w niebie małżonka, ociec, matka czeka ciebie, pomnimy na to, a żyjąc na ziemi, myślą ustawicznie przestawajmy z niemi”[25]. W innym miejscu Pamiątki duch Zofii zapewnia poetę: „Przyjacielu mój, w niebieskiej krainie, tam miłość nasza nigdy nie przeminie”[26]. Teksty te przywołują na myśl utwór innego poety epoki baroku, Józefa Bartłomieja Zimorowica, który tak oto kończy swój lament nad grobem zmarłej ukochanej:

 

Tymczasem ty w modlitwach twych pamiętaj o mnie,

Ja też ciebie przed Bogiem nigdy nie zapomnę.

Ja umieram, lecz miłość między nami szczera

Niech wiecznie żyje, niechaj nigdy nie umiera[27].

 

Na tym związek czasu z wiecznością się jednak nie kończy. Morolski w dość ciekawy sposób interpretuje biblijną zapowiedź: „Wszyscy będą jak aniołowie w niebie” (Mt 22, 30). Opiera się ona na patrystycznym rozumieniu figury «anioła» jako specyficznej funkcji stworzeń duchowych. Angelos oznacza wszakże posłańca, istotę zaangażowaną w służbę. „Należy pamiętać, że nazwa aniołów dotyczy nie ich natury – pisze św. Grzegorz Wielki – lecz urzędu. Każdy duch w niebieskiej ojczyźnie jest zawsze duchem, ale nie zawsze go można nazwać aniołem. Wtedy jest aniołem, kiedy coś zwiastuje”[28]. Zgodnie z tą wykładnią Morolski wyraża nadzieję na to, że śmierć jego żony w rzeczywistości nie zakończyła ich wzajemnego stosunku. Z pewnością drastycznie ograniczyła wyrazistość obecności drugiego, ale dała mu jednocześnie wyjątkowego pośrednika u Boga: „Siostro moja w niebieskie przeniesiona strony, pomni, żem twój na ziemi brat osierocony”[29]. Odtąd Zofia stała się obywatelką nieba, angelo Deo, która wstawia się za swoim pozostawionym na ziemi mężem. Podobnie jak Orszulka, adresatka Trenów Kochanowskiego, wyjednuje ona swoim najbliższym łaski, pokrzepia ich i wspiera tak, jak aniołowie wspierali bohaterów wiary Starego i Nowego Przymierza. Co więcej, raz za razem zwiastuje im dobrą nowinę o „żywocie tym ważniejszym”[30], w którym jednocząca serca miłość – rozpoczęta w rzeczywistości rodziny – rozwija się, rozkwita, przemienia i rozszerza na obcowanie świętych. „Bóg wziął duszę, ciało zaś i kości wszyscy święci piastują ku tobie z miłości”[31].

Poranek Wielkanocny ukazuje ponowne spotkanie Oblubieńca i Oblubienicy. Jeszcze dwa dni temu Ukochany wydał ostatnie tchnienie i poległ w cieniu śmierci, dlatego dusza „stała przed grobem i płakała” (J 20, 11). Mistyczną zapowiedzią tego zdarzenia mógł być fragment Pieśni nad pieśniami: „W nocy na posłaniu moim szukałam tego, którego miłuje moja dusza. Szukałam go, ale nie mogłam znaleźć” (Pnp 3, 1). Wkrótce nastąpiło jednak pojednanie. Oblubienica już więcej nie płakała, przestała również rozpaczliwe wypatrywać Oblubieńca tam, gdzie już Go nie było (zob. Łk 24, 5). Zamieszkał bowiem nie w ciemności „nocy”, ani na „posłaniu” doczesnego świata. Pojawił się raczej w nowym raju, pod postacią ogrodnika. Oblubienica „poszła” zatem, i „powiedziała uczniom: Widziałam Pana” (J 20, 18). Zobaczyła, że w Nim „miłość nigdy nie ginie” (1Kor 13, 8).

 

Michał Gołębiowski 

 

[1] Aleksander Teodor Lacki, Pobożne pragnienia, oprac. K. Mrowcewicz, Warszawa 1997, s. 132.

[2] Por. Benedykt XVI, Deus caritas est I, 5-6.

[3] Zob. M. Gołębiowski, „Mocna jest jako śmierć miłość”. Kilka słów o duchowości małżeńskiej na podstawie trzech wierszy żałobnych XVI i XVII wieku [w:] „Ruch Literacki”, r. LVI, z. 4 (331)/2015, s. 347-355.

[4] Zob. Teodoret z Cyru, Komentarz do 1 i 2 Listu do Koryntian, tłum. S. Kalinkowski, Kraków 1998, s. 86-87; por. Listy do Koryntian. Wstęp – przekład z oryginału – komentarz, oprac. E. Dąbrowski, Poznań 1965, s. 259.

[5] Jan Chryzostom, Do młodej wdowy [cyt. za:] Mikołaj Wasiliadis, Misterium śmierci, Hajnówka 2006, s. 287

[6] „Ponieważ Jezus jest zmuszony odpowiedzieć saduceuszom na temat małżeństwa i rodzenia, koncentruje się wyłącznie na tym zagadnieniu. Stąd to jego słowa są odpowiedzią na pytanie o sposób egzystencji ludzi po zmartwychwstaniu pod względem małżeństwa, życia płciowego i rodzenia. Saudeuszom problemy poruszane w dzisiejszej etyce małżeńskiej, jak miłość istniejąca pomiędzy partnerami, osobowe dopełnienie drugiej osoby itp., były zupełnie obce. Jeśli więc nasza współczesna teologia głosi, iż przyszły eon ma być także udoskonaleniem i dopełnieniem porządku obecnego stworzenia i w ten całościowy aspekt włącza także osobowe kontakty między ludźmi i miłość między małżonkami w formie najdoskonalszej, innej, Bożej, nie sprzeciwia się to nauce Jezusa o zmartwychwstaniu” (H. Langkammer, Ewangelia według świętego Marka. Wstęp – przekład z oryginału – komentarz, Poznań 1977, s. 280).

[7] S.H. Lubomirski, Tobiasz wyzwolony (VIII, 7), Kraków 2003, s. 77.

[8] Por. Benedykt XVI, Deus caritas est I, 6; Jan Paweł II, Familiaris consortio III, 17.

[9] Augustyn z Hippony, Wartości małżeństwa, tłum. W. Eborowicz [w:] Pisma świętego Augustyna o małżeństwie i dziewictwie. Przekład i komentarz, red. A. Eckmann, Lublin 2003, s. 102.

[10] Jan von Ruusbroec, Namiot duchowy [w:] tegoż, Dzieła, t. II, tłum. M. Lew-Dylewski, Kraków 2002, s. 11.

[11] Franciszek Salezy, Filotea, czyli droga do życia pobożnego, tłum. A. Jełowicki, Kraków 2001, s. 201.

[12] Alfons Maria de Liguori, Droga do świętości. W stronę doskonałości, Kraków 2016, s. 218.

[13] Franciszek Salezy, Wybór pism, red. J. Rybałt, Warszawa 1956, s. 173.

[14] „Jeżeli w kazaniach słyszy się niekiedy, iż nie ma powodu do żałoby po śmierci ojca, matki, żony czy dziecka, gdyż mieli dobrą śmierć, byli do niej przygotowani po przyjęciu sakramentów, a my możemy mieć nadzieję, iż są już u Boga – to jest to błąd, którego należy żałować. Zapewne wieczne zbawienie ludzi, których naprawdę kochaliśmy, jest rzeczą najważniejszą, ale oddzielenie od osób ukochanych – nawet tylko czasowe – jest przerażającym krzyżem. Kto tego krzyża nie dostrzega, lecz przechodzi nad nim radośnie do porządku dziennego, nie jest szczególnie zwrócony ku wieczności ani przepełniony duchem, ale jest najzwyczajniej istotą nieczułą i kurczowo trzymającą się swego normalnego rytmu życia” (D. von Hildebrand, Spustoszona winnica, tłum. T.G. Pszczółkowski, Warszawa 2006, s. 158-159).

[15] Jan Kochanowski, Treny, oprac. M.R. Mayenowa, L. Woronczakowa, J. Axer, M. Cytowska, Wrocław 1983, s. 91.

[16] Ł. Górnicki, Tren na śmierć żony Barbary [w:] Poeci Renesansu. Antologia, oprac. J. Sokołowska, Warszawa 1959, s. 160.

[17] J.D. Morolski, Pamiątka śmierci małżonki, oprac. R. Grześkowiak, Warszawa 2015, s. 77.

[18] J.D. Morolski, jw., s. 105.

[19] J.D. Morolski, jw., s. 80.

[20] R. Crashaw, Epitafium pary młodych małżonków, zmarłych i pochowanych [w:] S. Barańczak, Antologia angielskiej poezji metafizycznej XVII stulecia, Kraków 2009, s. 333

[21] Zob. Paulin z Noli, Epistula 44, 3 [cyt. za:] K. Ościłowski, Ideał chrześcijanina i jego realizacja. Studium pism św. Paulina z Noli, Kraków 2009, s. 107.

[22] Augustyn, O doskonałym wdowieństwie [w:] Pisma świętego Augustyna o małżeństwie i dziewictwie. Przekład i komentarz, red. ks. Augustyn Eckmann, Lublin 2003, s. 101.

[23] J.D. Morolski, jw., s. 67.

[24] J.D. Morolski, jw., s. 105.

[25] J.D. Morolski, jw., s. 98.

[26] J.D. Morolski, jw., s. 101.

[27] J.B. Zimorowic, Filoreta [w:] tegoż, Sielanki nowe ruskie, oprac. L. Szczerbicka-Ślęk, Wrocław 1999, s. 190.

[28] Grzegorz Wielki, Z Homilii 34 – O archaniele Gabrielu, tłum. W. Kania [w:] Teksty o Matce Bożej. Ojcowie Kościoła łacińscy, Niepokalanów 1981, s. 159.

[29] J.D. Morolski, jw., s. 89.

[30] Zob. J. Kochanowski, Treny, jw., s. 86.

[31] J.D. Morolski, jw., s. 66.


Michał Gołębiowski

(1989), historyk literatury dawnej, filolog, historyk idei, doktorant UJ. Zajmuje się również patrystyką. Autor książki Małżeństwo Józefa i Maryi w literaturze i piśmiennictwie staropolskim doby potrydenckiej.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij