Polemiki
2017.12.30 12:47

Roztropność Kościoła otwartego

Do roztropności należy nie tylko rozważanie prowadzone przez rozum,

ale również zastosowanie w działaniu (...). Dlatego człowiek roztropny

musi znać zarówno powszechne zasady rozumu, jak i rzeczy jednostkowe,

których dotyczy działanie.

 

Św. Tomasz z Akwinu, S. th. IIa-IIae, q. 47, a. 3, co.

 

To z pewnością nie koniec dyskusji wywołanych „pożegnalnym” tekstem Justyny Melonowskiej, w którym dokonuje ona rozliczenia ze światopoglądem i ideami środowiska „Więzi”. Bardziej szczegółowa analiza reakcji na to pożegnanie warta jest poświęcenia jej osobnego tekstu. W wystąpieniu Melonowskiej oraz w odpowiedziach jej polemistów skupia się bowiem jak w soczewce wiele zagadnień związanych z wewnętrznymi problemami idei „kościoła otwartego”, czy też „otwartej ortodoksji”, a przez to w ogóle ze sposobem obecności katolików w świecie współczesnym. Tymczasem w ramach przygotowania do tamtej, bardziej szczegółowej analizy, chciałbym zająć się problemem fundamentalnym, bo dotyczącym w ogóle możliwości dyskusji z przedstawicielami „otwartej ortodoksji”.

Jednym ze stałych elementów reakcji środowiska „Więzi” na tekst Melonowskiej jest przypominanie podstawowych założeń programu „otwartej ortodoksji”. Robiono to w spontanicznych komentarzach na facebooku, ale przede wszystkim w trzech polemikach, które ukazały się na stronie Laboratorium Więzi do chwili obecnej (30.12.17). Chodzi mianowicie o kolejne teksty autorstwa Jerzego Sosnowskiego, ks. Andrzeja Draguły oraz Jaremy Piekutowskiego. Jerzy Sosnowski pisał na przykład: „Wystarczy porównać (...) tekst – Dlaczego otwarta ortodoksja, opublikowany w „Więzi” nr 1/2013 – z wypowiedzią Melonowskiej, żeby odczuć dreszcz zażenowania”[1]. Ks. Andrzej Draguła dodał: „Zatem jeśli już mamy mówić o jakimś «Kościele otwartym»”, to właśnie o takim, którego celem jest świadczyć o owej nieograniczonej, potencjalnej otwartości na wszystkich. Dlatego wychodzi na areopagi i dziedzińce pogan – co wcale nie oznacza, że bezkrytycznie otwiera drzwi Kościoła na oścież, nie bacząc na «skalanie grzechem»”[2]. Pisał z kolei Jarema Piekutowski: „Otwartość jest praktyczną formą wyrażania miłości, a miłość należy (powinna przynajmniej należeć) do tożsamości chrześcijanina. Tak właśnie myśli redakcja «Więzi», deklarując w swym manifeście: «Otwartość to wcale nie tożsamość słaba czy słabsza. Świadomość własnej tożsamości jest pierwszorzędnym warunkiem dialogu». Tekst Dlaczego otwarta ortodoksja zawiera zresztą wprost opisane pułapki i niebezpieczeństwa otwartości”[3]. Post na facebookowej stronie Więzi zbierający te polemiki w jednym miejscu, podkreślał, że Justyna Melonowska „rozstając się z zespołem Laboratorium «Więzi», poddała surowej krytyce zasadę otwartości Kościoła. Jej tekst zaowocował konstruktywną, rozległą dyskusją w internecie, polemiki napisali także Jerzy Sosnowski, ks. Andrzej Draguła i Jarema Piekutowski”. Teksty wspomnianych autorów zaopatrzono w linki do deklaracji ideowej, Dlaczego otwarta ortodoksja z 2013 roku, jak również do programowego artykułu ks. Grzegorza Strzelczyka Kościół sakramentalnie otwarty z 2012 roku, a więc do dwóch tekstów, które dostarczały polemistom Justyny Melonowskiej podstaw do ich własnej argumentacji.

Zanim przejdę dalej, chciałbym pochylić się nad pewnym problemem natury terminologicznej. Jerzy Sosnowski w swojej polemice zauważał:

Justyna Melonowska rozumie środowisko «Więzi» w tym samym stopniu, w jakim rozumiałaby je, gdyby ten czas spędziła w redakcji „Christianitas” albo «Frondy», a o «Więzi» dowiadywała się jedynie z relacji Tomasza Terlikowskiego albo Pawła Milcarka. Przykro odkryć poniewczasie, do jakiego stopnia pozorne były nasze relacje. Pani Justyna nie zauważyła nawet, że historycznego terminu «Kościół otwarty» od dawna nie używamy, zastępując go precyzyjniejszym terminem «otwarta ortodoksja».

Mam nadzieję, że w tym, na co zwrócę uwagę teraz, uda mi się przekroczyć środowiskowe ograniczenia związane z moją pracą w redakcji „Christianitas” i kontaktami z Pawłem Milcarkiem. Po pierwsze, trudno mi zrozumieć, na czym polega wspomniana „większa precyzja” pojęcia „otwartej ortodoksji”. Pojęcie to wydaje mi się równie ogólnikowe i nieoperatywne, jak pojęcie „Kościoła otwartego”, o czym za chwilę napiszę nieco szerzej. Po drugie, sądzę, że również inni członkowie Laboratorium Więzi wciąż posługują się tym właśnie pojęciem. Posłużył się nim ks. Andrzej Luter (asystent kościelny środowiska „Więzi”) w skasowanych potem komentarzach, pisanych tak na facebooku, jak i na stronie Laboratorium Więzi (pod tekstem Justyny Melonowskiej), w których to komentarzach orzekał: „nie mam wątpliwości nie od dzisiaj, że Justyna Melonowska jest poza kościołem otwartym, a innego przecież – moim zdaniem – nie ma” (przy okazji warto zwrócić uwagę, że ks. Luter posługuje się formułą anatemy, co pokazuje, że otwartość katolików otwartych ma jednak swoje granice). Również ks. Andrzej Draguła wielokrotnie posługuje się pojęciem „Kościoła otwartego” (również w cytowanym wyżej fragmencie) w taki sposób, jakby wciąż było ono aktualne, przy czym swobodnie przechodzi między tym właśnie pojęciem a pojęciem „otwartej ortodoksji”. „Kościół otwarty” pojawia się też w pierwszym zdaniu tekstu Jaremy Piekutowskiego. Co więcej, wspomniany on zostaje w ostatnim akapicie ideowej deklaracji, która miała przecież jednoznacznie zastąpić go „otwartą ortodoksją”: „chcemy, żeby nasz Kościół był głęboki duchowo, mocny wewnętrznie i szeroko otwarty”[4]. Wydaje się przy tym, że sama strona Laboratorium Więzi wprowadza swoich czytelników w błąd, ponieważ każdy tekst w tej polemice opatrzony został tagiem „Kościół otwarty”. Gdyby Jerzy Sosnowski miał więc rację, to byłby jednym z nielicznych członków „Więzi”, którzy naprawdę rozumieją swoje środowisko. Wydaje mi się jednak, że to Sosnowski nie dostrzega faktu, że pojęcia „Kościoła otwartego” i „otwartej ortodoksji” są w gruncie rzeczy bliskoznaczne, i nawet wewnątrz środowiska stosuje się je wymiennie. Oczywiście, oba nieco inaczej rozkładają akcenty, ale wciąż należą do tej samej rodziny ogólników o zbliżonym znaczeniu, które można przywołać w każdej dyskusji po to, żeby „rozstrzygnąć” spór dotyczący bardzo rozmaitych kwestii: obecności Kościoła w świecie, interpretacji Amoris Laetitia w sprawie dopuszczania osób rozwiedzionych w powtórnych związkach do komunii św., stosunku do homoseksualistów czy rozwiązań kryzysu migracyjnego. Dlaczego jednak takie „rozstrzygnięcie” okazuje się tylko pozorne?

Dlatego, że mógłbym podpisać się pod każdym zdaniem deklaracji Dlaczego otwarta ortodoksja – a jestem osobą, która często nie zgadza się ze stanowiskiem środowiska Więzi we wspomnianych sprawach szczegółowych. W tym sensie jestem „otwartym ortodoksem”. Krytykę autorstwa Justyny Melonowskiej uważam jednocześnie za zasadniczo bardzo trafną, nawet jeśli wolałbym, aby napisana była jaśniej i bez przeprowadzania analogii między postawą środowiska Więzi a zachowaniem cudzołożnika. Zarazem mógłbym podpisać się pod każdym zdaniem deklaracji ideowej Więzi, i to nie dlatego, że tak naprawdę zgadzam się z członkami tego środowiska; to po prostu sama ta deklaracja i samo pojęcie „otwartej ortodoksji” są zbyt ogólne, nie mogąc same z siebie dostarczyć rozstrzygnięcia w kwestiach, o które naprawdę się spieramy, a przy tym – jak sądzę – spiera się z „Więzią” Justyna Melonowska.

Ci, którzy powołują się na zasady „otwartej ortodoksji”, robią to w taki sposób, jakby z samych tych ogólnych stwierdzeń (bez dołączenia przesłanki szczegółowej, która wskazywałby sposób ich zastosowania) wynikały rozwiązania konkretne. Weźmy na przykład takie zdanie: „Kościół katolicki jest naprawdę pojemny, a jego rozumienie ortodoksji – tak szerokie, jak duch Ewangelii”. Jego dokładne znaczenie (co to jest „duch Ewangelii”?) nie jest dla mnie do końca jasne, ale gdy próbuję nadać mu jakiś zroworosądkowy sens, wydaje mi się ono prawdziwe. Z tego zdania Zbigniew Nosowski bezpośrednio wywnioskował, że włączenie się „Więzi” w akcję „Przekażmy sobie znak pokoju” nie dało powodu, aby sądzić, że redakcja tego pisma wspiera poglądy niezgodne z ortodoksyjnym nauczaniem Kościoła katolickiego[5]. Przypomnijmy, że akcja zorganizowana została przez Kampanię Przeciw Homofobii, stowarzyszenie Wiara i Tęcza oraz stowarzyszenie Tolerado, jej deklarowanym celem była „walka z homofobią” wśród katolików, a w materiałach programowych znalazły się tezy bezpośrednio sprzeczne z Pismem św. i nauczaniem Kościoła katolickiego[6]. Wnioskowanie przeprowadzone przez Nosowskiego jest zatem nieuprawnione. Z tego jednego ogólnego prawdziwego zdania, bez aplikacji ogólnej zasady do danej sytuacji, jeszcze nie wynika nic konkretnego. Przywołanie więc samej tej zasady – czyli zasady „otwartej ortodoksji” – nie jest żadnym argumentem w sytuacji, w której wszystko zależy od tego, jak ocenimy przesłanie wspomnianej kampanii. Wszak otwarta ortodoksja, „będąc postawą ukierunkowaną na afirmację, (...) umie także powiedzieć «nie», non possumus”. Spór w tej sprawie toczył się właśnie o to, czy w tym wypadku należało powiedzieć non possumus, nie zaś o to, jak należy rozumieć ortodoksję.

Przedstawiciele „otwartej ortodoksji” przyzwyczaili nas (a wskazane wcześniej teksty są tego świadectwem) do takiego właśnie toku rozumowania: z prawdziwej, ale ogólnej normy bezpośrednio dedukują oni pożądane przez siebie rozwiązanie szczegółowe. Poniżej znajduje się kilka przykładów takich rozumowań, które naprawdę zostały przeprowadzone. W nawiasach umieściłem nieuwzględnione uściślenia normy ogólnej, lub pominięte przesłanki dotyczące konkretnych okoliczności, które wyznaczają właściwy zakres stosowalności owej prawdziwej normy ogólnej:

Jeśli Kościół jest „kościołem otwartych drzwi” i „matką o otwartym sercu”, a nawet „czystą nierządnicą” na wzór – jak chce św. Ambroży z Mediolanu – starotestamentowej Rachab, to znaczy, że nie należy odróżniać tych, którzy do Kościoła należą od tych, którzy do niego nie należą[7]. (Tymczasem matczyna otwartość Kościoła nie wyklucza tego, że istnieją zdefiniowane zachowania i przekonania, które „wyłączają ze społeczności wiernych”).

Jeśli norma istnieje ze względu na człowieka, to znaczy, że są sytuacje, kiedy adekwatna norma nie musi być stosowana. Na przykład: należy dopuścić do komunii św. osoby nie spełniające warunków podanych przez Familiaris Consortio 84[8]. (Tymczasem funkcjonowanie normy ze względu na człowieka polega na tym, że norma daje człowiekowi regułę, za pomocą której powinien formować swoje działania).

Jeśli wolność dyskusji teologicznych jest czymś pożądanym, to należy się cieszyć, że dokumenty Magisterium papieskiego są niejasne, ponieważ otwiera to przestrzeń dla wolnych dyskusji teologicznych[9]. (Tymczasem celem wolności dyskusji teologicznych jest sformułowanie jednoznacznej i czytelnej doktryny, którą bezpośrednio wyrażają jasne sformułowane dokumenty Magisterium).

Jeśli Chrystus jest Królem Wszechświata to nie należy nazywać Go Królem Polski, ponieważ oznaczałoby to ograniczenie jego władzy[10]. (Tymczasem „władca całości jest władcą części”[11]i może być stosownie do tego nazywany a Polska jest częścią Wszechświata).

Podobne przykłady można by mnożyć, ale zawsze chodzi o to samo. Otóż zostaje pominięta druga przesłanka stosownego sylogizmu praktycznego[12], lub dokładniejsze wyjaśnienie zasady ogólnej. Wskazują one (w powyższych przykładach za każdym razem podaję je w nawiasie) na okoliczności praktyczne funkcjonowania prawa, a więc na zakres i sposób stosowalności zasady ogólnej. Ich pominięcie powoduje, że konkretne rozwiązanie dedukowane jest bezpośrednio z zasady ogólnej, np. z jednej z zasad „otwartej ortodoksji”. Można wreszcie powiedzieć, że takie rozumowanie otwartych ortodoksów uchybia postulatowi św. Tomasza z Akwinu, który papież Franciszek przywołuje w adhortacji Amoris Laetitia:

Odnosząc się do ogólnej znajomości normy oraz szczególnej znajomości rozeznania praktycznego św. Tomasz posuwa się do stwierdzenia, że «jeśli istnieje tylko jedno z dwóch poznań, to lepiej byłoby, żeby było to poznanie rzeczywistości partykularnej, które jest bliższe działaniu» (AL 304, przyp. 348). Przytoczony wyżej i poparty przykładami schemat rozumowania zwolenników „otwartej ortodoksji” nie rozpoznaje rzeczywistości partykularnej. Stosowanie normy ogólnej bez rozpoznania specyfiki sytuacji szczegółowej prowadzi do wadliwego wniosku: jest on arbitralny, a osoba przeprowadzająca rozumowanie praktyczne nie ma kontroli nad jego efektem. W miejscu wniosku pojawia się to, co „wydaje się”, że powinno się pojawić, nie zaś to, co wynikałoby z ogólnej zasady w danym wypadku[13].

W tym kontekście należy przyznać, że jeśli przedstawiciele otwartej ortodoksji w ten sposób rozumieją stosowanie norm ogólnych, to trudno się dziwić, że postulują uznanie sytuacji szczegółowych, w których należy po prostu zawiesić wykonywanie normy ogólnej, a nawet postąpić wbrew niej. W istocie przemocą jest stosowanie zasad ogólnych w ten sposób, że bezpośrednio dedukuje się z nich wnioski praktyczne bez zważania na okoliczności. Moment, w którym przedstawiciele „Kościoła otwartego”, czy też w ogóle „otwartości” zaczynają twierdzić, że normy ogólne ex definitione nie stosują się do sytuacji konkretnych, to moment, w którym zdają sobie sprawę z wadliwości swojego schematu rozumowania praktycznego. Wydaje się niestety, że źle lokalizują oni przyczyny tej wadliwości, szukając ich w samym prawie, a nie w swoim rozumieniu tego, czym jest prawo (czy norma ogólna).

Celem tego tekstu nie jest apologia artykułu Justyny Melonowskiej. Ja sam nie we wszystkim się z nią zgadzam. Dlatego nie mogę i nie chcę być jego adwokatem, ale jej zarzut, że praktyka „otwartości” Kościoła otwartego prowadzi właśnie do nieumiejętności rozróżniania, a więc ostatecznie do otwartości na wszystko, rozumiem właśnie w taki sposób, jaki wyłożyłem wyżej. Proponuję wręcz, aby tak właśnie rozumieć ten zarzut. Justyna Melonowska krytykuje faktyczny kształt otwartości, a nie same deklaracje ideowe. Oczywiście „katolicy otwarci”, czy też „otwarci ortodoksi” nie zawsze popełniają ten błąd – na szczęście nie są zupełnie konsekwentni w stosowaniu takiego wadliwego rozumowania bez rozróżniania sytuacji szczegółowych. Niemniej stosują je w dyskusji dość często – na tyle często, że można powiedzieć, że praktyka „otwartości” kończy się nieumiejętnością rozróżniania i stosowania zasad ogólnych. Ogłoszenie w deklaracji ideowej, że otwarta ortodoksja potrafi powiedzieć „nie”, wcale nie wystarcza. Praktyka pokazuje bowiem, że niejednokrotnie nie wiadomo kiedy to zrobić. I dlatego nieustanne odsyłanie do tekstu Dlaczego otwarta ortodoksja nic nie wnosi do dyskusji, podobnie jak przywoływanie norm ogólnych, które nie wiadomo jak aplikować, więc aplikuje się je „na oślep”, najczęściej nie trafiając. Gdy zaś się nie trafia, daje się okazję, by działała inna „reguła” stosowania prawa: antyreguła tego świata adaptująca pozbawione roztropności chrześcijaństwo do swoich potrzeb.

 

Paweł Grad 

 

[1] J. Sosnowski, Z Franciszkiem, nie z Justyną.

[2] Ks. A. Draguła, Czysta rozwiązłość Kościoła.

[3] J. Piekutowski, Otwartość i tożsamość.

[4] Redakcja „Więzi”, Dlaczego otwarta ortodoksja.

[5] Z. Nosowski, Jednak więcej pokoju.

[6] Uzasadnienie tej tezy czytelnik znajdzie tutaj: P. Grad, Znak podziału.

[7] Ks. A. Draguła, Kościół otwarty i dom prostytutki, zawarty tam argument został właściwie powtórzony w przywoływanej wyżej polemice ks. Draguły (Czysta rozwiązłość Kościoła) z tekstem Justyny Melonowskiej.

[8] Ks. Tykfer podczas dyskusji zorganizowanej przez KIK i „Więź” 24 stycznia 2017 r. Relacja ze spoktania i omówienie m.in słów ks. Tykfera znajduje się tutaj: Norma dla człowieka, a nie człowiek dla normy: „Amoris laetitia”.

[9] Ks. Andrzej Luter, Zagubieni, ale w czym?.

[10] Z. Nosowski, I znowu ci biskupi…..

[11] Tym zgrabnym sformułowaniem posłużył się P. Rojek, Świat to nie poczekalnia.

[12] Sylogizm praktyczny jest podstawową formą rozumowania praktycznego: przesłanką większą jest ogólna norma rozumu, przesłanką mniejszą konkretna okoliczność a miejsce wniosku zajmuje samo działanie (w powyższych przykładach opisane za pomocą pewnej powinności  - „należy”).

[13] Świetnym tego przykładem są dyskusje wokół rzeczywistego zakresu zastosowania w interpretacji adhortacji Amoris Laetitia 305 słusznej zasady, zgodnie z którą brak przyzwolenia woli i rozumu przy podejmowaniu czynu materialnie złego skutkuje brakiem winy. Zob. T. Rowiński, Pusty zbiór wyjątków Papieża Franciszka; M. Barcikowski, Trzy hipotezy o franciszku; M. Barcikowski, Jarmark światowości.


Paweł Grad

(1991). Doktorant w SNS IFiS PAN. Publikował w "Christianitas", Kwartalniku „Kronos”, „Stanie Rzeczy” oraz Miesięczniku „Znak”. Redaktor "Christianitas". Autor książki "O pojęciu tradycji. Studium krytyczne kultury pamięci", Warszawa 2017.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij