Polemiki
2014.12.27 10:50

Problemy tradiświatka, czyli Ars Celebrandi oczami Florilegium Liturgicum

for. Ars Celebrandi

for. Ars Celebrandi

Pod koniec listopada na portalu Florilegium Liturgicum (dalej: FL) ukazał się tekst krytykujący warsztaty Ars Celebrandi (dalej: AC), łączący w sobie elementy niewybrednego paszkwilu i drobiazgowej analizy uchybień rubrycystycznych. Autorzy (tekst jest prowadzony z pozycji pierwszej osoby liczby mnogiej) nie poprzestają na wytknięciu błędów, ale osadzają je w szerszych ramach diagnoz odnośnie aktualnego stanu Kościoła i wynikających z niego ułomności “posoborowych” środowisk tradycjonalistycznych. Nie sposób jednak pozbyć się wrażenia, że starając się przekłuć nadmiernie ich zdaniem nadmuchany balon samozadowolenia organizatorów AC i definiując ogólne choroby “tradiświatka”, sami prezentują chorobę w ich wykazie niewymienioną, którą jednocześnie można podejrzewać o bycie dużo trudniej wyleczalną, niż te, które u siebie opisali. Polega ona na przyjęciu w odniesieniu do aktualnego stanu Kościoła i ruchu tradycyjnego perspektywy, która owocuje rodzajem bezproduktywnego solipsyzmu.  

Główny problem, zdaniem autorów tekstu, na poziomie ogólnym wiąże się z formacją księży odprawiających dawną liturgię, a przede wszystkim z praktycznym brakiem wśród nich kapłanów, którzy nie byliby adeptami formacji "posoborowej" (nie tylko liturgicznej, ale też doktrynalnej). Jak więc twierdzi redakcja portalu, nie ma się od kogo uczyć właściwego "przedsoborowiu" rozumienia posługi kapłańskiej, a aktualnie dostępny element ludzki, niezależnie od wszelkich swoich “tradisympatii”, jest u podstaw naznaczony posoborową mentalnością.

(Na marginesie, ciekawie ta uwaga koresponduje z zarzutami części osób sceptycznie nastawionych do zainteresowania liturgią tradycyjną, których zdaniem ma ono charakter porównywalny do historycznych grup rekonstrukcyjnych. I jedni i drudzy zdają się wyciągać ostateczne wnioski z faktycznego bardzo poważnego naruszenia ciągłości przekazu rozumienia liturgii po soborze.)

Efektem problemów z przekazem i formacją, mówią nam autorzy, są "liturgiczne cyrki przy ołtarzu", wynikające – jak można się domyślić z dalszego wywodu – z "mnóstwa a(nty)liturgicznych nawyków", które księża wyrabiają w sobie ze względu na sposób, w jaki się uczą ("szybki, mniej lub bardziej staranny kurs", którego uczestnicy "coś tam zatrybili jeśli chodzi o sensus liturgicus i rubryki"; kurs, który rozpoczyna się uspokajającymi zdaniami o niekonieczności zwracania uwagi na szczegóły). I tak ci marnie wykształceni księża bardzo szybko zaczynają nauczać innych, co generuje zamknięte koło liturgicznej miernoty.

Autorzy przyznają, że nieco inaczej sprawa rysuje się na Zachodzie i we wspólnotach Ecclesia Dei oraz u piusowsców i ich pochodnych, ale i tam sytuacja jest nieróżowa. Jak bowiem piszą: "W tychże instytutach, zwłaszcza największych liczebnie, można spotkać się z kapłanami, którzy w tym czy innym względzie po prostu kaleczą liturgię". Lepiej jest w tradycyjnych zakonach, gdzie mamy do czynienia z profesjonalizmem, ale tu z kolei uwiera redakcję FL nazbyt szlachetna prostota i – jednak – widoczny wpływ reform liturgicznych. Również tam nie jest więc idealnie, a czasem, jak wprost piszą autorzy, bywa tragicznie. Generalnie dostajemy zatem informację, że głównym problemem tradiświatka (zwłaszcza polskiego) jest brak kapłanów wychowanych według tradycyjnej formacji, ale że w gruncie rzeczy tradycyjna formacja (nawet w FSSPX i również poza Polską) też niczego nie załatwia. Na tej podstawie można by sformułować nieco złośliwą konkluzję, że zdaniem redakcji FL, jedynym sposobem, aby odprawiać liturgię rzymską w pełni zgodą z jej literą i duchem jest wezwanie w sukurs redakcji FL, co załatwi wszelkie problemy formacyjne. Nie przypuszczam, aby był to punkt widzenia, który sami autorzy świadomie by sformułowali (najwyraźniej nie zauważają nawet, że popadają w sprzeczność),  niemniej to natężenie hiperkrytycyzmu na takie implikacje naprowadza. Ujawnia to pierwszy poziom wspomnianego solipsyzmu, który można opisać odwołując się do etymologii tego słowa - solus ipse, “on sam”, “wyłącznie ten właśnie”.

Pozostawię bez komentarza dywagacje autorów na temat płytkości i oportunizmu charakteryzującego księży zabierających się za odprawianie Tridentiny, co stanowi dla nich kolejny poziom miernoty polskiego tradiświatka. Zwyczajnie nie wiem, co powiedzieć…

Te diagnozy wszechogarniającego zepsucia mają w zamierzeniu stanowić wyjaśniające tło dla przeglądu licznych i poważnych błędów, które zdaniem FL popełniono w trakcie AC - warsztatów mieniących się największym tego typu wydarzeniem w Polsce. Generalnym zarzutem (a raczej ich zbiorem, żeby nie powiedzieć stekiem) jest to, że ten sposób realizacji słusznego skądinąd zamierzenia warsztatów dawnej liturgii, który zaprezentowano w Licheniu można zdaniem Florilegium określić jako "tradichampagne", czyli zjawisko "cechujące się przebarokizowanym triumfalizmem, idealizmem, bezkrytycznością, nierzadko bufonadą, nadętością, a w konsekwencji ukierunkowaniem na jedno tylko (…): 'aby było pomponiaście'". (Określają go również dużo bardziej obraźliwym epitetem, którego nie przytoczę, a który pokazuje, że autorzy utracili poczucie stosowności i miary.) Innymi słowy, FL zarzuca AC hipertrofię ceremoniału, przerost formy nad treścią. Jak się okaże, bynajmniej nie jest to formuła jednoznaczna.

Lwią część postu na FL zajmują poszczególne zdjęcia z AC, opatrzone komentarzem punktującym zauważone tam błędy. Można się domyślać, że to są właśnie te wspomniane wcześniej "liturgiczne cyrki przy ołtarzu", które czynią deklaracje organizatorów odnośnie rangi wydarzenia żałosnymi i śmiesznymi. Na czym więc one polegają?

Na zbyt szerokich rękawach alby. Na niewłaściwych biretach (z czterema rogami i nierzymskimi pomponami – tu autorzy tropią wpływy gallikańskie). Na niepoprawnie złożonym welonie. Na umieszczeniu mszału na pulpicie grzbietem do wewnątrz a nie na zewnątrz, co wiąże się z powszechnym błędem w praktyce otwierania go. Na położeniu biretu na palce przykrywającej kielich (zdjęcie zostało zrobione w zakrystii przed Mszą św., a komentarz odnosi się do zakazu wnoszenia do ołtarza na kielichu czegokolwiek poza kluczykiem do tabernakulum). Na niewłaściwym sposobie podawania przez ministranta ampułek (wszedł za bardzo w obręb ołtarza). Na braku pulpitu pod mszał. Na trzymaniu przez ministranta grzbietu niesionego do Mszy mszału w lewej ręce a nie w prawej, a więc tak, że w stronę, w którą idzie zwrócony jest tył księgi a nie przód. Na firankowej komży. Na nieprawidłowym umieszczeniu welonu w sytuacji, kiedy na ołtarzu jest mało miejsca. Na nieumiarkowanym używaniu koronek jak też w ogóle na ich używaniu w czasie liturgii żałobnych, kiedy nie ma na nie miejsca. Na zbyt małych odstępach pomiędzy osobami idącymi w procesji. Na naśladowaniu przez chór spowiedzi powszechnej należącej do ministrantów ołtarza (autorzy wyjaśniają to "znomizowaniem"). Na trzymaniu przez chór rąk złożonych jak do pacierza. Na skłonie subdiakona i diakona razem z celebransem. Na biernym zachowaniu subdiakona w trakcie zasypania. Na niepotrzebnym odkłanianiu się. Na różnych niewłaściwych zachowaniach w stosunku do chóru i samego chóru (okadzenie przez diakona świeckich ubranych w sutanelle, trzymanie przez kapłana w chórze złożonej stuły na przedramieniu itd.). Na okadzaniu Najświętszego Sakramentu z niewłaściwego stopnia ołtarza. Na niewłaściwym trzymaniu przez diakona pateny w czasie Komunii świętej. Na trzymaniu przez subdiakona kanonu z górną krawędzią w powietrzu a nie opartą na czole. Na niewłaściwym trzymaniu w czasie procesji brewiarza (tudzież innych ksiąg) przez duchownych z chóru (prawidłowy sposób to: "trzymać przed sobą, grzbietem w prawą stronę, kciuki na górze, reszta palców od spodu"). Na trzymaniu przez asystentów kapy celebransa dwoma rękami nie w trakcie okadzenia Najświętszego Sakramentu. Na trzymaniu przy aspersji kapy wtedy, kiedy należy ją puścić i zanurzaniu kropidła w wodzie święconej przez diakona a nie celebransa. Na odebraniu kropidła od celebransa w czasie Gloria Patri. Na asystowaniu przez subdiakona przy okadzeniu kapłana po Ewangelii. Na defektywnym sposobie przekazywania Pax. Na przyjęciu przez chór postawy siedzącej a nie klęczącej w czasie dziękczynienia po Komunii świętej. Na braku ombrelino. Na niepełnym zamknięciu kadzielnic przez turyferariuszy w czasie procesji z Najświętszym Sakramentem. Na nietrzymaniu przez asystentów kapy celebransa w trakcie oracji i błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem. Na trzymaniu przez diakona kapy celebransa zbyt wysoko. Na…. Na…. Na…., itd.

Jestem pewien, że jeśli wpis na FL albo to zestawienie czyta(ł) ktoś z zewnątrz “tradiświatka”, to mniej więcej przy złym ustawieniu grzbietu mszału doszedł do wniosku, że ma do czynienia z osobowością obsesyjnie pedantyczną, a przy małych odstępach w procesji, że z nerwicą anankastyczną, nie wspominając oczywiście o faryzeizmie i pustym rytualizmie. Oczywiście byłyby to błędne oceny, bo wszystkie te rzeczy są ważne. Ze względów zarówno obiektywnych (ideowych) jak i  subiektywnych (kompetencyjnych) nie zamierzam dyskutować z autorami w kwestii ogólnej zasadności ich uwag, ale myślę, że warto sobie wyobrazić takie hipotetyczne reakcje ludzi z zewnątrz, aby uzyskać pewien zmysł proporcji. Trudno nie zgodzić się z FL w postulacie dążenia do wierności liturgii nawet na poziomie najmniejszych szczegółów, ale określenie ogromnej większości opisanych uchybień mianem "liturgicznych cyrków przy ołtarzu" jest strzelaniem z Grubej Berty do wróbli. W dodatku w gruncie rzeczy niewiele spośród wytkniętych błędów bezpośrednio wiąże się z zapowiadanym “przebarokizowaniem” i “pomponiarstwem”. Przy całej zgodzie w kwestii znaczenia niektórych uchybień, w kontekście tego braku proporcji i konsekwencji zarzut przerostu formy nad treścią, któremu to przerostowi FL przeciwstawia rozliczanie poprawności formy na poziomie sposobu ułożenia palców na niesionym przez członka chóru Liber usualis jawi się jako raczej wyraz wewnętrznej narracji autorów, nie zaś odniesienie do rzeczywistości.

 

Najgorsze, że to detaliczne wyliczanie błędów rzekomych "pomponiarzy" jawi się ostatecznie nie jako correctio fraterna, ale monolog, mający na celu zilustrowanie głębi kryzysu i zniszczenia, jakim podlega współcześnie całość liturgicznego życia Kościoła. Autorzy wprost tak swoje intencje przedstawiają:

"Ktoś inny mógłby zadać bardziej ogólne pytanie: dlaczego o tym wszystkim piszemy?” - czytamy u autorów tekstu na FL - “Odpowiedź jest prosta. Aby ukazać jak bardzo ostatnie półwiecze okazało się destrukcyjne i degradacyjne w stosunku do praktyki i mentalności liturgicznej, również jeśli chodzi o zachowanie liturgicznej ciągłości i T/tradycji. Jeśli ktoś ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości o katastrofalnych owocach soboru (nie tylko w liturgii, ale też w duchowości i samej mentalności), to pora by przejrzał na oczy".

Mówiąc lapidarnie, w optyce FL sytuacja jest bez wyjścia, quod erat demonstrandum. Pokazuje to poziom solipsystycznego zapętlenia, do jakiego prowadzi tradycjonalistyczny krytycyzm niemiarkowany zdrowym rozsądkiem, nie wspominając o ufności w Bożą Opatrzność. W zamkniętym świecie takiej nieumiarkowanej krytyki wszystko sprowadza się do jednego celu: potwierdzenia jej słuszności. Nie ma tym nic zaskakującego, światopoglądy zbudowane na negacji, muszą tę negację wciąż na nowo legitymizować i utrwalać, w przeciwnym razie stracą rację swojego bytu. Jest to rodzaj “wampiryzmu”, który najwięcej energii czerpie z mieszania z błotem tego właśnie, co wydaje się najbardziej przeczyć jego podstawowym założeniom. Można rozumieć, skąd tego rodzaju podejścia wzięły się w Kościele, mało tego, w związku z sytuacją katolików przywiązanych do Tradycji w okresie posoborowym, ich istnienie jest czymś nieuniknionym. Nie oznacza to jednak, że są one czymś, co należy akceptować i co niesie ze sobą jakieś dobro. W przypadku wpisu na FL sami autorzy tego dobra się wypierają, ich krytyka nie jest bowiem w swoich intencjach żaden sposób konstruktywna.  

Warsztaty AC faktycznie były – w sensie opisowym – największym tego rodzaju wydarzeniem w Polsce, które realnie starało się wnieść konkretny wkład w ruch w stronę odrodzenia tradycji liturgicznej. Nie jej całościowej restytucji w formie doskonałej, ale ciągle jakiegoś etapu początkowego  powolnego procesu odnowy. Nie lekceważąc zauważonych przez FL uchybień, trzeba powiedzieć, że wpisywanie na tej podstawie warsztatów w narrację "cyrków" nie sposób potraktować inaczej, niż jako efekt – paradoksalnie – kompletnie nierealistycznego podejścia, które nie potrafi, a trudno się pozbyć wrażenia, że po prostu nie chce, wyciągnąć wniosków z własnej diagnozy. Wniosków pozwalających na nieco bardziej stonowane i konstruktywne podejście do ocenianej rzeczywistości. Kryzys i zniszczenie są rzeczami niezaprzeczalnymi, a w każdym razie w środowiskach zorientowanych na tradycję nikomu tego nie trzeba udowadniać. Z pewnością jest sytuacją dziwaczną i niezdrową brak regularnej seminaryjnej tradycyjnej formacji liturgicznej, nie wspominając o sytuacjach, kiedy księża uczą się jak odprawiać Mszę świętą od świeckich. Z pewnością osoby duchowne zaczynające odkrywać tradycyjną liturgię nie są w stanie pozbyć się pewnych przyzwyczajeń wynikających np. z długoletniego odprawiania w NOM. Ale trzeba powiedzieć, że po prostu taką właśnie mamy sytuację, z którą trzeba sobie radzić, jak umiemy. A od osób kompetentnych dobrze byłoby móc się spodziewać zrozumienia i wsparcia w stopniowym dążeniu do doskonałości, nie zaś krytyki totalnej, która pozostawia w gruncie rzeczy dwa wyjścia: nigdy nic już w kwestii liturgii nie robić lub przyłączyć się do osób pokroju autorów wpisu na FL w loży obsesyjno-solipsysytycznym tropicieli posoborowego zepsucia. Jestem pewien, że organizatorzy i uczestnicy AC są wystarczająco pokorni i otwarci na rozwój, oraz że fałszem jest myślenie o nich jako o “pomponiarzach” lekceważących ducha liturgii rzymskiej na rzecz sztucznej ewokacji przeżyć estetyczno-duchowych. Natomiast mam poważne wątpliwości, czy diagności z FL i im podobni są w stanie wydostać się z zamkniętego kręgu bezproduktywnego i w jakiś sposób perwersyjnego krytykanctwa. A chciałbym się mylić, bo mogliby naprawdę dużo zrobić.

 

Tomasz Dekert

 


Tomasz Dekert

(1979), mąż, ojciec, z wykształcenia religioznawca, z zawodu wykładowca, członek redakcji "Christianitas", współpracownik Fundacji Dominikański Ośrodek Liturgiczny.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij