Komentarze
2018.08.01 15:31

Najemnicy a nie pasterze

Opisywałem nie tak dawno sprawę nadużyć seksualnych w kościele chilijskim. W powszechnej opinii mówi się o tej sprawie jako kolejnym przypadku pedofilii duchownych. Wykazałem jednak jasno, że choć w pojedynczych przypadkach mieliśmy tam do czynienia z molestowaniem osób niepełnoletnich (choć pełnoletności bliskich),  to cały skandal miał jawne podłoże homoseksualne. Tych kilka osób to byli de facto bardzo młodzi mężczyźni. Ich krzywda to jeden ze złowrogich skutków sieci zależności i powiązań pomiędzy duchownymi o skłonnościach homoseksualnych, z jedną dominującą postacią w tle. W przypadku Chile było to ksiądz Fernando Karadima. Nie zajmował wysokiego miejsca w hierarchii, ale z racji swych stosunków w wyższych sferach chilijskiego społeczeństwa był bardzo wpływowy. Kilku jego wychowanków zostało biskupami.

W tych dniach w tytułach wiadomości dominuje nazwisko, byłego już kardynała Theodore’a McCarricka. I znowu mówi się o pedofilli. Tym razem z większym uzasadnieniem. Wśród jego ofiar byli też chłopcy zdecydowanie młodsi niż 17 czy 18 lat. Nie ulega jednak wątpliwości, że tło całej sprawy dotyczy skłonności homoseksualnych. Wobec McCarricka znacznie liczniejsze są oskarżenia o molestowanie seksualne młodych mężczyzn, zależnych od niego w kościelnej hierarchii: seminarzystów i kapłanów. Także o nie dopuszczanie do święceń czy mobbingowanie i łamanie karier tych, którzy się jego awansom oparli. Co jest w całej sprawie najbardziej oburzające to fakt, że już w latach 90 archidiecezja Newark, którą wtedy kierował Mccarrick zawarła pozasądowe ugody z osobami oskarżającymi go o nadużycia na tle seksualnym. A jednak nie wstrzymało to jego kariery. W 2001 roku został arcybiskupem Waszyngtonu a rok później otrzymał kapelusz kardynalski.

Teraz, kiedy afera wybuchła z wielkim hukiem, złożył swój kardynalat, a papież zasuspendował go a divinis. Nie unieważnia to jednak pytania o postępowanie innych biskupów oraz wyższych duchownych w diecezjach, którymi wcześniej kierował McCarrick (w latach osiemdziesiątych był ordynariuszem diecezji Metuchen w stanie New Jersey). Naprawdę nic nie wiedzieli o jego homoseksualnych ekscesach? Przecież w obliczu wspomnianych ugód pozasądowych jest to kompletnie niewiarygodne. A mimo to, już po normalnym przejściu na emeryturę, jego następca w Waszyngtonie pozwolił mu mieszkać przy seminarium duchownym.

Istnieje oczywiste podobieństwo sprawy McCarricka do sprawy arcybiskupa Paetza. Choć i w Polsce pozostaje pytanie o to ile wiedzieli inni biskupi, a zwłaszcza ówcześni biskupi pomocniczy w Poznaniu, którzy dziś rządzą ważnymi archidiecezjami, to jednak trzeba powiedzieć, że w prezbiterium poznańskim znalazło się kilku wystarczająco odważnych i zdeterminowanych kapłanów, aby doprowadzić przynajmniej do przejścia skandalisty na przedwczesną emeryturę i odcięcie go od kontaktów z seminarzystami.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych po raz kolejny rozwiązanie sprawy jest niejako wymuszane z zewnątrz Kościoła. Co gorsza jest prawie pewne, że niektórzy prominentni hierarchowie z młodszego pokolenia osiągnęli swoje pozycje z poparciem Mccaricka, żeby wymienić tylko kurialnego kardynała Kevina Farrella  prefekta Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia czy obecnego arcybiskupa Newark, kardynała Josepha Tobina. Sam McCarrick w ostatnim konklawe z powodu wieku nie brał udziału, ale krótko po nim publicznie opowiadał, że na kongregacjach generalnych lobbował za kandydaturą kardynała Bergoglio.

Oczywiście takie opowieści należy przyjmować z pewnym dystansem, ale jest niewątpliwym faktem, że wśród najbliższych współpracowników papieża, kardynałów z grupy G9 aż trzem zarzuca się co najmniej brak odpowiedniej reakcji na zarzuty o czyny homoseksualne lub pedofilskie duchownych im podległych. Najpoważniejsze zarzuty ciążą na australijskim kardynale George’u Pellu, który w swojej ojczyźnie ma sprawę sądową, gdzie zarzuca mu się molestowanie nieletnich chłopców. Oczekując na jej zakończenie, zauważmy jedynie, że Pell złożył swoje rzymskie obowiązki, wrócił do ojczyzny i podjął swoja obronę w sądzie osobiście. Oskarżany o tuszowanie i niereagowanie na zarzuty wobec Karadimy kardynał Errazuriz, emerytowany arcybiskup Santiago de Chile, pomimo, że wreszcie papież Franciszek zaczął usuwać z biskupstw protegowanych wpływowego duchownego, jest w Rzymie traktowany tak jakby z problemami kościoła w Chile nie miał związku.

I ostatni przypadek. Kilka dni temu, bez specjalnego rozgłosu Rzym przyjął rezygnację biskupa pomocniczego Tegucigalpy, Juana Pinedy. Ordynariuszem tej diecezji jest kardynał Rodriguez Maradiaga. Zarzuty wobec Pinedy, potwierdzone kościelnym śledztwem to molestowanie kleryków oraz utrzymywanie licznych, innych relacji homoseksualnych. Podobno jednemu ze swoich partnerów załatwił lokum tuż obok siedziby kardynała. I choć homoseksualny drapieżnik został złożony z urzędu, pozostaje w mocy to samo pytanie co w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. Jak to możliwe, że szef Pinedy, kardynał Maradiaga nie reagował? Wiedział, ale nie reagował? Nie wiedział bo nie widział co się dzieje tuż pod jego bokiem? Ten drugi przypadek świadczy o nim lepiej jako o człowieku, ale źle jako o zarządcy. W obu przypadkach wydaje się, że złożenie własnej rezygnacji byłoby uczciwym wzięciem na siebie odpowiedzialności za nadużycia lub tylko zaniedbania. Zważywszy, że pojawiły się informacje o istnieniu w tegucigalpiańskim seminarium rozległej subkultury “gejowskiej”. Reakcją kardynała było oskarżenie informatorów o rozsiewanie plotek.

Już kilkanaście lat temu, kiedy w Stanach Zjednoczonych wybuchła pierwsza fala skandali związanych z oskarżeniami o nadużycia seksualne duchownych, tu i ówdzie zwracano uwagę na homoseksualne podłoże olbrzymiej większości przypadków. Te głosy nie przebiły się jednak szerzej i relacje o sprawie zdominowało jedno słowo: pedofilia.

Teraz kolejna fala skandali powinna oznaczać realny powrót do zasad proponowanych przez Benedykta XVI. Być może należałoby je nawet zaostrzyć. Nie tylko nie dopuszczać do święceń osób o utrwalonych skłonnościach homoseksualnych, ale także usuwać ze stanu duchownego kapłanów, którzy z takim skłonnościami się ujawnią. Brzmi to być może nazbyt surowo ale zniszczone życie młodych mężczyzn, zniszczone powołania to zbyt duża cena jaka przychodzi Kościołowi, czyli nam wszystkim, płacić za słabości niektórych kapłanów, także i przede wszystkim tych, którzy zajmują wysokie stanowiska w hierarchii.

Piotr Chrzanowski


Piotr Chrzanowski

(1966), mąż, ojciec; z wykształcenia inżynier, mechanik i marynarz. Mieszka pod Bydgoszczą.

Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką plików cookies. Warunki przechowywania lub dostępu do cookie możesz określić w Twojej przeglądarce.

Zamknij