Komentarze
2017.10.18 15:24

Polityka Prymasa

Na łamach „Tygodnika Powszechnego” ukazał się wywiad z Księdzem Prymasem Wojciechem Polakiem. Okładkowy tytuł brzmi: „Mój Kościół nie miesza się do polityki”. Warto zapytać, co to właściwie znaczy?

 

Zdaje się, że główne ostrze krytyki wobec tego tekstu to zarzut, wedle którego Ksiądz Prymas mówi w nim o nie mieszaniu się do polityki, a równocześnie wydaje instrukcje polityczne oraz straszy księży. Zarzut miał trafić w hipokryzję środowisk tzw. „Kościoła otwartego” i niewątpliwie trafia. Nieustanne podkreślanie apolityczności, a następnie angażowanie się po stronie konkretnych opcji politycznych widzieliśmy nie raz, czego zresztą znakomity przykład daje prowadzący wywiad Błażej Strzelczyk, nieustannie oczekujący od Prymasa zdecydowanych politycznych deklaracji, krytycznych wobec władzy PiS. Dziennikarz nie zostawia Prymasowi przestrzeni do dyskusji, do rozwinięcia myśli w złożonych przecież kwestiach. W tym sensie można zrozumieć sytuację, w której abp Polak broniąc się przed propagandą mówi: „Moją intencją nie było uderzenie w partię polityczną, tylko przypomnienie obowiązujących i fundamentalnych zasad życia w społeczeństwie. Prymas nie wypowiada się po stronach politycznego sporu, tylko przypomina fundamenty, społeczną naukę Kościoła, upomina się o kształtowanie wspólnego dobra”. Zapamiętajmy te słowa i zostawmy na boku przytyki wobec „Kościoła otwartego”, ponieważ ważniejszą sprawą są same zasady publicznej obecności Kościoła.

 

Jestem zwolennikiem tego, aby Kościół we właściwy sobie sposób mieszał się do polityki. Właściwy, czyli pozbawiony ducha partyjniactwa, w którym zawsze to jedna opcja jest lepsza od tej drugiej właściwie niezależnie od racji. Ksiądz Arcybiskup takie stanowisko teoretyczne próbuje zresztą utrzymać w wywiadzie, co wyraził wprost w cytowanym powyżej zdaniu. Co więcej, jest oczywiste dla każdego, kto spojrzy na sytuację polską ponad partyjną wojną, że Kościół miesza się do polityki i to krytycznie wobec obecnego rządu. Dzieje się tak przynajmniej w trzech sprawach. Jest to kwestia braku ochrony życia, kwestia twardego kursu wobec uchodźców (nie mylić z imigrantami), czy szerzej – nie podjęcie tematu pomocy ofiarom wojennym szczególnie na Bliskim Wschodzie. Mamy więc rzeczywisty problem braku solidarności, także solidarności wobec żyjących tam chrześcijan, która przecież byłaby wyrazem katolickiego ordo caritatis. O tej formule lubi mówić przecież Jarosław Kaczyński, więc Kościół trzyma go tu nieco za słowo – chcesz być reprezentantem opinii katolickiej, bądź nim naprawdę. Na koniec można dodać głos Kościoła w sprawie niszczenia instytucji, przeprowadzanego w imię ich koniecznej reformy. Poparcie dla weta Prezydenta w sprawie sądów było głosem za władzą bardziej integrującą polskość w jej katolickim ujęciu, w którym liczy się roztropność, a nie prowadzący do podziałów idealizm. Te trzy punkty przeczą głosom, które snują swoją opowieść o Kościele idącym na pasku obecnej władzy. Lata rządów PiS, mocniej niż się to zauważa, uwyraźniły krytyczną obecność Kościoła w polityce. Prymas również stara się wyłamać z pułapki bycia rozgrywanym; niemal przez cały wywiad zdaje się nie ulegać prowokacjom politycznym Strzelczyka.

 

A jednak uciekanie od antypisowskiego politykierstwa „Tygodnika Powszechnego” nie jest apolitycznością i nie powinno być tak traktowane przez samych ludzi Kościoła. Chodzi o coś dokładnie odwrotnego – o trzymanie swojego głosu, zasad roztropności, prawdy, ordo caritatis, spójności eucharystycznej, czyli tych reguł, którymi powinien kierować się każdy polityk, choć oczywiście w innych rejestrach, aniżeli będą to robić biskupi. Jeśli potrzebujemy definicji to nie mówimy o „antypolityczności”, lecz o „metapolityczności”, nie w sensie pewnej mitologii oderwanej od życia praktycznego i lakierującej tak czy inaczej zorientowane partyjniactwo, ale w sensie wskazówek dotyczących zasad, którymi powinna się kierować polityka w Polsce. Gdyby Kościół wyrzekł się swojego stanowiska – wyrażonego we właściwy mu sposób – na temat polityki, stałby się równocześnie zakładnikiem tych, którzy politykę prowadzą i słusznie naraziłby się na zarzut hipokryzji. Bowiem posługując się pół żartem powtarzaną czasem w środowiskach lewicy formułą, że „polityką jest wszystko”, Kościół powinien zamilknąć całkowicie chcąc być konsekwentnie niepolitycznym.

 

Oprócz niezręcznych deklaracji „o nie mieszaniu się do polityki”, jest w tej sprawie jeszcze jedna łyżka dziegciu. Bycie zakładnikiem walki politycznej może się objawiać nie tylko w deklaracjach, ale także w praktyce, czyli np. w braku proporcji w stosowaniu w określonych sprawach środków dyscypilinarnych wobec kapłanów i świeckich. I w przypadku Księdza Prymasa tak właśnie się dzieje. Zapowiedź kar kanonicznych wobec księży, którzy wzięliby udział w demonstracjach „antyuchodźczych” Ksiądz Prymas tłumaczy w następujący sposób: „w takich sytuacjach, gdzie następuje wyraźnie opowiadanie się po jakiejś stronie politycznego konfliktu, trzeba natychmiast reagować”. Czy podobnie będą traktowani księdza udzielający się „prouchodźczo”? Czy stanowisko „prouchodźcze” spełnia standardy apolityczności? W przypadku obu pytań – wątpię. Rodzi się zatem przestrzeń dla hipokryzji. Lepiej przyznać, że Kościół w Polsce uwzględniając rozmaite racje, opowiada się głosem biskupów za zmianą polityki polskiego rządu w tej kwestii, niż kamuflując to retoryką antypolityczną przeprowadzać polityczne represje wewnątrz Kościoła i przenosić – w sposób już praktyczny – spór polityczny oraz ducha partyjniactwa na swoje łono. Łatwiej jednak w białych rękawiczkach musztrować tych, których ma się pod sobą, a trudniej w znaleźć w każdym czasie odwagę, aby móc powiedzieć władzy, że nie realizuje podstawowych zasad sprawiedliwości. Trzeba mieć jeszcze siłę, by odróżnić się od politycznej opozycji rządu, która zaraz krzyknie: „Kościół w Polsce jest za relokacją uchodźców (teraz w retoryce prouchodźczej wszyscy imigranci są przecież uchodźcami...), tak jak chce Bruksela”. To wymaga jednak nie tylko uników wobec agresywnych pytań dziennikarza, ale również wyłożenia argumentów.

 

Ostatni problem w tej sprawie dotyczy już samego Kościoła i proporcji stosowanych środków. Od lat udziela się w Polsce Komunii Świętej zwolennikom aborcji, a przecież kan. 915 Kodeksu Prawa Kanonicznego mówi, że tym, którzy z uporem tkwią w jawnym grzechu ciężkim nie powinno się pozwalać na przyjmowania Komunii świętej. Kanon ten nie był wykonywany za żadnej władzy w Polsce, ani nawet nie zachęcano kapłanów w Polsce do stosowania go, nie mówiąc już o groźbie suspendowania za taki czyn. A przecież taka odmowa to samo sedno możliwości politycznego oddziaływania Kościoła w sprawie największej wagi, tj. przypominania zasady spójności eucharystycznej obowiązującej katolików. Dlaczego stykamy się tu z obojętnością, natomiast w sprawie tak wieloznacznej, jak kwestia uchodźców czy imigrantów dostrzegamy taki radykalizm? Czy w rzeczywistości do głosu dochodzą osobiste preferencje polityczne zamiast służby głosowi politycznemu Kościoła? I jeszcze: według jakiego klucza i paragrafu KPK Prymas chce suspendować księży? Pozostaje to zagadką. Chyba, że postanowił wziąć przykład z ręcznego sterowania, którym zajmuje się Papież Franciszek i będzie dowolnie usuwał tych, którzy się z nim po prostu nie zgadzają, utrzymując przy tym, że to tylko ochrona apolityczności. Apolityczności, która przecież w realnym świecie nie istnieje. W Kościele zaś kodeksy, prawa, urzędy i ich stosowanie nie są wcale faryzeizmem, jak to się próbuje często wmawiać wiernym, a wyrazem długiego trwania racjonalnej kultury wiary oraz jej ewangelicznych zasad.

 

Tomasz Rowiński


Tomasz Rowiński

(1981), redaktor prowadzący portalu Christianitas, od 2008 roku redaktor pisma Christianitas, historyk idei, publicysta, autor książek; ostatnio wydał "Bękarty Dantego. Szkice o zanikaniu i odradzaniu się widzialnego chrześcijaństwa". Mieszka w Piastowie.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij